*** (12 maja)

Gdy większą część życia nasiąka się aurą miasta, co jakiś czas warto się odtruć. By skończyć z dyktatem kątów prostych, wystarczy rozpłynąć się w dziewiczym krajobrazie jakiegoś nadrzecznego zadupia. Tam, wsłuchując się w mowę wiatru, ptaków i żab, można do woli naczerpać wody spokoju. Albo, zmrużywszy oczy, czytając kolejne wersy fal na burej karcie Rzeki, chwilowo zapomnieć o sobie. Będąc w tym stanie łatwo jest ulec złudzeniu, że jest się zdolnym odczytać wróżby zawarte w zarysie chmur, szumie wierzbowych liści lub kompozycji spękań, przedmiotów i tropów zdobiących wysychające błoto. Przyjacielu, jakkolwiek sens świata jest prosty, musisz pamiętać, że satori zawsze jest tymczasowe. Budzisz się, robisz swoje, ale potem na koniec dnia i tak zawsze morzy cię senność. Wbrew temu, co twierdzą niektórzy – niemyślenie jest trudną sztuką, ale w domenie miliarda bodźców to właśnie pustka jest twym sprzymierzeńcem…

Topola „Marzanna” (1 maja)

Tegoroczną majówkę spędziliśmy w Grudziądzu. Przy okazji przechadzek po lesie porastającym stromy stok i podnóże Kępy Strzemięcińskiej kilkakrotnie złożyłem wizytę „Marzannie”. Miło było (nareszcie!) zobaczyć na niej zieloną tabliczkę z orłem. W odróżnieniu od niejednej miejskiej topoli, które już od jakiegoś czasu pysznią się zielenią, ta jedyna w swoim rodzaju sokora dopiero teraz zaczęła okrywać się listowiem. Największy z jej obłamanych konarów mieszał mętną wiślaną wodę, chwilowo nie dając zagarnąć się Rzece. Drugi – mniejszy – który złamał się później, malowniczo oparł się o ziemię po wschodniej stronie drzewa i nadał jego sylwetce jeszcze bardziej literackiego wyglądu. Gdziekolwiek spojrzeć, czuć było wiosnę. W koronach drzew znacząco gruchały grzywacze. Żyzna gleba, ogrzana słońcem, okryła się ziołoroślowym kobiercem – w sporej mierze utkanym z czosnaczku, ziarnopłonu oraz niecierpka. Wciąż kwitły tarniny i dzikie grusze. Miejscami można było wypatrzeć też trójklapowe liście przylaszczki…

Topola „Marzanna” pomnikiem przyrody

Niedługo początek kalendarzowej wiosny. Dni stają się dłuższe, co powinno nastrajać nas coraz bardziej pozytywnie, jednak świat działa na przekór i rzeczywistość, w której aktualnie się znajdujemy, wydaje się nabierać coraz mroczniejszych kolorów. W bezpośrednim sąsiedztwie naszego kraju rozgrywa się brutalny konflikt zbrojny, w wyniku którego cierpią miliony osób. Każdego dnia docierają do nas nowe informacje o tragedii, jakiej doświadczają mieszkańcy Ukrainy. Bezpardonowe bombardowania miast, ofiary wśród ludności cywilnej, exodus uchodźców. Dodatkowo, sytuacja międzynarodowa robi się coraz bardziej napięta i naprawdę nie wiadomo, jaki będzie dalszy rozwój wydarzeń. Wszystko to zasiewa w mym umyśle ziarno niepokoju i wprawia mnie w tryb niespokojnego wyczekiwania.

Jednym z nielicznych jasnych akcentów ostatnich dni jest dla mnie pismo z Urzędu Miejskiego w Grudziądzu (otrzymałem je wczoraj) informujące, że topola „Marzanna” została oficjalnie uznana za pomnik przyrody (LINK do związanej z tym uchwały). Zaproponowana przeze mnie nazwa również została zaakceptowana i niniejszym stała się oficjalnym imieniem tego wspaniałego drzewa. Cieszę się niezmiernie, ale jednocześnie wciąż nie do końca dociera do mnie to, co właśnie się stało. Gdzieś w środku sam chyba nie do końca wierzyłem, że uda się doprowadzić tę sprawę do pomyślnego finału. Na szczęście urzędnicy z Wydziału Środowiska grudziądzkiego Urzędu Miejskiego, przedstawiciele Państwowego Gospodarstwa Wody Polskie (Zarząd Zlewni w Tczewie), a także grudziądzcy radni, którzy głosowali za przyjęciem uchwały, okazali się otwarci na głos obywatela i przychylili się do złożonego wniosku. W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować wszystkim osobom, które były zaangażowane w tę sprawę.

Topola czarna „Marzanna” (fotografia z 7 sierpnia ubiegłego roku).

Co ciekawe, „Marzanna” z dnia na dzień cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Potwierdzają to statystyki dotyczące częstotliwości odwiedzin znacznika na mapach Google, który wskazuje jej położenie. Okazuje się, że od 27 marca 2021 roku „kliknięto” w niego ponad 54 000 razy (!), co – zważywszy na liczbę mieszkańców Grudziądza – jest naprawdę imponującym wynikiem. Myślę, że jest to najlepszy dowód na to, że to konkretne drzewo ma realny potencjał, by stać się przyrodniczą wizytówką okolicy, a decyzja o objęciu go prawną ochroną była w pełni uzasadniona.

Cieszę się, że mogłem dołożyć swoją skromną cegiełkę na rzecz ochrony nadwiślańskiej przyrody, ale to uczucie ma lekko gorzki posmak. Żałuję, że nie zająłem się sprawą już kilka lat temu, gdy „moja” sokora znajdowała się w znacznie lepszej kondycji. Na pewno wyciągnę z tego jednak naukę na przyszłość, ponieważ jest jeszcze wiele bezimiennych rodzimych topoli, o których ochronę warto zawalczyć…

„Topola Kromnowska”

We wtorek trzeciego lutego wybrałem się z Marcinem do wsi Kromnów (powiat Sochaczewski), żeby na własne oczy zobaczyć jedną z najbardziej znanych topól czarnych w Polsce. Przymierzałem się do tego wyjazdu od dawna, jednak zawsze działo się coś, co sprawiało, że trzeba było modyfikować plany.

Na miejsce dojechaliśmy około godziny dziewiątej. Zostawiliśmy samochód pod płotem czyjejś posesji i bez pośpiechu podreptaliśmy w stronę wału przeciwpowodziowego. Naga sylwetka interesującej nas sokory, rosnącej po jego drugiej stronie, rzucała się w oczy z daleka. Chwilę później, po wejściu w strefę chaszczy na skraju łęgu, mogliśmy podziwiać ją z bliska. Obiekt naszego zainteresowania spełnił pokładane w nim nadzieje i okazał się uosobieniem tego, czego można spodziewać się po monumentalnej nadwiślańskiej sokorze. „Topola Kromnowska” to prawdziwa olbrzymka, wysoka na ponad 35 metrów, o potężnym pniu, którego obwód na wysokości pierśnicy wynosi 842 centymetry. Pewne cechy jej budowy mogą wskazywać, że jest ona zrosłodrzewem, ale nawet gdyby rzeczywiście tak było, to i tak nie ujmuje jej to niczego.

Szacuje się, że ta konkretna topola liczy sobie ponad dwieście lat. Nie można zatem wykluczyć, że jej początki mogą być zbieżne z pierwszymi latami zaborów. Być może była już sporym drzewem, gdy w oddalonej o zaledwie kilkanaście kilometrów Żelazowej Woli, przychodził na świat Fryderyk Chopin (1810 rok). Nie spekulując, można jednak śmiało założyć, że pamięta czasy Powstania Styczniowego (wybuchło 158 lat temu), którego ważne wydarzenia rozgrywały się w leżącej nieopodal Puszczy Kampinoskiej, i jest starsza od dzieł Jana Matejki czy eposu narodowego „Pan Tadeusz”. Dwa wieki z okładem to szmat czasu, który odbił się na kondycji kromnowskiej sokory. Na szczęście, od 2009 roku Nestorka cieszy się statusem pomnika przyrody i objęta jest prawną ochroną.

Gdy badałem dłonią szorstką fakturę pnia tego majestatycznego drzewa, naszła mnie pewna dygresja. Do niedawna jego sąsiadem był pomnikowy dąb szypułkowy. W przeciwieństwie do topól, dęby to drzewa, które kojarzone są z siłą i długowiecznością, nierzadko wykorzystywane jako symbol heraldyczny, podkreślający znaczenie rodu lub terytorium. Co ciekawe, „Dąb Nadwiślański” nie przetrwał jednak starcia z wezbraną Wisłą i w 2011 roku został powalony. Tymczasem „Topola Kromnowska”, solidnie wczepiona korzeniami w aluwialną glebę, wciąż czerpie z niej siłę. Z niemym uporem pełni swą wartę i, na przekór zmiennym żywiołom, wciąż karmi się Rzeką…

Postscriptum / Nacieszywszy się topolą, zjedliśmy śniadanie, a potem powędrowaliśmy w głąb nadrzecznego lasu i snuliśmy się po nim przez jakiś czas (łęg wierzbowo-topolowy, porastający tutejszy brzeg Wisły, jest naprawdę wspaniały). Pod koniec wyprawy spotkaliśmy dwóch miejscowych, którzy podzielili się z nami informacją, że dwa dni wcześniej niedaleko miejsca, w którym się znajdowaliśmy, w kłusownicze wnyki złapał się samiec wilka. Na szczęście, zwierzę nie odniosło poważnych obrażeń i, po sprawnie przeprowadzonej akcji ratunkowej, zwrócono mu wolność. Podobno na tym terenie operują dwie wilcze watahy. Mocno dają w kość miejscowym bobrom, nie gardzą też sarnami i łosiem…

Zachęta do topolowych „pielgrzymek”

W naszym kraju wiele osób odczuwa potrzebę pielgrzymowania do sanktuariów i miejsc kultu religijnego, słynących z relikwii świętych oraz cudownych obrazów (np. Częstochowa, Licheń, czy Łagiewniki). Ja z kolei, od czasu do czasu, lubię wcielić się w rolę kogoś w rodzaju topolowego pątnika. Nasze rodzime topole czarne (szczególnie te sędziwe) to drzewa, do których czuję szczególne powinowactwo. Osoby pokładające wiarę w horoskopach, mogłyby doszukiwać się źródła tego zjawiska w tym, że przyszedłem na świat czwartego lutego. Data ta według systemu astrologicznego, opracowanego przez niejakiego Edgara Blissa (Astrologie Gauloise„) oznacza bowiem, że znajduję się pod szczególną opieką topoli. Oczywiście takie nadnaturalne wyjaśnienie jest bardzo atrakcyjne, jednak moje umiłowanie tego gatunku drzew ma o wiele bardziej konwencjonalną przyczynę. Dorodna topola czarna to coś, wobec czego trudno jest pozostać obojętnym – zwłaszcza, gdy jest się wrażliwą duszą. W malarstwie i literaturze można znaleźć sporo przykładów dzieł, których twórcy inspirowali się obecnością topól włoskich (zwanych też lombardzkimi) w krajobrazie. Odczucia, jakie wywołują te drzewa o smukłym pokroju, będące męskimi kultywarami topoli czarnej, bledną jednak w zestawieniu z tym, co czuje się stojąc naprzeciw potężnej, nadwiślańskiej sokory.

Rodzime topole czarne – posępne boginie nadrzecznego lasu.

Olbrzymi pień tej ostatniej, obfitujący w malownicze bruzdy i zagłębienia, bulwiaste narośle oraz wiązki pędów odroślowych, a także wielka rosochata korona sprawiają, że śmiało można pokusić się o nadanie jej miana posępnej bogini nadrzecznego lasu. Drzewa te z racji niesamowitego tempa wzrostu oraz zdolności do masowego rozsiewania się, są dla mnie ponadto czymś w rodzaju symbolu nieujarzmionej wolności. Wydaje mi się, że nie tylko ja mam podobne skojarzenia. Niewykluczone, że wspomniane cechy tego gatunku drzew oraz to, iż ongiś stanowiły one powszechny element polskiego krajobrazu, były powodem, dla którego wybierano je do nasadzeń w tak zwanych ogrodach patriotycznych. Tego typu miejsca powstawały w okresie utraty niepodległości Polski, po trzecim rozbiorze i zawierały zaszyfrowane przesłanie. Obecnie sprawa przedstawia się jednak zupełnie inaczej, ponieważ w powszechnym odczuciu topole czarne są uważane za krótkowieczne chwasty – co absolutnie nie ma pokrycia w rzeczywistości. Póki co, można znaleźć jeszcze naprawdę imponujące egzemplarze sędziwych sokor, które niezłomnie trwają na swoich stanowiskach, ale przyszłość gatunku jest niestety niepewna. Jest tak między innymi dlatego, że z każdym kolejnym rokiem ubywa siedlisk, w których mogłyby się one naturalnie odnawiać i dokonywać swobodnej ekspansji. Na ich niekorzyść działa też fakt, że posiadają zdolność do łatwego krzyżowania się z uprawianymi topolami obcego pochodzenia, co mocno zagraża ich czystości genowej. Wziąwszy pod uwagę niniejsze zagadnienia, jestem głęboko przekonany, że od czasu do czasu warto się ruszyć i, z otwartym sercem, odwiedzić jakąś sokorę. Spotykając się z drzewem, dobrze wsłuchać się w siebie, a gdy pojawi się nić emocjonalnej więzi z nim, można też (słowem, rysunkiem lub zdjęciem) dać później świadectwo jego nietrwałej wyjątkowości. Gorąco wszystkich do tego zachęcam.

Topolowy „totem”

Jakiś czas temu na terenie warszawskiego ogrodu zoologicznego wycięto kilkadziesiąt starych topoli. Pozbawiony korony pień jednej z nich (717 cm obwodu, mierząc na wysokości pierśnicy) pozostawiono na miejscu jako tak zwanego świadka. Stoję na stanowisku, że jeżeli nie ma innej możliwości i drzewo musi zostać ścięte, to – w przypadku braku przeszkód – warto zachować je choćby w takiej postaci. Tego rodzaju „totem” jest bowiem nie tylko świadectwem minionej wspaniałości drzewa, ale też inwestycją w różnorodność biologiczną okolicy.

Martwe drewno – ulegając procesom naturalnego rozkładu – zwraca otoczeniu gromadzone przez lata pierwiastki, jednocześnie stając się stołówką i przytuliskiem dla wielu różnych istot. Jak mogliśmy się przekonać, należą do nich nie tylko grzyby, glony, porosty, bezkręgowce i ptaki. Wypróchniała jama u podnóża topolowego „totemu”, zwróciła także uwagę ciekawskiego Artka (Homo sapiens var. Curiosus), który nie omieszkał wgramolić się do środka i wewnątrz spodobało mu się na tyle, że musieliśmy wyciągać go siłą :).

Jeżeli chcielibyście zobaczyć na własne oczy tę swoistą pamiątkę po topoli czarnej, zdobiącej niegdyś stołeczne ZOO, wówczas – zwiedzając to miejsce – kierujcie się ku skrzyżowaniu ścieżek między wybiegami zebr, wielbłąda dwugarbnego i osłów somalijskich.

14 stycznia, Warszawa Bielany

Zza szyby balkonowego okna obserwowałem śmiałe manewry eskadry szpaków. Mocne porywy wiatru nie ułatwiały im lądowania na dachu bloku naprzeciwko. Na szczęście przechodniów, niedawno ostro przerzedzono łamliwe konary topól Simona rosnących na podwórku. Za kilka minut z północy nadciągnie potężna chmura. A potem znienacka uderzy w nas grad…

Wisła na zimno, 30 grudnia

Zgodnie z zapowiedziami synoptyków, front atmosferyczny, który nadciągnął z zachodu przyniósł ocieplenie. Rankiem, gdy lustrowałem Rzekę z poziomu jednego z warszawskich mostów, wisiała nad nią szarawa mgiełka. Było przesądzone, że zjawiska lodowe, które mogliśmy obserwować przez kilka ostatnich dni, niebawem staną się tylko wspomnieniem. Dzisiaj lodu na wodzie było zauważalnie mniej, ale nie zamierzałem z tego powodu rozpaczać. Wręcz przeciwnie, pomyślałem, że oto nadeszła odpowiednia chwila, żeby sprawdzić moje nowe, bardziej kompaktowe „pływadło”. Obserwowanie pochodu śryżu z bezpiecznego miejsca to jedno, ale bezpośrednie uczestniczenie w nim, to zupełnie inna para kaloszy 🙂

Kilka godzin później, ubrany w suchy kombinezon i znoszoną czapkę uszankę, lawirowałem między setkami białych brył.

Jak każdej zimy, na Wiśle można było zobaczyć stada gągołów. Złotookie kaczki trzymały się wszakże na dystans. Gdy próbowałem do nich podpływać, podrywały się do lotu (biało-czarne kaczory wydawały przy tym charakterystyczny świst). Wiślaną awifaunę najliczniej reprezentowały mewy, krzyżówki i wszędobylskie wrony, ale widywałem również nurogęsi, kormorany, czy czernice. Co ciekawe, przez dłuższą chwilę płynąłem śladem perkozka zwyczajnego (to najmniejszy z naszych perkozów). Lodowa breja z chrzęstem ocierała się o burty łodzi, a na wysokości Żerania musiałem uważać, żeby nie utknąć w niedużym zatorze, jednak nowy „dmuchaniec” zaskakująco dobrze zdawał ten swoisty zimowy egzamin. Kiedy dopływałem do Mostu Północnego, powoli zapadał zmierzch. Wygramoliłem się jakoś na skuty lodową taflą brzeg, spakowałem rzeczy i – wciąż mając na sobie „rzeczne” łachy – z uśmiechem na gębie powędrowałem na tramwaj…

Zjawiska lodowe, 29 grudnia

Na jutro prognozowane jest ocieplenie, ale dzisiaj jest zimno, jak w psiarni. W dół Wisły wędrują miliony ton śryżu i lodowych krążków. Na tych ostatnich nierzadko można zobaczyć skrzydlatych pasażerów na gapę. Niestały, marmurkowy wzór na powierzchni Rzeki wygląda hipnotyzująco. Gdyby nie chłód, który przenika do szpiku, mógłbym wpatrywać się w te dryfujące zlodzenia bez końca…

Między Drzewami (28 grudnia)

Ostatnio bardziej niż zwykle czuję zew, który ciągnie mnie ku nadwiślańskim łęgom. Dzisiaj był on na tyle silny, że nie byłem w stanie dłużej mu się opierać i – zarzuciwszy plecak na grzbiet – na kilka godzin wywędrowałem do lasu. Zima to dobry czas na takie eskapady. Zielona chwała splątanego zielska, które w cieplejszych miesiącach stanowi trudną do przebrnięcia barierę, chwilowo przeminęła. Nie uświadczysz też kleszczy ani chmar natrętnych komarów. Warto zatem ruszyć między drzewa. Choćby po to, by w spokoju pokontemplować ich przejściowo odsłonięte sylwetki.

Lubię wyszukiwać stare białodrzewy i sokory o pomnikowych rozmiarach lub intrygującym pokroju, a potem po prostu siedzieć u ich podnóża. Tym razem sporo czasu spędziłem nieopodal pewnego topolowego weterana, o pniu naznaczonym wielką, wypaloną w środku szczeliną (w jej wnętrzu jakiś pacan zostawił zdezelowanego grilla). Sącząc szybko stygnącą kawę, wsłuchiwałem się w głosy dzięciołów czarnych. Niekiedy także wiatr wygrywał na gałęziach jakąś jękliwą melodię. Nieopodal, wśród połamanych konarów leżących na ziemi, ostrożnie kluczyły sarny. Mróz szczypał mi policzki, a spokój rozścielający się wokół sprawił, że zwierzę niepokoju we mnie zaczęło układać się do snu…