Boże Ciało

W ciągu miesiąca parokrotnie próbowałem dostać się na odsłonięty grzbiet tzw. rafy żoliborskiej – usłanego eratykami postrachu wodniaków, wizytówki warszawskiej Wisły w sąsiedztwie Golędzinowa (najpierw solo, potem z Marcinem). Cel był blisko, a jednocześnie poza zasięgiem. Kiedy brnie się po pierś w burej, rwącej wodzie, a śliskie kamulce wydają się wyjeżdżać spod stóp, nie warto zgrywać kozaka.

Nie dawało mi to jednak spokoju. Czwartego czerwca, w Boże Ciało, bladym świtem wróciłem na miejsce. Zanim miasto pogrążyło się w atmosferze modłów i śpiewu, desantowałem się pontonem na „rafę”.

Przechadzałem się wśród „narzutniaków”, wypatrując różności, które woda przyniosła i wypluła między nimi, pokrywając je szarawą patyną osadu. W przelewach, gdzie nurt nabierał prędkości, miejscami ciemniały grzbiety ryb, z płetwami nastroszonymi jak żagle. Duże brzany – krępe, silne, ustawione pod prąd głowami – napierały na wodę z uporem istot zrobionych z tej samej materii, co Rzeka. Bliżej lewego brzegu goście na łodziach smagali powietrze wędkami, bezowocnie posyłając do wody sztuczne przynęty. Poszczęściło mi się – stałem pośrodku Wisły, a świat wydawał się trwać w swoim zwykłym, niewzruszonym porządku.

Dwadzieścia dni później ktoś z brzegu wypatrzy na tych samych polodowcowych kamieniach zwłoki mężczyzny. W chwili, gdy dowiem się o tym, wrócę myślami do opisanego tutaj poranka. Żoliborska rafa straci niewinność celu, a Boże Ciało, przed którym dałem dyla nad Wisłę, wróci bez procesji i pieśni. W najprostszym znaczeniu słowa – jako ciało. Ciało, które woda niosła, trzymała, oddała…

„Drzewo Roku” 2026 Klubu Gaja / Działamy! (dla naszych topól)

Ale ten czas zasuwa… Z początkiem miesiąca wystartowało głosowanie w tegorocznej edycji „Drzewa Roku” – ogólnopolskiego plebiscytu organizowanego przez Klub Gaja, jedną z najstarszych krajowych niezależnych organizacji pozarządowych, zajmujących się tematyką ekologiczną. W związku z tym, przez cały czerwiec internauci mogą oddawać głosy na szesnaście wyjątkowych drzew z całej Polski. Z mojego punktu widzenia najistotniejsze jest to, że w gronie finalistów (obok dębów, lip, sosny i klonu francuskiego) znalazły się dwie topole – grudziądzka Marzanna oraz tzw. Topola Obrońców z warszawskiej Ochoty – „Warszawskie Drzewo Roku 2025” – zgłoszona przez Zarząd Zieleni m.st. Warszawy.

Ci, którzy śledzą wpisy na moim blogu, wiedzą, że „Marzanna” – nadwiślańska sokora o unikalnym pokroju – regularnie się przez nie przewija. To moja stara znajoma. Zetknąłem się z nią po raz pierwszy jako dzieciak i spotkanie głęboko mnie poruszyło. Od tamtej chwili upłynął szmat czasu, i choć od wielu lat nie mieszkam już w Grudziądzu, nie mogę przestać o niej myśleć. Niestety, obecnie jest ona tylko cieniem dawnej siebie. Dzisiejsze wizyty u niej mają w sobie coś z odwiedzin u bliskiego krewnego, który gaśnie w nadrzecznym hospicjum. Oglądanie kogoś, z kogo ucieka życie, a komu nie da się przywrócić dawnych sił, bywa przygnębiające. Jednocześnie w głowie kłębi się wiele innych uczuć – na pewno są wśród nich także czułość i wdzięczność. „Marzanna„, choć coraz bardziej rozpływa się w otaczającym ją krajobrazie – tracąc gałęzie i konary, zlewając się z płótnem nadrzecznej skarpy i samą Wisłą – wciąż w jakiś sposób go determinuje. Co więcej, wydaje się być coraz mniej drzewem w potocznym sensie, a coraz bardziej procesem – swoistą lekcją przemijania, której nie da się właściwie opisać słowami, czy uchwycić na zdjęciu. Wobec czegoś takiego nie da się przejść obojętnie.

Z wizytą u „Marzanny” – 2 maja bieżącego roku.

Oczywiście, nie mam złudzeń, że internetowe konkursy rozwiązują problemy ochrony przyrody. Jeśli chodzi o grudziądzką sokorę, to udział w plebiscycie nie przywróci jej dawnej korony, nie zabliźni ran będących dziełem wandali i żywiołów, ani nie cofnie procesu próchnienia. Może jednak przyczynić się do czegoś ważnego – poszerzyć krąg osób, dla których drzewa przestaną być anonimowym elementem tła. To naprawdę wiele – i chwała za to Klubowi Gaja. Od zauważenia kogoś lub czegoś bardzo często bowiem zaczyna się troska.

Drugą z topól, które znalazły się w finale, jest „Topola Obrońców” – warszawska topola kanadyjska odmiany późnej, żółtolistnej (Serotina Aurea), rosnąca przy ulicy Grójeckiej na Ochocie, w sąsiedztwie pomnika Barykada Września. To drzewo-pomnik w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Jest świadkiem miejsca, w którym splatają się pamięć o bohaterskich obrońcach Stolicy, dramat „Zieleniaka” oraz codzienność współczesnego miasta. Wokół niej wyrasta bezduszna zabudowa. Gdy patrzę na zdjęcia prezentujące jej sylwetkę, udostępnione na potrzeby „Drzewa Roku”, mam nieodparte wrażenie, że miejsce, w którym ją posadzono w okresie międzywojennym, przestaje być dla niej gościnne. Formalny status pomnika przyrody oczywiście ma znaczenie, ale nie jest magiczną tarczą. Stare drzewo rosnące w wielkim mieście potrzebuje czegoś więcej niż urzędowej tabliczki i wpisu w rejestrze. Wymaga uwagi, dobrego sąsiedztwa, odpowiedzialnych decyzji oraz społeczności, która nie tylko rozpoznaje, co jest ważne, ale – gdy okoliczności tego wymagają – potrafi to zdecydowanie artykułować.

Warszawska „Topola Obrońców” – jedno ze zdjęć, będących wizytówką drzewa na stronie prezentującej finalistów plebiscytu „Drzewo Roku” 2026 Klubu Gaja [źródło].

W świetle powyższego, gorąco zachęcam do wzięcia udziału w plebiscycie i oddania głosu na nasze topole. Nie będę jednak udawał bezstronnego – moje serce niezmiennie pozostaje przy grudziądzkiej sokorze. Nie pogniewam się jednak, jeżeli bliższa jest Wam opowieść warszawska i wybierzecie „Topolę Obrońców”.

Pierwszy ranking cząstkowy (opublikowany 6 czerwca) nie urywa głowy. „Marzanna” miała wówczas 63 głosy, a „Topola Obrońców” 69. Liderzy (głównie dęby) są znacznie dalej. Nie piszę tego, by się żalić, tylko by wskazać, iż mam świadomość istniejącego wyzwania. To jasne, że w tego rodzaju „wyborach” wygrywają nie tylko drzewa, ale przede wszystkim społeczności zgromadzone wokół nich. Bywam czasem naiwnym idealistą i chcę wierzyć, że ta nasza topolowa społeczność dopiero się zbiera. Nie mam zbyt dużych zasięgów, ale nie przeszkadza mi to w podejmowaniu zakulisowych działań, by była ona jak najszersza. W miarę możliwości inwestuję w materiały promocyjne – ulotki, plakaty, koszulki, równolegle piszę, przypominam i proszę. Wychodząc ze swojej introwertycznej strefy komfortu, podrzucam też informacje mediom, uruchamiam znajomości oraz odzywam się do ludzi, którym – mam nadzieję – los drzew nie jest obojętny.

Próbka moich materiałów promujących głosowanie na „Marzannę” w tegorocznej edycji plebiscytu „Drzewo Roku” Klubu Gaja.

Szczególnie zależy mi na aktywizacji placówek oświatowych. Wysyłając maile, zachęcam dyrekcje oraz nauczycieli, by potraktowali konkurs jako pretekst do kształtowania w swoich wychowankach postaw szczególnie ważnych w dzisiejszych czasach – troski o środowisko, uważności, empatii, odpowiedzialności za świat, czy budowania solidarnej wspólnoty. Aktywne włączenie się w akcję mogłoby pokazać, że szkoła, czy przedszkole może być miejscem, które nie tylko przekazuje „suchą” wiedzę, ale także formuje młodych ludzi wrażliwych na przyrodę, historię i sprawy społeczne. Dzieci i młodzież dopiero poznają, jak funkcjonuje świat. To, czego nauczą się teraz, może pozostać z nimi na całe życie. Jeśli sędziwe drzewo zostanie im przedstawione jako bezwartościowy szrot – przeszkoda przy budowie parkingu, obiekt zacieniający działkę albo kłopot administracyjny, w przyszłości mogą podejmować decyzje, patrząc dokładnie z takiej perspektywy. Jeśli jednak zobaczą w nim świadka przeszłości, sąsiada, część lokalnej opowieści, czy żywy organizm tworzący przestrzeń dla innych istot, natenczas jest szansa, że kiedyś zareagują inaczej.

Idealistycznie zakładam, że mądra szkoła może pokazać, że przyroda, o którą warto walczyć, jest wszędzie wokół nas – nad rzeką, w parku, przy ruchliwej ulicy, na dawnym targowisku, czy przy ścieżce, którą codziennie chodzimy, nie poświęcając jej zbytniej uwagi. Drzewa mogą być świetnymi nauczycielami, ale nie mówią wprost – należy się przy nich chociaż na moment zatrzymać i zadać sobie trud zastanowienia się, co mogłyby mieć do powiedzenia.

Na ile moje działania okażą się skuteczne? Niestety, idę trochę na wyczucie i niestety nie jestem w stanie przewidzieć skutków…

Kończąc ten wpis, pozostawiam Was z prośbą – jeśli możecie, zagłosujcie proszę na jedną z bohaterek dzisiejszej notatki i udostępniajcie informację dalej. Głosowanie odbywa się na stronie drzeworoku.pl. Należy wybrać drzewo, zaakceptować regulamin, podać adres e-mail, a następnie potwierdzić głos, klikając w link otrzymany w wiadomości.

Wiosenna niżówka i „mudlarking” po warszawsku (5 maja)

Na początku maja br. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej poinformował, że niemal trzy czwarte stacji hydrologicznych w Polsce znajduje się w strefie wody niskiej. Trudno jednak, aby było inaczej, skoro pierwsze miesiące roku przyniosły wyraźny deficyt opadów, a wiosenne deszcze – nawet jeśli występowały – miały raczej marginalne znaczenie.

Mapa ze strony Hydro IMGW-PIB, obrazująca sytuację hydrologiczną w zlewni Wisły od Wieprza do Narwi (stan na 9 maja br.). Strefa stanów niskich została zobrazowana czarnym kolorem.

Powyższy problem dotyczy również naszego podwórka (Warszawska Wisła). Wiem, o czym piszę, ponieważ we wtorek – 5 maja, zaliczyliśmy z Marcinem pierwsze w tym roku pełnoprawne brodzenie.

Wchodząc do wody, dowcipkowałem, że nieprzypadkowo mam na sobie T-shirt z wizerunkiem bizona. Śmiałem się, że ten gest pomoże mi zjednać sobie przychylność bytujących tu duchów turów, żubrów i krów. Nie wiedziałem jeszcze, że owo „zaklinanie” przyniesie namacalne efekty – podczas spaceru po odsłoniętym brzuchu Rzeki kilkakrotnie bowiem natknęliśmy się na fragmenty czaszek „rogacizny”.

Niska woda o tej porze roku to uzasadniony powód do niepokoju. Mimo to ciężko nie ulec pokusie, by choć na chwilę zapomnieć o troskach i po raz kolejny po prostu wejść w rolę rzecznego dziada, szperacza, włóczęgi…

Krótkie postscriptum do poprzedniej notatki (dendro-niespodzianka)

Pisząc poprzednią notatkę, nie chciałem rozbudowywać wątków pobocznych. Już po opublikowaniu tekstu uznałem jednak, że warto coś dopowiedzieć.

Podczas ubiegłorocznego wypadu do Trzęsacza nie trzymałem się ściśle planu. Wkrótce po rozstaniu z „Heksą”, idąc szosą w kierunku Bydgoszczy przez Strzelce Dolne – wieś znaną ze śliwkowych powideł – wypatrzyłem z daleka czuprynę innej sokory (rosła w pasie zadrzewień między polami). Gdy podszedłem bliżej, okazało się, że drzewo ma w „pasie” ponad osiem metrów (dokładnie 812 cm) i jedną z najbardziej imponujących koron, jakie dotychczas widziałem (zerknijcie proszę na fotografie, które załączam poniżej). Niestety, jego pień był uszkodzony i – podobnie, jak w przypadku wielu innych nadwiślańskich topoli – był naznaczony ogniem. Co ciekawe, na tę chwilę, sokory tej nie ma w żadnych rejestrach. Chciałbym powiedzieć to jasno – idąc ku temu drzewu, zupełnie nie spodziewałem się jego wielkości. Co więcej, już po powrocie do domu, sprawdzając, jak prezentuje się ono na zdjęciach satelitarnych, wciąż byłem zdziwiony. Bazując wyłącznie na nich, absolutnie nie zwróciłbym na nie uwagi.

Traktuję to jako lekcję na przyszłość. Coś mówi mi, że okolica może kryć jeszcze niejedną niespodziankę tego rodzaju. Trzeba będzie zatem jeszcze tu wrócić i dokładniej powęszyć 🙂

Kujawska „Heksa” – topola czarna, która ma twarz

Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o kolejnej godnej uwagi nadwiślańskiej sokorze. O drzewie tym, znanym głównie miejscowym i fanatykom buszującym po zakamarkach „Rejestru Polskich Drzew Pomnikowych”, możemy przeczytać, że jest to „(…) potężna topola czarna z wypalonym pniem, pokrytym licznymi naroślami i odrostami. Drzewo jest niemal całkowicie nieznane. Dobrze widać je z pobliskiej drogi, ale ze względu na zarośla z daleka ciężko zobaczyć, jak okazały jest pień topoli” [opis p. Bartosza Stoja, który w 2019 roku wprowadził je do Rejestru; LINK]. Powyższa charakterystyka jest prawdziwa, nie zawiera jednak całej prawdy o drzewie. Jest wszak coś frapującego, co zdecydowanie wyróżnia je spośród innych sędziwych topoli, na które można natrafić wędrując wzdłuż Wisły. Wiem to, ponieważ 26 grudnia ubiegłego roku wstałem grubo przed świtem i zafundowałem sobie wycieczkę na dwa pociągi, tramwaj oraz jakieś osiem kilometrów z buta w jedną stronę. Wszystko po to, by spotkać się z protagonistką niniejszej notatki i naocznie przekonać się, jaka ona naprawdę jest.

Poznajcie kujawską „Heksę” – jedną z najgrubszych i najciekawszych polskich topoli. Rośnie ona wśród nadrzecznych łąk i pól w miejscowości Trzęsacz w województwie kujawsko-pomorskim. Stosunkowo niedaleko znajdują się pozostałości po średniowiecznym grodzisku. Jest też opuszczony cmentarz oraz lokalna ciekawostka geologiczna – licząca kilkanaście metrów długości jaskinia „Bajka”.

Sokora z Trzęsacza, oglądana z daleka, przypomina trochę słynną „Topolę Mariańską”, rosnącą w Ostromecku, zaledwie osiem i pół kilometra w górę Rzeki. Oba drzewa na pewno łączy to, że wyrosły na otwartej przestrzeni, dobrze wykorzystując możliwości, wynikające z takiego układu. Nie wiem, czy są spokrewnione, ale gdyby tak było, Trzęsaczanka na pewno byłaby tą złą siostrą. Gdy podejdzie się bliżej, dość szybko orientujemy się bowiem, że mamy do czynienia z postacią rodem z mrocznej baśni – prawdziwą czarownicą.

Zima to odpowiedni czas na studiowanie sylwetek drzew. Wówczas wszystko podane jest wprost, bez zbędnych dekoracji. W przypadku „Heksy” najważniejszy jest pień – część, w której najmocniej zapisuje się czas. Jest on monstrualny (920 cm obwodu pierśnicowego), butelkowaty, pokryty rakowymi naroślami i gruzłowatą, nieprzyjemną w dotyku korą. Co istotne, od południowo-zachodniej strony ma potężny, otwarty ubytek wysoki na około pięć metrów. Wypalona, podłużna i przeszywająco mroczna dziura, wydaje się pochłaniać nie tylko światło, ale też wzrok obserwatora (wewnątrz ślady po ogniu, próchno i rozpieprzone gniazdo szerszeni). Ponad nią można zobaczyć osobliwie wyglądający, szarawy obszar „łysego” drewna. Uszkodzenie to – powstałe w wyniku oderwania się płata kory – jest duże i dość symetryczne. Zdobi je swoisty relief nierówności, spękań, zabrudzeń i zacieków, których układ ma kluczowe znaczenie. Najważniejsze są dwie mniej więcej równoległe, guzowate struktury, z których niegdyś wyrastały wiązki pędów odroślowych oraz ciemniejsza, pionowa wstęga biegnąca między nimi. Całość sprawia wrażenie maski. I właśnie w tym miejscu zaczyna się pareidolia – prosta sztuczka percepcji, w której mózg układa przypadkowe kształty w znane wzory. W przypadku sokory z Trzęsacza nie jest to subtelne „może coś tam widać”, tylko uparte, narzucające się wrażenie, że pień ma twarz. Gdy to dostrzeżesz, wspomniane guzy wraz z dzielącą je wstęgą staną się oczami i nosem, a długa czarna szczelina – kuriozalnie szeroko otwartymi ustami.

Mrocznej aparycji dodatkowo dopełnia plątanina rosochatych gałęzi. Zwłaszcza te położone nisko – pokryte liszajem żółtawych porostów (złotorost) – są dziko roztańczone, błądzą wśród samosiejek tarniny i klonu jesionolistnego. Wygląda to trochę tak, jak gdyby topola zapamiętale miotała nimi w jakimś szaleńczym amoku. Jakby tego było mało, gdzieniegdzie zdobią je tzw. czarcie miotły – krzaczaste, spotworniałe skupiska pędów, ułożone inaczej niż należałoby spodziewać się po normalnych gałęziach.

Odnośnie dryfowania w kierunku upiornych skojarzeń, to ktoś, komu pokazałem kilka zdjęć „Heksy”, stwierdził, że przypomina mu ona „drzewo umarłych” z filmu „Jeździec bez głowy” (oryg. „Sleepy Hollow”). Osobiście nie do końca podzielam tę opinię (gdy patrzę na plątwę odsłoniętych napływów korzeniowych polistyrenowej makiety z dzieła Burtona, widzę więcej wizualnych punktów stycznych z sylwetką grudziądzkiej „Marzanny” [link]), mimo to sugestia utkwiła mi w pamięci.

Kadr z filmu „Jeździec bez głowy” (reż. Tim Burton), na którym widać tytułowe widmo oraz tzw. „drzewo umarłych” [źródło].

Filmowy rekwizyt był zarazem grobem i przejściem między światami. Z jamy ziejącej u jego podstawy wyjeżdżał bowiem tytułowy upiór bez głowy. Może się to wydawać zaskakujące, ale stąd już niedaleko do miejscowego folkloru. Zabawne, lecz jakiś miesiąc temu wpadła mi w ręce książka Natalii Zacharek, zatytułowana „Duchy i demony ziemi chełmińskiej” (wydawnictwo Region, 2022). Czytając ją, trafiłem na wzmiankę, że nocne manifestacje podobnej, pozbawionej czerepu postaci rzekomo miały miejsce po drugiej stronie Wisły – zaledwie kilkanaście kilometrów na północny-wschód od Trzęsacza. Obecność tego rodzaju gości w dawnych wierzeniach na ogół wiązana bywa ze starymi cmentarzyskami czy rozstajami dróg. Osobiście nie widzę jednak przeszkód, by uczynić wypalony pień „Heksy” siedzibą regionalnego upiora. Moim zdaniem jej wygląd doskonale predestynuje ją do włączenia w mozaikę lokalnych folklorystycznych osobliwości. Niedaleko miejsca, w którym rośnie, są przecież „Diabelce”, zwane też „Czarcimi Górami” – pasmo morenowych wzgórz opadających ku Wiśle, obrosłe mrocznymi opowieściami, a także tzw. diabelski kamień w miejscowości Leosia.

Zmierzając do brzegu, cieszę się ze spotkania z „Heksą” – spotworniałą sokorą, która ma twarz. W epoce scrollowania, gdy patrzenie dla wielu stało się aktem bezmyślnej konsumpcji, wymusza ona zupełnie inny rytm. Jest pretekstem, by przystanąć i spróbować zobaczyć coś więcej niż tylko drzewo. Chciałbym jednak, żebyście czytając niniejszy tekst, mieli na uwadze również to, że sędziwe topole to nie tylko interesujące obiekty fotografii czy osie, wokół których można zbudować jakąś niesamowitą opowieść. Wiele z nich nosi świadectwa upływu czasu i dramatycznych wydarzeń – martwice boczne, kominowe ubytki wewnątrz pni, odspojone płaty kory, wypełnione próchnem jamy po wyłamanych konarach czy stosy martwego drewna leżące u ich podstawy. Paradoksalnie to, co człowiekowi wydaje się ruiną, dla przyrody może być prawdziwym, pełnym życia mikrokosmosem.

Niewiele mniejsze znaczenie może mieć także to, że sylwetki starych drzew są również żywym pomnikiem miejsca – pokazują bowiem, że nieujarzmiony, pierwotny świat wciąż istnieje. Taki, którego nikt nie uporządkował, nie wyrównał, nie przyciął. By go doświadczyć, czasem nie potrzeba zbyt wiele…

26 marca; Warszawa

Nocą deszcz stukał o parapet. Będąc w półśnie, wyobrażałem sobie, jak ziemia opija się wodą, by zmartwychwstający świat miał siłę się zielenić.

Kilkanaście godzin później – wracając z pracy – starałem się nie myśleć o niczym. Wychodząc z tunelu koło GUS-u, widziałem kałużę, która, wypisz-wymaluj, wyglądała jak popiersie jakiegoś garbatego łysola…

15 marca; ptasia grypa i sztuka epoki antropocenu po grudziądzku

Współczesna grudziądzka sztuka „naskalna” nie ma wiele wspólnego z tym, co można zobaczyć w słynnym Lascaux. Ruiny w nadwiślańskim buszu pomazane sprayem, gdzie ludowe sacrum bez cienia żenady idzie pod rękę z profanum. Papież Polak, wszędobylskie chuje, tu i ówdzie pokraczny kosmolud. Nieopodal, w swoistej kontrze do osobliwej tubylczej ikonografii, niebieszczą się pierwsze kwiaty przylaszczek (między puchami po piwsku).

Idąc zboczem wzdłuż Wisły, na odcinku kilkuset metrów naliczyłem aż pięć ciał myszołowów. Wiatr rozwiewał pióra z obojętnością godną natury.

Nie interesują go lokalne symbole, nie wydaje także wyroków…

Marcowe aktualności :D

Powietrze pachnie obietnicą wiosny.  Nareszcie ocieplenie.

Są też inne pozytywne informacje, którymi warto się podzielić. Na początku tego miesiąca podano do wiadomości publicznej listę finalistów tegorocznej edycji konkursu „Drzewo Roku”, organizowanego przez Klub Gaja – szesnaście drzew wybranych spośród niemal pięćdziesięciu zgłoszeń (https://swietodrzewa.pl/finalisci-konkursu-drzewo-roku-2026-w-polsce/). W tym zaszczytnym gronie znalazła się także moja Marzanna – przedziwna topola czarna, rosnąca nad grudziądzką Wisłą. Wiadomość o tym zdążyły podchwycić już lokalne media.

Oficjalny plakat promujący plebiscyt „Drzewo Roku 2026”, organizowany przez Klub Gaja.

Udział „Marzanny” w decydującym etapie ogólnopolskiego konkursu raduje bez względu na to, czy ma ona szansę na podium. Wieść o niej wypływa na szersze wody. Dzięki temu, być może, znajdą się kolejne osoby, które zwrócą uwagę na jej istnienie oraz będą w stanie docenić niesamowity nadwiślański krajobraz, w którym od kilku ludzkich pokoleń zakotwiczona jest jej obecność.

Oczywiście, bardzo cieszy mnie również zakwalifikowanie się do finału „Topoli Obrońców” z Ochoty – Warszawskiego Drzewa Roku 2026 (gratulacje dla Zarządu Zieleni m.st. Warszawy). Nie będę jednak udawał bezstronności. Moją bezsporną faworytką pozostaje bowiem grudziądzka sokora i do głosowania na nią będę przede wszystkim zachęcał.

Tymczasem proszę o strumień życzliwych myśli. Na aktywny udział w konkursie przyjdzie jeszcze czas…

Rosochata korona „Marzanny” nagrzana ciepłem marcowego słońca (zdjęcie wykonane przy użyciu kamery termowizyjnej).