***

Co jakiś czas miewam sny. Zwykle ich nie pamiętam, lecz niekiedy pojawiają się takie, które są w stanie pozostawić po sobie trwały ślad. Co więcej, niektóre z nich powracają na różnych etapach mojego życia.

Najbardziej zapadają w pamięć te, w których występują trąby powietrzne. Scenariusz jest różny, lecz zawsze mają one wspólny mianownik – wychodzę na zewnątrz tylko po to, by niespodziewanie stanąć w obliczu rozszalałego żywiołu. Nie ma odwrotu, bowiem kończy się świat.

DSC02511

Kiedy indziej jest zupełnie inaczej. Śni mi się ojciec, lub dziadek ze strony matki. Zwykle panuje półmrok, czas biegnie wolno, a atmosfera jest gęsta jak smoła. Siedzimy, zastygli w bezruchu, w przedziale bagażowym obskurnego elektrycznego pociągu, podobnego do tych, którymi w czasie studiów jeździłem z Gdańska do domu. Jesteśmy przemoczeni, jakby dopiero co wyjęto nas z wody. Nasze ubrania i włosy “ozdabia” morska trawa oraz morszczyn, natomiast oczy i twarze nie mają żadnego wyrazu. Korowód umarłych, którzy nie słyszą, nie widzą, nie mówią. Są tylko obecni, a świat po prostu trwa…