Krótkie postscriptum do poprzedniej notatki (dendro-niespodzianka)

Pisząc poprzednią notatkę, nie chciałem rozbudowywać wątków pobocznych. Już po opublikowaniu tekstu uznałem jednak, że warto coś dopowiedzieć.

Podczas ubiegłorocznego wypadu do Trzęsacza nie trzymałem się ściśle planu. Wkrótce po rozstaniu z „Heksą”, idąc szosą w kierunku Bydgoszczy przez Strzelce Dolne – wieś znaną ze śliwkowych powideł – wypatrzyłem z daleka czuprynę innej sokory (rosła w pasie zadrzewień między polami). Gdy podszedłem bliżej, okazało się, że drzewo ma w „pasie” ponad osiem metrów (dokładnie 812 cm) i jedną z najbardziej imponujących koron, jakie dotychczas widziałem (zerknijcie proszę na fotografie, które załączam poniżej). Niestety, jego pień był uszkodzony i – podobnie, jak w przypadku wielu innych nadwiślańskich topoli – był naznaczony ogniem. Co ciekawe, na tę chwilę, sokory tej nie ma w żadnych rejestrach. Chciałbym powiedzieć to jasno – idąc ku temu drzewu, zupełnie nie spodziewałem się jego wielkości. Co więcej, już po powrocie do domu, sprawdzając, jak prezentuje się ono na zdjęciach satelitarnych, wciąż byłem zdziwiony. Bazując wyłącznie na nich, absolutnie nie zwróciłbym na nie uwagi.

Traktuję to jako lekcję na przyszłość. Coś mówi mi, że okolica może kryć jeszcze niejedną niespodziankę tego rodzaju. Trzeba będzie zatem jeszcze tu wrócić i dokładniej powęszyć 🙂

Kujawska „Heksa” – topola czarna, która ma twarz

Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o kolejnej godnej uwagi nadwiślańskiej sokorze. O drzewie tym, znanym głównie miejscowym i fanatykom buszującym po zakamarkach „Rejestru Polskich Drzew Pomnikowych”, możemy przeczytać, że jest to „(…) potężna topola czarna z wypalonym pniem, pokrytym licznymi naroślami i odrostami. Drzewo jest niemal całkowicie nieznane. Dobrze widać je z pobliskiej drogi, ale ze względu na zarośla z daleka ciężko zobaczyć, jak okazały jest pień topoli” [opis p. Bartosza Stoja, który w 2019 roku wprowadził je do Rejestru; LINK]. Powyższa charakterystyka jest prawdziwa, nie zawiera jednak całej prawdy o drzewie. Jest wszak coś frapującego, co zdecydowanie wyróżnia je spośród innych sędziwych topoli, na które można natrafić wędrując wzdłuż Wisły. Wiem to, ponieważ 26 grudnia ubiegłego roku wstałem grubo przed świtem i zafundowałem sobie wycieczkę na dwa pociągi, tramwaj oraz jakieś osiem kilometrów z buta w jedną stronę. Wszystko po to, by spotkać się z protagonistką niniejszej notatki i naocznie przekonać się, jaka ona naprawdę jest.

Poznajcie kujawską „Heksę” – jedną z najgrubszych i najciekawszych polskich topoli. Rośnie ona wśród nadrzecznych łąk i pól w miejscowości Trzęsacz w województwie kujawsko-pomorskim. Stosunkowo niedaleko znajdują się pozostałości po średniowiecznym grodzisku. Jest też opuszczony cmentarz oraz lokalna ciekawostka geologiczna – licząca kilkanaście metrów długości jaskinia „Bajka”.

Sokora z Trzęsacza, oglądana z daleka, przypomina trochę słynną „Topolę Mariańską”, rosnącą w Ostromecku, zaledwie osiem i pół kilometra w górę Rzeki. Oba drzewa na pewno łączy to, że wyrosły na otwartej przestrzeni, dobrze wykorzystując możliwości, wynikające z takiego układu. Nie wiem, czy są spokrewnione, ale gdyby tak było, Trzęsaczanka na pewno byłaby tą złą siostrą. Gdy podejdzie się bliżej, dość szybko orientujemy się bowiem, że mamy do czynienia z postacią rodem z mrocznej baśni – prawdziwą czarownicą.

Zima to odpowiedni czas na studiowanie sylwetek drzew. Wówczas wszystko podane jest wprost, bez zbędnych dekoracji. W przypadku „Heksy” najważniejszy jest pień – część, w której najmocniej zapisuje się czas. Jest on monstrualny (920 cm obwodu pierśnicowego), butelkowaty, pokryty rakowymi naroślami i gruzłowatą, nieprzyjemną w dotyku korą. Co istotne, od południowo-zachodniej strony ma potężny, otwarty ubytek wysoki na około pięć metrów. Wypalona, podłużna i przeszywająco mroczna dziura, wydaje się pochłaniać nie tylko światło, ale też wzrok obserwatora (wewnątrz ślady po ogniu, próchno i rozpieprzone gniazdo szerszeni). Ponad nią można zobaczyć osobliwie wyglądający, szarawy obszar „łysego” drewna. Uszkodzenie to – powstałe w wyniku oderwania się płata kory – jest duże i dość symetryczne. Zdobi je swoisty relief nierówności, spękań, zabrudzeń i zacieków, których układ ma kluczowe znaczenie. Najważniejsze są dwie mniej więcej równoległe, guzowate struktury, z których niegdyś wyrastały wiązki pędów odroślowych oraz ciemniejsza, pionowa wstęga biegnąca między nimi. Całość sprawia wrażenie maski. I właśnie w tym miejscu zaczyna się pareidolia – prosta sztuczka percepcji, w której mózg układa przypadkowe kształty w znane wzory. W przypadku sokory z Trzęsacza nie jest to subtelne „może coś tam widać”, tylko uparte, narzucające się wrażenie, że pień ma twarz. Gdy to dostrzeżesz, wspomniane guzy wraz z dzielącą je wstęgą staną się oczami i nosem, a długa czarna szczelina – kuriozalnie szeroko otwartymi ustami.

Mrocznej aparycji dodatkowo dopełnia plątanina rosochatych gałęzi. Zwłaszcza te położone nisko – pokryte liszajem żółtawych porostów (złotorost) – są dziko roztańczone, błądzą wśród samosiejek tarniny i klonu jesionolistnego. Wygląda to trochę tak, jak gdyby topola zapamiętale miotała nimi w jakimś szaleńczym amoku. Jakby tego było mało, gdzieniegdzie zdobią je tzw. czarcie miotły – krzaczaste, spotworniałe skupiska pędów, ułożone inaczej niż należałoby spodziewać się po normalnych gałęziach.

Odnośnie dryfowania w kierunku upiornych skojarzeń, to ktoś, komu pokazałem kilka zdjęć „Heksy”, stwierdził, że przypomina mu ona „drzewo umarłych” z filmu „Jeździec bez głowy” (oryg. „Sleepy Hollow”). Osobiście nie do końca podzielam tę opinię (gdy patrzę na plątwę odsłoniętych napływów korzeniowych polistyrenowej makiety z dzieła Burtona, widzę więcej wizualnych punktów stycznych z sylwetką grudziądzkiej „Marzanny” [link]), mimo to sugestia utkwiła mi w pamięci.

Kadr z filmu „Jeździec bez głowy” (reż. Tim Burton), na którym widać tytułowe widmo oraz tzw. „drzewo umarłych” [źródło].

Filmowy rekwizyt był zarazem grobem i przejściem między światami. Z jamy ziejącej u jego podstawy wyjeżdżał bowiem tytułowy upiór bez głowy. Może się to wydawać zaskakujące, ale stąd już niedaleko do miejscowego folkloru. Zabawne, lecz jakiś miesiąc temu wpadła mi w ręce książka Natalii Zacharek, zatytułowana „Duchy i demony ziemi chełmińskiej” (wydawnictwo Region, 2022). Czytając ją, trafiłem na wzmiankę, że nocne manifestacje podobnej, pozbawionej czerepu postaci rzekomo miały miejsce po drugiej stronie Wisły – zaledwie kilkanaście kilometrów na północny-wschód od Trzęsacza. Obecność tego rodzaju gości w dawnych wierzeniach na ogół wiązana bywa ze starymi cmentarzyskami czy rozstajami dróg. Osobiście nie widzę jednak przeszkód, by uczynić wypalony pień „Heksy” siedzibą regionalnego upiora. Moim zdaniem jej wygląd doskonale predestynuje ją do włączenia w mozaikę lokalnych folklorystycznych osobliwości. Niedaleko miejsca, w którym rośnie, są przecież „Diabelce”, zwane też „Czarcimi Górami” – pasmo morenowych wzgórz opadających ku Wiśle, obrosłe mrocznymi opowieściami, a także tzw. diabelski kamień w miejscowości Leosia.

Zmierzając do brzegu, cieszę się ze spotkania z „Heksą” – spotworniałą sokorą, która ma twarz. W epoce scrollowania, gdy patrzenie dla wielu stało się aktem bezmyślnej konsumpcji, wymusza ona zupełnie inny rytm. Jest pretekstem, by przystanąć i spróbować zobaczyć coś więcej niż tylko drzewo. Chciałbym jednak, żebyście czytając niniejszy tekst, mieli na uwadze również to, że sędziwe topole to nie tylko interesujące obiekty fotografii czy osie, wokół których można zbudować jakąś niesamowitą opowieść. Wiele z nich nosi świadectwa upływu czasu i dramatycznych wydarzeń – martwice boczne, kominowe ubytki wewnątrz pni, odspojone płaty kory, wypełnione próchnem jamy po wyłamanych konarach czy stosy martwego drewna leżące u ich podstawy. Paradoksalnie to, co człowiekowi wydaje się ruiną, dla przyrody może być prawdziwym, pełnym życia mikrokosmosem.

Niewiele mniejsze znaczenie może mieć także to, że sylwetki starych drzew są również żywym pomnikiem miejsca – pokazują bowiem, że nieujarzmiony, pierwotny świat wciąż istnieje. Taki, którego nikt nie uporządkował, nie wyrównał, nie przyciął. By go doświadczyć, czasem nie potrzeba zbyt wiele…

Mało wody w Wiśle; interesujący lód brzegowy (15 lutego)

Niewielka ilość opadów coraz wyraźniej odbija się na poziomie wody w naszych rzekach. Podobno, niemal połowa wodowskazów notuje niski stan, a prognozy nie zapowiadają nagłej poprawy. Z Wisłą też kiepsko – wiem to z autopsji.

Wczoraj brodziłem trochę w Rzece, żeby przetestować nowe wodery. Warunki nie zachęcały do wchodzenia do wody (nagły atak zimy), lecz brak komfortu z naddatkiem rekompensowały niezwykłe widoki. Okazało się bowiem, że tu i ówdzie pojawiły się interesujące formy lodu brzegowego. Polodowcowe głazy, zalegające w nurcie przy wyspach naprzeciw żerańskiej elektrociepłowni były przyozdobione osobliwie wyglądającymi lodowymi taflami. Owe zawieszone ponad lustrem wody formacje były malowniczo pofałdowane, o krawędziach pełnych zamrożonych zacieków. W rezultacie, wiele kamulców przypominało ogromne małże albo morskie ślimaki. Niektóre zlodzenia kojarzyły mi się też z postrzępionymi płetwami ryb lub mackami ośmiornic. Nie wiem, czy macie podobnie, ale ja uwielbiam zjawiska lodowe. Niestety, z powodu pogłębiającego się ocieplenia klimatu, na Wiśle coraz rzadziej i krócej można je obserwować…

Nadwiślańskie topole w białej oprawie (Grudziądz, 4 stycznia)

Wizyta w „Mieście Ułanów”, celem załatwienia rodzinnych spraw. Przy okazji, pospieszny wypad nad Wisłę, akurat by zobaczyć, jak świt maluje różem jej szeroką wstęgę. W przelocie udało się sportretować też kilka miejscowych sokor w prawdziwie zimowej scenerii (nocą nad okolicą przeszła burza śnieżna z piorunami). Odnośnie „Marzanny”, to nie licząc śladów po ogniu, których wcześniej nie widziałem, wyglądała ona mniej więcej tak samo, jak na filmie nakręconym jesienią. W zakamarkach jej oprószonych śniegiem, splątanych napływów korzeniowych – niczym rezolutny duszek – buszował strzyżyk. Zauważyłem także, iż ktoś zaiwanił tabliczkę „pomnik przyrody” przybitą do najpotężniejszego z jej wyłamanych konarów…

28 grudnia; dzień na zimnej Rzece

Ostatnia sobota roku. Podczas, gdy wielu cieszyło się weekendem w domowym zaciszu, namówiłem Marcina na swoiste spa dla wikingów ;). Pomysł pływania „dmuchańcem” po Wiśle zimą może wydawać się równie sensowny jak noszenie sandałów do nart, ale mi podobają się takie wyzwania.

Od świtu oglądaliśmy więc rzeczny świat skutecznie wyprany z większości barw. Pogoda – szczęśliwie – była niemal bezwietrzna. Tego dnia spokój Rzeki mąciły jedynie nasze pagaje. Nagie sylwetki drzew odbijały się w szarawym lustrze wody, podczas gdy mgła rodziła kolejne wyspy i zakręty. Na trasie z Warszawy do Nowego Dworu Mazowieckiego co jakiś czas widywaliśmy (niezbyt liczne) ptaki. Były to (m. in.) nurogęsi, czaple, kormorany, kruki czy kilka bielików. Jeśli chodzi o ostatnie, to spore wrażenie zrobił na mnie pewien naprawdę majestatyczny birkut, który ucztował na piaszczystej ławicy niedaleko Pieńkowa (w menu była kaczka na zimno). Musicie uwierzyć na słowo – mimo chłodu kąsającego twarze, dłonie i stopy, było wspaniale. Nasza Wisła o tej porze roku ma w sobie jakiś autentycznie pierwotny pierwiastek. Każda chwila na niej jest warta poświęceń…

Sokorowy duet z Ostrówka plus kolejna wizyta w Glinkach (2 stycznia)

Dramatis personae: ja, Marcin i kilka okazałych topoli.

Płynnie wchodzimy w kolejny rok, pozostając w temacie topolowych pielgrzymek. We wtorek, drugiego stycznia, odstawiamy dzieciaki do przedszkola i, nie bacząc na deszcz, jedziemy do wsi Ostrówek, kawałek na południe od Warszawy. Ta nieduża miejscowość, położona w gminie Karczew, zapisała się na kartach historii jako pole jednej z bitew stoczonych w ramach wojny polsko-austriackiej, powiązanej z serią napoleońskich konfliktów zbrojnych. Referując w skrócie – w nocy z drugiego na trzeciego maja 1809 roku nasi pod dowództwem generała Michała Sokolnickiego, w sile kilku pułków, dali solidnie popalić Austriakom. Zwycięski szturm zakończył się zdobyciem nieprzyjacielskiego szańca na prawym brzegu Wisły i uniemożliwił wrogim wojskom przeprawę przez Rzekę. Zwycięstwo miało kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu działań wojennych. Polskie siły zbrojne odzyskały bowiem inicjatywę, by, po zajęciu Sandomierza, Lublina oraz Zamościa, wedrzeć się do znajdującej się pod austriackim panowaniem Galicji.

Mapa okolic Ostrówka z rewersu tablicy informacyjnej stojącej przy miejscowym kościele.

Dwieście lat później, w maju 2009 roku, w centrum Ostrówka, na skwerze przy miejscowym kościele odsłonięto głaz upamiętniający batalię, na którym umieszczono stosowną tablicę, metalowe popiersie Sokolnickiego oraz rzeźbę rogatywki 6-go Pułku Piechoty Księstwa Warszawskiego. Przy obelisku tym pełni straż para topól czarnych, z którymi spotkanie było jednym z celów naszej wycieczki.

Topole z Ostrówka (widok ogólny) oraz obelisk upamiętniający zwycięską bitwę z 1809 roku.

Wzmianki o tych sokorach pojawiają się w kilku opracowaniach dotyczących krajowej dendroflory (m.in. „90 drzew. Okazy niezwykłe” Pawła Zarzyńskiego i Roberta Tomusiaka czy „Drzewa Polski” Pawła Zarzyńskiego, Roberta Tomusiaka oraz Krzysztofa Borkowskiego) i w „Rejestrze Polskich Drzew Pomnikowych” Piotra Gacha, jednak drzewa te nie są powszechnie znane. Teraz – popijając kawę z termosu – miałem sposobność wyrobić sobie własną opinię na temat tego topolowego duetu.

Oko w oko z parą sokor z Ostrówka.

Ostrówieckie sokory są bezspornie potężne. Każda z nich może poszczycić się ponad ośmiometrowym obwodem pnia na wysokości pierśnicy (130 cm licząc od gruntu). Pękate, walcowate w przekroju pnie pokryte są licznymi tumorowymi naroślami, stanowiącymi częstą cechę tego konkretnego gatunku topoli. Tu i tam owe wybrzuszenia porastają malownicze mozaiki porostów, glonów i mchu. Tym co z automatu zwraca uwagę jest, że oba drzewa zostały poddane naprawdę mocnym cięciom korekcyjnym. Pień osobnika rosnącego bliżej obelisku zredukowano na wysokości około dwunastu metrów (na szczycie, w miejscu interwencji – widziałem rozległy próchniczy ubytek). W drugim przypadku piła poszła w ruch jakieś cztery metry wyżej. Konary boczne również były przedmiotem ostrej redukcji, przez co ogólna harmonia sylwetek obu drzew jest mocno zaburzona. Jeżeli chodzi o powyższe zabiegi, to, być może, na wydanie decyzji o ich przeprowadzeniu wpływ miało bezpośrednie sąsiedztwo linii energetycznych (spekuluję). Aktualnie, topole odbudowały już nieco swoje korony i na tę chwilę obie mierzą mniej więcej dwadzieścia pięć metrów wysokości.

Ostrówieckie sokory – garść bliskich kadrów.

W przypadku nieco wyższego drzewa, z jednej strony pnia przymocowano niedużą kapliczkę maryjną, przyozdobioną sztucznymi kwiatami. Po drugiej natomiast, w próchniejącej jamie, za odszczepionym fragmentem sporej, pozbawionej kory narośli (jej górna część kojarzyła mi się z głową smoka lub żółwia ninja) jakiś psotny czciciel Bachusa postawił flachę po wódzie z „flaszątkem” 🙂 . Na szaro-brązowej korze drzewa z kapliczką można było dostrzec także powbijane pinezki – znak, że służy ono miejscowym jako żywy słup ogłoszeniowy. Jeżeli chodzi o płeć, to byłem w stanie stwierdzić, że przynajmniej jedno drzewo jest osobnikiem żeńskim (w zagłębieniach kory obu znaleźliśmy stare torebki nasienne). Obydwa drzewa nosiły ślady upływu czasu w postaci próchniejących miejsc (we wnętrzach pni zapewne znajdują się rozległe ubytki), ale biorąc pod uwagę ich wiek (~200 lat), można stwierdzić, że wciąż trzymają się nieźle. U podstaw obu sokor widzieliśmy nory gryzoni.

Co do moich subiektywnych odczuć (możecie mieć inne), to mimo iż topole czarne z Ostrówka są naprawdę ogromne, nie byłem w stanie się nimi zachwycić. Podobały mi się oglądane z bliska detale ich pni, ale gdy patrzyłem na nie jako całość, to coś mi nie grało. Drastyczne cięcia redukcyjne sprawiły, że aktualnie są one cieniami tego, czym mogłyby być. Dodatkowo, lata łażenia po nadwiślańskich łęgach sprawiły, że mam specyficzną perspektywę, która powoduje, iż główne bohaterki dzisiejszego wpisu odbierałem jako wyrwane z jakiegoś szerszego kontekstu, nie do końca pasujące do otoczenia. Mimo to, uważam, że oba drzewa bezsprzecznie zasługują na pomnikowy status, a – z tego co się orientuję – na tę chwilę wciąż się takim nie cieszą.

Wykorzystując okazję, że byliśmy niecałe półtorej kilometra od Glinek, postanowiliśmy podskoczyć także do naszej znajomej – „Maryny”. Od naszej ostatniej wizyty, tej jednej z najokazalszych topól białych w Polsce przybyło w „pasie” cztery centymetry. W sąsiedztwie drzewa coś się zmieniło. Zanotowałem, że część drzew owocowych w okolicznym sadzie została wycięta. Zniknęły też stosy pociętych konarów, pozostałych po chirurgicznej korekcji monumentalnej topoli. Pod białodrzewem zastaliśmy odłamany owocnik żółciaka siarkowego, co może być kiepską wróżbą dla drzewa, ale pożyjemy – zobaczymy (sam pień wydawał się czysty). Dodatkowo, górna połowa urzędowej tabliczki z orłem, przybitej do pnia, zniknęła.

Z kolejną wizytą u „Maryny” – monumentalnego białodrzewu rosnącego w mazowieckiej wsi Glinki.

Pobyt w Glinkach zakończyliśmy spacerem u podnóża wału przeciwpowodziowego – częściowo wzdłuż granicy rezerwatu „Łachy Brzeskie”. Blisko krawędzi obwałowania rośnie kilka wielkich topól kanadyjskich. Gdy ostatnio byliśmy w tym miejscu, jedna z nich przykuła moją uwagę, ponieważ była oznaczona jako pomnik przyrody, co w przypadku topól obcego pochodzenia nie zdarza się często. Teraz z zaskoczeniem zobaczyliśmy, że spotkał ją los, który wciąż spotyka wiele polskich topoli. Drzewo o pierśnicowym obwodzie pnia wynoszącym dokładnie sześć metrów zostało wycięte. Zdjęcia „przed” i „po” możecie zobaczyć poniżej.

Topola kanadyjska z Glinek w lutym 2022 roku i obecnie – in memoriam.

Zgoda – drzewo nie było w najlepszej kondycji (na pniu były widoczne ślady po podpaleniu oraz owocniki dwóch gatunków grzybów rozkładających drewno, a na gałęziach pasożytowała jemioła), ale we wnętrzu pnia nie było próchniczych ubytków i wydaje mi się, że spokojnie mogło jeszcze trochę pociągnąć. Z jednej strony żal było patrzeć na „kanadyjkę” bezceremonialnie pociętą na kawałki, z drugiej miałem świadomość, że sadzenie tego rodzaju topól w bezpośrednim sąsiedztwie naturalnych zadrzewień łęgowych nie jest najmądrzejszym pomysłem, albowiem krzyżują się z one sokorami, co prowadzi do utraty czystości genowej przez populacje tych drugich. Gdy myślę o tym, wciąż mam nieprzyjemny, nierozstrzygnięty dylemat…

Do łęgu (100 słów)

Dwudziestego szóstego grudnia. Siąpi deszcz. Wędruję błotnistą drogą, obszczekiwany przez trzy małe psy. Bury świt łapie mnie niby złodzieja na jednym z wiślanych mostów (poniżej zmącona, wezbrana Rzeka). Stojąc u progu łęgu kłaniam się nisko, a później wchodzę między pogrążone w letargu wiekowe topole. Jest mokro i zimno, ale to nic. Ważne, że mogę włóczyć się ścieżkami wydeptanymi przez sarny i dziki, klucząc wśród połamanych, omszałych konarów. Spotkawszy łosia, rzucam mu nieśmiałe spojrzenie. Gdzieś niedaleko odezwał się kruk. Na moment zamykam powieki. Krople stukają o miękką ziemię. Las pachnie błotem, próchnem, grzybami. Nie wiem już, czy to jawa, czy sen…