Zjednoczeni wokół drzew – garść wrażeń dotyczących tegorocznej inauguracji „Święta Drzewa” Klubu Gaja

Świat schodzi na psy i my jako jednostki niewiele możemy z tym zrobić. Nieustannie przybywa powodów do niepokoju, a społeczeństwo – miast się jednoczyć – ulega coraz mocniejszej polaryzacji. Także i u nas coraz trudniej ze sobą rozmawiać bez ustalania przynależności, do któregoś z walczących ze sobą obozów. W takich warunkach łatwo stracić z oczu sprawy, które mogą nas łączyć i ludzi, którzy mimo różnic potrafią się porozumieć. „Klecę” ten wpis, ponieważ o czymś takim chciałbym dzisiaj pokrótce Wam opowiedzieć.

We wtorek, 13 października, wziąłem dzień urlopu i pojechałem do Służewskiego Domu Kultury, by wziąć udział w inauguracji „Święta Drzewa” Klubu Gaja. Tegoroczna edycja odbywa się pod hasłem „Odporni klimatycznie”, kierując uwagę na rolę drzew w łagodzeniu negatywnych skutków zmian klimatu, których coraz częściej doświadczamy. Ta kontynuowana od ponad dwudziestu lat inicjatywa ma jasny cel – angażuje szkoły, organizacje społeczne, samorządy, firmy i osoby prywatne w akcje sadzenia drzew oraz różnorodne działania związane z ich ochroną. Uczestnicy akcji tradycyjnie spotykają się na corocznej inauguracji Święta. Wówczas wspólnie sadzi się drzewo (w tym roku była to czeremcha zwyczajna, Prunus padus L.), wymienia doświadczenia oraz celebruje dotychczasowe sukcesy. Ważną częścią uroczystości jest gala konkursów Klubu Gaja, w tym „Drzewa Roku” – ogólnopolskiego plebiscytu akcentującego przede wszystkim przyrodniczą i kulturową wartość drzew.

Jeżeli chodzi o mój udział w tym wszystkim, to nie chcę koncentrować się zbytnio na sobie. Dopełniając obrazu wydarzeń napiszę jednak, że zaproszenie zawdzięczam „Marzannie„ – niesamowitej nadwiślańskiej sokorze z mojego rodzinnego miasta, która była jedną z finalistek wspomnianego konkursu. To dzięki niej mogłem poznać ludzi, o których działalności dotychczas tylko słyszałem.

Plakat promujący tegoroczne „Święto Drzewa” Klubu Gaja [źródło] oraz pamiątkowy dyplom, który otrzymałem w związku ze zgłoszeniem do plebiscytu „Drzewo Roku” mojej topoli.

Nie ukrywam, że oprócz zobaczenia na własne oczy, kto stoi za na niektórymi biorącymi w plebiscycie drzewami, ucieszyła mnie możliwość spotkania się z zespołem Klubu Gaja, w tym Jackiem Bożkiem – współzałożycielem i prezesem tego stowarzyszenia. „Gaja” jest jedną z najstarszych i najbardziej znanych krajowych organizacji ekologicznych. Działa nieprzerwanie od 1988 roku, zajmując się przede wszystkim szeroko pojętą ochroną przyrody oraz prawami zwierząt. Z racji moich sympatii oraz osobistych doświadczeń, szczególnie bliska jest mi jej praca na rzecz rzek. Nie każdy ma tego świadomość, a warto to podkreślić – prowadzona od 1994 roku kampania „Teraz Wisła„, która przyczyniła się do odstąpienia przez nasz rząd na początku lat dwutysięcznych od ówczesnych planów budowy tzw. „Kaskady Dolnej Wisły” była zainicjowana właśnie przez Klub Gaja. Był to ważny krok w obronie Rzeki przed kolejnymi zaporami, dzięki czemu wciąż zachowuje ona w dużej mierze naturalny charakter. Wieloletnie, rzetelne i prowadzone na wielu frontach działania wymagają konsekwencji. Mając to na uwadze, tym bardziej ujmuje mnie energia, z jaką Jacek nadal „popycha” kolejne osoby do aktywności.

Gaja Gają, ale pośród gości przybyłych na Służew, szczególnie mocno zapadły mi w pamięć osoby ze Stowarzyszenia Integracji Osób Niepełnosprawnych SION w Bartoszycach. To za ich sprawą do plebiscytu „Drzewo Roku” trafił 120-letni dąb „Bartosz”. Drzewo to, nazywane opiekunem ich miasta, jest dla nich swoistym symbolem dobroci i bezpieczeństwa. Podobno przychodzą do niego z życzeniami i są przekonani, że przynajmniej niektóre z nich spełniają się. Gdy stali na scenie, a wcześniej pozowali do zdjęć z aktorami, będącymi ambasadorami Święta (Dagmara Bąk, Bartek Topa), z autentycznym wzruszeniem patrzyłem na ich dumę i radość. Widać było, jak wiele znaczy dla nich to, iż mogą tu być – że historia ich drzewa została dostrzeżona, a zaangażowanie docenione. Osobiście bardzo mnie to zbudowało. Pomyślałem – jeżeli ktokolwiek ma wątpliwości, czy organizowanie podobnych wydarzeń ma sens, to takie chwile powinny stanowić jednoznaczną odpowiedź.

Ekipa SION z Bartoszyc, na inauguracji tegorocznego „Święta Drzewa” Klubu Gaja w Służewskim Domu Kultury [źródło].

Płynąc z nurtem notatki chciałbym wspomnieć też o tym, że miałem okazję zamienić kilka słów z Mateuszem Dąbrowskim – pomysłodawcą zgłoszenia do plebiscytu dębu „Fusia” z Sobna. To niesamowicie zdeterminowany facet, który wraz z innymi zabiega m. in. o ochronę tamtejszego lasu przed wycinkami. Starania te przynoszą konkretne efekty: decyzją Rady Gminy Łukta pomnikami przyrody ustanowiono aż 136 drzew (!). Co istotne, (z tego co zrozumiałem) działalność ta ma dla Mateusza również osobisty wymiar – „Fusia” upamiętnia bowiem jego tragicznie zmarłą siostrę, której pragnieniem było ocalenie lasu. Mam wielki szacunek do ludzi biorących na swoje barki odpowiedzialność za podobne wyzwania. Mając świadomość, jak wiele czasu, odwagi i cierpliwości wymagają trudne niekiedy rozmowy, przygotowywanie dokumentacji oraz nieustanne powracanie do sprawy mimo pozornego braku postępów, pozostaje jedynie wyrazić najwyższe uznanie – chapeau bas!

Ze spotkania wróciłem podniesiony na duchu. Dobrze było przez kilka godzin pobyć w gronie osób, które łączy troska o coś konkretnego. Dla nas tematem przewodnim były drzewa, ale nie ma przeszkód, by podobne porozumienia dotyczyły także innych strzępków naszego świata. Nie jestem zbyt mocny w puentach, ale wydaje mi się, że jeżeli istnieje coś wartościowego, wokół czego warto się jednoczyć – zwyczajnie wypada to robić…

Teraz, kiedy sen nie chce przyjść… (4 października)

wciąż wraca do mnie myśl, że wczoraj pożegnaliśmy Karola. Dobrego człowieka, charyzmatycznego nauczyciela, naukowca pełną gębą. Był gościem, który z właściwym sobie luzem – w rytmie perkusji – szedł własną drogą. Nie pamiętam, kiedy spotkałem się z „Carlosem” po raz ostatni, ale z pewnością trudno będzie mi przywyknąć do tego, że odtąd będziemy mówić o nim w czasie przeszłym. Niestety, przegrał walkę z paskudnym „raczyskiem”. W każdym razie lubiłem i szanowałem go.

Wracając z Gdyni, postanowiłem zahaczyć o Grudziądz. Stęskniłem się za widokiem „Marzanny” i chciałem sprawdzić, co się z nią dzieje. Byłem na miejscu i mogę potwierdzić – drzewo mojego dzieciństwa wciąż żyje, a w plątaninie jego korzeni nadal można wypatrzyć osobliwe kształty – znajome, choć zapewne nie dla każdego tak samo czytelne. Ilekroć wracam widzę, że mojej topoli nieustannie ubywa. Tak było też wczoraj. Wielki, wyłamany konar, który przez kilka ostatnich lat opierał się o podstawę jej pnia, teraz leżał na ziemi – rozpieprzony na kilka murszejących fragmentów. Gdy Wisła przybierze, zapewne zabierze je i poniesie dalej, być może ostatecznie grzebiąc gdzieś w swych odmętach.

Wszystko wokół rozpływa się, wiruje, przeistacza. Mimo to chciałbym wierzyć, że nasz stary, nieidealny, ale mimo wszystko znajomy świat, jeszcze przez jakiś czas wciąż będzie trwał…

Mały foto-suplement do poprzedniej notatki (10 sierpnia)

Szybki wypad do domu (przed podróżą do Lublina, a potem do Wielkopolski), żeby udokumentować wiślane „locus delicti”. Jak już zapewne wiecie, Rzeka u nas w ostatnich dniach dwukrotnie pobiła rekord niskiego poziomu. Poniżej możecie na własne oczy zobaczyć, jak bardzo odsłonięte jest jej koryto mniej więcej na wysokości żerańskiej elektrociepłowni.

Gdy paradowałem po okolicy, pobliski wodowskaz pokazywał najpierw 103, a ostatecznie 102 cm. Na płyciznach – żaby i duże stada małych rybek. Czaple, mewy i rybitwy będą miały używanie…

Widokówka z wakacji pachnąca przetrawionym śledziem; wodowskaz „Warszawa-Bulwary” z historycznym minimum (6 sierpnia)

Pozdrowienia z Wyspy Sobieszewskiej.

Poniżej zdjęcie kolonii fok szarych z okolic ujścia Wisły. Patrząc na nie można odnieść wrażenie, że – podobnie, jak rybacy łojący wódę na ławeczce przy kontenerze na przystani w Świbnie – wiodą swoje małe „haj lajf”. Myślę, że nie do końca tak jest, ale fantastycznie, że na polskim wybrzeżu są takie miejsca, jak rezerwat „Mewia Łacha„, które foki traktują jak bezpieczną ostoję.

My poza Warszawą, tymczasem płyną stamtąd raczej niewesołe wieści.

W dniu dzisiejszym wodowskaz „Warszawa-Bulwary” zanotował na Wiśle zaledwie 103 cm. Po uwzględnieniu zmiany rzędnej zera, wprowadzonej 1 listopada 2025 roku, odpowiada to 3 cm w poprzedniej skali – czyli centymetr mniej niż poprzedni rekord, ustanowiony we wrześniu ubiegłego roku. Oczywiście, warto nadmienić, że nie oznacza to, iż Rzeka w Warszawie ma trzy centymetry głębokości; zarejestrowana wartość jest wysokością lustra wody względem umownego punktu odniesienia (w konkretnym punkcie pomiarowym).

A zatem mamy nowe absolutne minimum w historii pomiarów na tej stacji, ale niechlubny rekord nie wziął się znikąd. Wpisuje się on – niestety – w efekty nawracającej od wielu lat suszy hydrologicznej, będącej jednym z coraz wyraźniejszych skutków kryzysu klimatycznego. Mając na uwadze powyższe, nie zakładałbym, że wysychająca Wisła powiedziała w tym roku ostatnie słowo…

Wykres obrazujący stan wody w Wiśle zarejestrowany przez stację wodowskazową „Warszawa-Bulwary” w dniach 4-6 sierpnia br., na którym widać nowe historyczne minimum (103 cm), granicę stanów dolnych oraz prognozę na trzy nadchodzące dni.

Warszawskie Drzewo Roku 2026: zagłosuj na majestatyczną bielańską topolę

Do trzech razy sztuka – chciałoby się powiedzieć, zgłaszając po raz kolejny sędziwą topolę czarną, rosnącą na terenie Akademii Wychowania Fizycznego. W poprzednich edycjach plebiscytu „Warszawskie Drzewo Roku” nie było jej dane sięgnąć po laur zwycięstwa. Nie zmienia to jednak faktu, że pozostaje ona jedną z najważniejszych zielonych bohaterek Warszawy.

Majestatyczna sokora, będąca ozdobą dziedzińca warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego (źródło zdjęcia – oficjalna strona internetowa AWF [LINK]).

Pozbycie się drzewa jest łatwe. Trudniej dostrzec w nim coś więcej niż tylko element krajobrazu, źródło surowca albo kłopotliwy punkt na mapie inwestycji.

Każdy, kto znajdzie się na dziedzińcu warszawskiej AWF, na pewno zwróci uwagę na potężną sokorę, która stanowi jego niewątpliwą ozdobę. Nie musiało tak jednak być. Nie wiemy dokładnie, ile lat liczy sobie to drzewo. Wiadomo jednak, że było dorodne już w pierwszej połowie ubiegłego wieku, kiedy planowano budowę kampusu ówczesnego Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego. W tej historii ważne jest to, że sokora ta mogła zostać usunięta, przegrywając z rozmachem architektonicznej wizji, a jednak tak się nie stało. Jeden z projektantów (Edgar Aleksander Norwerth), miał bowiem odwagę dostrzec w niej nie zawadę, ale ważny dekoracyjny akcent przyszłego dziedzińca i żywy element architektury. Dzięki temu nasza topola nie tylko ocalała, ale stała się sercem miejsca, znakiem ciągłości i przykładem tego, że nowoczesność nie musi oznaczać wycinki. To lekcja, która nie straciła na aktualności. Dzisiaj warto o niej pamiętać tym bardziej, że znów mówi się o dużych planach inwestycyjnych na terenie AWF (w otulinie Lasu Bielańskiego – przyrodniczego skarbu Warszawy – ma powstać Narodowe Centrum Sportu), a wiele przyrodniczych autorytetów ma do nich uzasadnione zastrzeżenia.

Od 2009 roku drzewo ma status pomnika przyrody. Jest stare, piękne i rozpoznawalne, ale jego znaczenie nie kończy się na wieku, rozmiarach czy botanicznej wartości. Zasługuje na tytuł Warszawskiego Drzewa Roku przede wszystkim dlatego, że opowiada mądrą historię o relacji człowieka z naturą. O tym, że można rozwijać się, nie tracąc pamięci; budować, nie niszcząc; planować przyszłość, nie odcinając przyrodniczych korzeni…

Głosowanie trwa do 16 sierpnia br. i odbywa się za pośrednictwem formularza online na stronie internetowej Zarządu Zieleni m.st. Warszawy. Po oddaniu głosu należy go potwierdzić, klikając w link przesłany na adres e-mail podany podczas głosowania. To ważne, ponieważ jedynie potwierdzone głosy będą uwzględniane w wynikach plebiscytu.

26 lipca; brodząc w warszawskiej Wiśle (generalnie susza)

Piu-piu! Sieweczka rzeczna przysiadła na szczycie jednego z polodowcowych kamieni. Chwilę wcześniej, gdy obserwowałem ją w biegu, pomyślałem, że przypomina nakręcaną zabawkę.

Gdy taplam się w mule, jest piekielnie gorąco. Znaleziony kawał końskiej czachy jako żywo przypomina ceremonialne maski rodem z Indonezji. Nic, tylko wyrzezać w kości odpowiednie ryty, doczepić rzemienie, założyć ją na głowę i odprawiać szamańskie rytuały.

Przydałby się deszcz – dużo deszczu – bo przelotne ulewy nie mają większego wpływu na hydrologiczne realia. Wysychająca Wisła łaknie wody. Sytuacja jest rozwojowa, jednak gdy patrzę na długoterminowe prognozy, trudno nie wieszczyć, że tegoroczny poziom wody w okolicy niechybnie pobije dotychczasowy rekord „niskości”…

Warszawskie „spandżboby” i kotewka

Znalazłem je po praskiej stronie Wisły, w rejonie Wybrzeża Helskiego i Łąk Golędzinowskich, tuż przy wylocie jednego z warszawskich kolektorów burzowych. Okoliczności nie były szczególnie szczęśliwe – Rzeka opadła, pozostawiając je ponad lustrem wody. Dla kogoś trwale związanego z podłożem na pewno nie jest to najlepszy scenariusz.

Na pierwszy rzut oka widok nie robił wrażenia. Ot, jakieś podeschnięte farfocle szaro-burego koloru, przytwierdzone do kamieni ostrogi regulacyjnej. Dopiero bliższa inspekcja ujawniła, że owe niepozorne twory są koloniami gąbek słodkowodnych (Spongillidae). Umówmy się – te prastare zwierzaki nie należą do stworzeń, które wywołują powszechną ekscytację. Ich życie, w dużej mierze, polega bowiem na trwaniu w miejscu, by przepuszczać przez ciało wodę i sycić się niesioną z jej prądem materią. Niemniej, informacja o obecności tych gagatków w warszawskiej Wiśle ma swoją wagę.

Znalezione przeze mnie kolonie gąbek słodkowodnych (szaro-bure) oraz kolonia sfotografowana w jeziorze w Nielbarku (zielona) [źródło].

Według obiegowej opinii stołeczny odcinek Rzeki wciąż uchodzi za brudny. O słodkowodnych gąbkach nadal wiemy relatywnie niewiele, ale na ogół kojarzy się je z dobrze natlenionymi i niezbyt silnie zanieczyszczonymi wodami.

Stereotyp brudnej Wisły nie wziął się oczywiście znikąd. Przez dziesięciolecia ścieki z dużej części lewobrzeżnej Warszawy trafiały do niej bez oczyszczania. Dopiero po rozbudowie oczyszczalni „Czajka” i uruchomieniu w latach 2012-2013 systemu przesyłowego, zaczęto kierować je na prawy brzeg, gdzie były oczyszczane. Dla Warszawy była to ogromna zmiana na lepsze. Niestety, w świadomości przeciętnego Kowalskiego znacznie mocniej zapisało się to, co wydarzyło się później.

W sierpniu 2019 roku rurociąg, którym transportowano syf, uległ poważnej awarii. W konsekwencji ogromne ilości zanieczyszczeń trafiły bezpośrednio do Wisły. Rok później sytuacja się powtórzyła. Wartki strumień rozwodnionego gówna, lejący się z młocińskiego kolektora (potocznie nazywanego berglem), pokazywały chyba wszystkie krajowe stacje telewizyjne. Przez długi czas był to jeden z najgorętszych tematów informacyjnych. Obraz ten bardzo zaszkodził wizerunkowi Wisły. W powszechnym odbiorze utrwalił się znacznie silniej niż wcześniejsze zakończenie wieloletniego, stałego zrzutu nieoczyszczonych ścieków, czy późniejsze inwestycje, których celem było ograniczenie ryzyka podobnych wypadków. Nie dziwi zatem, że u wielu osób hasło „warszawska Wisła” wciąż nie budzi skojarzeń z czystością.

Zdjęcie autorstwa Dariusza Borowicza, przedstawiające zrzut nieoczyszczonych ścieków do Wisły z młocińskiego kolektora w 2019 roku, zamieszczone na internetowym portalu Gazety Wyborczej [źródło].

Tymczasem, rzeczywistość nie do końca pasuje do tak uproszczonego obrazu. Gwoli ścisłości – nie zamierzam na podstawie dwóch kolonii gąbek twierdzić, że jakość wody w warszawskiej Wiśle jest idealna. Zdaję sobie sprawę z tego, że lista problemów Rzeki wciąż pozostaje długa; i nie chodzi tylko o to, że stołeczna kanalizacja przy większych deszczach wciąż bywa ogólnospławna. Nie chcę jednak udawać, że nie ma ono żadnego znaczenia. Skoro u podnóża jednej z budowli hydrotechnicznych żyły gąbki, to w tym konkretnym miejscu (przynajmniej przez pewien czas) musiały panować warunki, które pozwalały im przetrwać i mieściły się w granicach ich tolerancji. Kolonia nie pojawia się na kamieniu w jednej chwili. Musiała się tam utrzymać, rosnąć i filtrować wodę przez dłuższy czas – aż do chwili, gdy opadająca Wisła wyniosła jej kamienny dom ponad powierzchnię.

Co ciekawe, w tej samej okolicy można zobaczyć coś jeszcze. W niewielkiej, płytkiej zatoczce za wspomnianą powyżej ostrogą rośnie też kotewka orzech wodny (Trapa natans) – pływająca roślina o liściach tworzących charakterystyczne rozety i kolczastych, jadalnych owocach. Ten rzadki, chroniony gatunek przez lata kojarzony był przede wszystkim z nielicznymi stanowiskami w południowej Polsce. Jak widać, prawdopodobnie w związku ze zmianami klimatu, coraz śmielej pojawia się również poza dawnymi centrami występowania. O ile się orientuję, stanowiska w rejonie Golędzinowa nie przedstawiano dotąd publicznie. Przy tej okazji nie sposób jednak nie wspomnieć, że nie jest to pierwsza udokumentowana obserwacja kotewki w Warszawie. Łukasz Skomorucha – lekarz weterynarii, przyrodnik z zamiłowania oraz uważny i rzetelny obserwator świata natury (Łukasz, jeżeli to czytasz, pozdrawiam Cię!), stosunkowo niedawno opisał w „Przeglądzie Przyrodniczym” stanowisko tego gatunku w okolicach 512. kilometra Wisły [źródło]. Znajdowało się ono na południe od kolejowego mostu średnicowego, w zatoce między mostem a ostrogą regulacyjną.

Rycina przedstawiająca kotewkę (Trapa natans) z wydanej w XIX wieku książki pt. „Flora von Deutschland, Österreich und der Schweiz” Otto Wilhelma Thomé [źródło].

Fajne są tego rodzaju znaleziska. Nie tylko przypominają, że interesujące rzeczy dzieją się wokół nas, ale przede wszystkim płynie z nich odrobina nadziei. W sercu wielkiego miasta żyją słodkowodne gąbki i rośnie kotewka. To kolejny dowód na to, że Wisła – choć obciążona zanieczyszczeniami, zmęczona suszą i przekształcona przez człowieka – nadal jest w stanie tworzyć cenne przyrodniczo enklawy…

„Drzewo Roku” 2026 Klubu Gaja; i po finale

Cześć! Za nami tegoroczny finał plebiscytu „Drzewo Roku”, organizowanego przez Klub Gaja.

Mimo, że walczyliśmy o głosy dla naszych topoli, jak lwy, wynik był z grubsza taki, jakiego się spodziewałem: „Topola Obrońców” zajęła dziesiąte miejsce, a „Marzanna” – dwunaste. Generalnie nie jest łatwo konkurować z lipami i dębami, które w zbiorowej wyobraźni Polaków mają wielokrotnie mocniejszą pozycję – są dostojne i długowieczne, jednocześnie będąc mocno zakorzenione w historii, literaturze, czy narodowych symbolach.

Z topolami jest inaczej. Dużo trudniej je „sprzedać”, w dodatku operując jedynie krótkimi komunikatami. Jeszcze ciężej przekonać do nich ludzi, którzy mają o nich ugruntowaną – zwykle niezbyt pochlebną – opinię. Jest w tym pewien bezwład – przyzwyczajenie do tego, co znane, i kompletny brak otwartości na alternatywę. Faktem jest, że topola na ogół nie olśniewa natychmiast, ale prawdą jest też, że potrafi nagrodzić uwagę.

Miejsce w konkursie nie było jednak najważniejszą kwestią 🙂 Super informacją jest przede wszystkim to, że ponad 850 osób postanowiło dać szansę naszym topolom. Chcę wierzyć, że są wśród nich takie, z którymi ich historie zostaną na dłużej.

Co do zwycięzcy plebiscytu: 3929 głosami wygrała „Lipa Sobieskiego”. Według legendy miała zostać posadzona ręką Jana III Sobieskiego. Rośnie w zespole pałacowo-parkowym w Przeworsku, ma ponad 300 lat i jest pomnikiem przyrody. To czytelna, łatwa do przekazania historia, osadzona w symbolice, którą większość osób zrozumie bez potrzeby dodatkowych tłumaczeń. Co więcej, drzewo miało społeczność, która potrafiła się wokół niego naprawdę skutecznie zmobilizować – i nie można mieć o to pretensji.

Lipa Sobieskiego z Przeworska – Drzewo Roku 2026, wyłonione w plebiscycie organizowanym przez Klub Gaja [źródło zdjęcia].

Korzystając z okazji, chciałbym gorąco pogratulować osobom, którym udało się zawalczyć o swoje drzewo, i jednocześnie serdecznie dziękuję wszystkim, którzy głosowali oraz na różne sposoby wspierali nasze topole. Każdy głos, każde dobre słowo, każdy artykuł i udostępnienie miały znaczenie. Nie sposób tych działań przecenić…

Boże Ciało

W ciągu miesiąca parokrotnie próbowałem dostać się na odsłonięty grzbiet tzw. rafy żoliborskiej – usłanego eratykami postrachu wodniaków, wizytówki warszawskiej Wisły w sąsiedztwie Golędzinowa (najpierw solo, potem z Marcinem). Cel był blisko, a jednocześnie poza zasięgiem. Kiedy brnie się po pierś w burej, rwącej wodzie, a śliskie kamulce wydają się wyjeżdżać spod stóp, nie warto zgrywać kozaka.

Nie dawało mi to jednak spokoju. Czwartego czerwca, w Boże Ciało, bladym świtem wróciłem na miejsce. Zanim miasto pogrążyło się w atmosferze modłów i śpiewu, desantowałem się pontonem na „rafę”.

Przechadzałem się wśród „narzutniaków”, wypatrując różności, które woda przyniosła i wypluła między nimi, pokrywając je szarawą patyną osadu. W przelewach, gdzie nurt nabierał prędkości, miejscami ciemniały grzbiety ryb, z płetwami nastroszonymi jak żagle. Duże brzany – krępe, silne, ustawione pod prąd głowami – napierały na wodę z uporem istot zrobionych z tej samej materii, co Rzeka. Bliżej lewego brzegu goście na łodziach smagali powietrze wędkami, bezowocnie posyłając do wody sztuczne przynęty. Poszczęściło mi się – stałem pośrodku Wisły, a świat wydawał się trwać w swoim zwykłym, niewzruszonym porządku.

Dwadzieścia dni później ktoś z brzegu wypatrzy na tych samych polodowcowych kamieniach zwłoki mężczyzny. W chwili, gdy dowiem się o tym, wrócę myślami do opisanego tutaj poranka. Żoliborska rafa straci niewinność celu, a Boże Ciało, przed którym dałem dyla nad Wisłę, wróci bez procesji i pieśni. W najprostszym znaczeniu słowa – jako ciało. Ciało, które woda niosła, trzymała, oddała…