Blaszany kanibal ;)

Podobają mi się rzeźby Józefa Wilkonia, będące integralną częścią karuzeli znajdującej się przy pokamedulskim kościele w Lesie Bielańskim. Wśród nich znajduje się jedna szczególnie żarłoczna ryba. Patrząc na nią można śmiało założyć, że jest to jeden z tych drapieżników, które akumulują w sobie szczególnie dużo metali ciężkich. Raczej nie chcielibyście zobaczyć jej na swoim talerzu 🙂

Nie z tego świata

Czasami naprawdę niewiele potrzeba, by poczuć się, jak na innej planecie.

Są takie dni, że wystarczy po prostu wyczołgać się z namiotu o świcie. Gdy nadrzeczny świat wciąż spowija gęsta mgła, a wzrok nie ma punktu zaczepienia, wschodzące słońce może sprawiać wrażenie układu dwóch gwiazd, których rozproszone światło z trudem przebija się przez atmosferę jakiejś nieziemskiej krainy. Zaspany człowiek może oberwać w głowę takim widokiem, jak młotkiem. W tej jednej chwili czas i przestrzeń zamazują się…

11 lipca

Promienie słońca z łatwością odczyniły już klątwę mgły, a pogoda stała się kapitalna. Sączymy poranną kawę, w międzyczasie pakując sprzęt do plecaków i zwijając wciąż lekko zapiaszczone namioty. Nocą przez okolicę prawdopodobnie przetoczy się burza. Tymczasem Wisła stroi się w welon malowany błękitem nieba oraz miękką bielą chmur. Taki widok zawsze warto uwiecznić…

Wiślane pomidory

Cześć! Chciałbym zakomunikować, że dołączam do klubu tych, którzy nad samym brzegiem Wisły natknęli się na samosiejki pomidorów 🙂 Skąd się tam wzięły? Myślę, że mogły wyrosnąć z niedojedzonych resztek, które wyrzucił jakiś plażowicz, lub z nasion przyniesionych przez rzekę, do której – przy okazji wyjątkowo silnych ulew – czasami zrzucano nieoczyszczone, warszawskie ścieki komunalne.

Czwartego czerwca

Leniwe przedpołudnie nad Rzeką.

Opadająca Wisła pozostawiła po sobie trochę nietuzinkowo wyglądających kawałków czarnego dębu. Niektóre z nich nadawałyby się na designerskie rzeźby. Trafił się także poczerniały możdżeń rogu jakiegoś bydlęcia. Chodząc po wciąż przesiąkniętym wodą piasku trzeba uważać, żeby nie zostać wciągniętym w kurzawkę…

Paskudna sprawa

Nie tak dawno, gdy wyskoczyłem na chwilę nad Wisłę, w stercie przybrzeżnych kamieni wypatrzyłem coś paskudnego. Było to narzędzie służące do nielegalnego łowienia ryb metodą na tak zwanego szarpaka. Kłusujący w ten sposób zarzucają przy użyciu wędki kilka dociążonych ołowiem, dużych haczyków (lub kotwic) w miejsca, gdzie masowo gromadzą się ryby, a następnie w bezlitosny sposób starają się je podcinać, wbijając haki w różne części ich ciała. Przy okazji takiego połowu wiele ryb zostaje barbarzyńsko okaleczonych, a wykrywalność sprawców jest, niestety, niewielka. Nie jestem wędkarzem, ale w przeszłości obiły mi się o uszy informacje o kilku miejscach w Warszawie, które cieszą się szczególnym zainteresowaniem „szarpakowców”. Dopiero teraz zetknąłem się jednak z namacalnym dowodem na uprawianie tego parszywego procederu.

Topola z bonusem

Staram się mieć oko na różnego rodzaju przyrodnicze osobliwości. Dzisiaj, gdy kręciliśmy się z Arturem nieopodal Lasu Bielańskiego, wypatrzyłem coś ciekawego na pniu jednej z przydrożnych topoli. Widywałem to drzewo wielokrotnie, ale teraz z zaskoczeniem zauważyłem, że z zakamarków jego kory wyrastają samosiejki trzech innych gatunków drzew – wiązu, klonu zwyczajnego oraz klonu jesionolistnego. Zdziwiło mnie nie to, że pojawiły się w tak nietypowym miejscu (wszystkie powyższe gatunki są rozsiewane przez wiatr i w sprzyjających warunkach kiełkują, gdzie tylko się da), ale że tylu różnych „gości” znalazło się w tym samym czasie na jednym „gospodarzu”. Wszystkie drzewka miały się dobrze (jeden z dwóch wiązów miał naprawdę sporo gałązek, a podstawa jego pnia była mniej więcej grubości mojego kciuka), ale przyglądając się im zastanawiałem się, jak długo uda im się utrzymać przy życiu. Minęło dobre kilka godzin odkąd wróciliśmy do mieszkania, a ta sprawa dalej siedzi mi w głowie. Nie pozostaje mi nic innego, jak śledzić rozwój sytuacji…

Przydrożna topola porośnięta samosiejkami trzech innych gatunków drzew – klonu jesionolistnego i zwyczajnego (fotografia po lewej) oraz wiązu (fotografia po prawej).

Jeden z wiązów. Widok na miejsce, z którego wyrasta.

Rzecznego piasku ziarenka

Czasami dobrze jest spojrzeć na świat z innej niż zwykle perspektywy. Wejść na dach wieżowca, wspiąć się na czubek drzewa albo szczyt góry. Stanąć na głowie, prześwietlić coś promieniami rentgena lub po prostu wejrzeć w zwierciadło kałuży. Można też dokładnie obejrzeć coś z bliska i ten sposób – choć w istocie trywialny – jest najprostszą metodą, która pozwala dostrzec niezwykłość pozornie zwyczajnych rzeczy.

Weźmy garść rzecznego piasku. Tego samego, który tak charakterystycznie skrzypi pod stopami, gdy spaceruje się po plaży i piekielnie irytuje, kiedy dostanie się do wnętrza śpiwora lub buta. Najzwyklejszego kwarcowego piachu, który bez trudu można znaleźć w każdej piaskownicy. Tego, którym posypuje się zimą chodniki i który powszechnie wykorzystuje się jako materiał budowlany. A zatem zwykły piasek. Czy może być w nim coś ciekawego? By poznać odpowiedź, należy zmienić sposób patrzenia. Oglądając jego pojedyncze ziarenka w odpowiednio dużym powiększeniu, można przekonać się, że każde z nich stanowi wyraźne świadectwo pewnego procesu. W kwarcowych drobinach można dopatrzeć się różnorodnych kształtów. Są takie, które wyglądają jak szklane paciorki. Inne przypominają z wyglądu bulwy ziemniaka, usiane miniaturowymi kraterami księżyce lub twarze śpiących starców. Ile ziaren, tyle skojarzeń (granicą jest wyobraźnia), jednak niemal wszystkie formy wyróżnia pewna charakterystyczna obłość. Oczywiście, nierzadko można spotkać się z twierdzeniem, że natura nie znosi linii prostych, ale wbrew pozorom nie jest to taka bezdyskusyjna kwestia. Minerały, które są integralną częścią nieożywionej przyrody, przyjmują określone, wielościenne formy geometryczne, będące przejawem ich ściśle określonej, trójwymiarowej budowy wewnętrznej. Studiując postać zewnętrzną drobin rzecznego piasku, w zdecydowanej większości przypadków trudno jednak doszukać się śladów owej pierwotnej symetrii. Już pierwszy rzut oka ujawnia, że ostre krawędzie oraz płaskie niegdyś ściany miniaturowych kryształów kwarcu uległy wygładzeniu i jest to fascynujące, ponieważ owa opływowość kształtu jest po części zapisem siły i nieustępliwego ducha rzeki. Wisła, wpychając do morza wiele milionów ton piasku rocznie, bezustannie szlifuje jego ziarenka i pozostawia swoje wyraźne piętno na powierzchni każdego z nich.

Czy zdarzyło Ci się pomyśleć o tym w ten sposób?

Jedno z wyselekcjonowanych przeze mnie ziarenek wiślanego piasku (widok spod mikroskopu).

Porzucony niby-kajak

Cześć! Nie od dziś wiadomo, że ludzie pływają po Wiśle różnymi wynalazkami. Należą do nich wszelkiej maści tratwy, budowane z wykorzystaniem beczek, dętek od traktora lub plastikowych butelek. Mogą to być także łódki klecone z rurek PCV i plandek ogrodniczych, a nawet zwykłe wanny.

Mniej więcej na początku listopada, gdy kręciłem się bez celu nad rzeką, trafiłem na tego typu konstrukcję. Gdzieś, na uboczu miedzy drzewami zobaczyłem podłużny kształt zawinięty w folię, który z oddali wyglądał trochę, jak porzucone zwłoki. Gdy przedarłem się przez chaszcze i przewróciłem zagadkowy obiekt na drugą stronę, to okazało się, że mam do czynienia z czymś w rodzaju kajaka.

Jak sami możecie zobaczyć, szkielet z gałęzi sklejonych taśmą owinięto „stretchem” i finalnie dołożono do tego powłokę z grubszej folii malarskiej. We wnętrzu znalazłem dwa niby-pagaje, które również wykonano z gałęzi, taśmy klejącej i folii. Ciekawi mnie, czy ten, kto zbudował tę prowizoryczną łódkę, zdecydował się wypróbować ją na wodzie. Konstrukcja – choć zmyślna – nie wyglądała na zbyt wytrzymałą i osobiście (zwłaszcza o tej porze roku) bez uzasadnionej przyczyny raczej nie pchałbym się w czymś takim na Wisłę. Mimo to, anonimowemu konstruktorowi (lub konstruktorom) należą się wyrazy uznania.

Czasami fajnie jest zbudować coś z niczego. Z doświadczenia wiem, że głowa pełna pomysłów i zaradność są zawsze w cenie. Oczywiście, nie chodzi tylko o budowanie „pływadeł”, lecz o ogólną zasadę. Nigdy nie wiesz, co może się przydarzyć, a przetrwanie nierzadko nie zależy od posiadania drogich gadżetów, tylko od umiejętności kreatywnego wykorzystania rzeczy, które w danej chwili są pod ręką. Obecnie wielu z nas wydaje się o tym nie pamiętać…

Jaskółka zmian?

W ostatnim czasie sporo działo się w Parku Olszyna, a właściwie w zespole przyrodniczo-krajobrazowym, który znajduje się w jego południowej części. Mocno zdezelowany pas starego asfaltu, biegnący przez środek olchowego zadrzewienia zastąpiono schludną, ponad stupięćdziesięciometrową kładką. Nową ścieżkę wykonano z modrzewiowego drewna, w systemie podwieszanym, aby zminimalizować ingerencję w ten ciekawy przyrodniczo zakątek. Przy okazji ścięto też niektóre przepróchniałe drzewa i przerzedzono podszyt*.

Doszły mnie słuchy, że nowo powstała konstrukcja nie przypadła do gustu niektórym mieszkańcom okolicy, którzy martwili się o jej trwałość („drewno szybko zgnije, lub się zniszczy…”, „lepiej byłoby położyć betonową kostkę…”). Oczywiście, zawsze znajdzie się ktoś, kto patrzy na sprawy w taki sposób, jednak jest pewna kwestia, która stanowi autentyczny problem „Olszyny”, a która wydaje się umykać uwadze większości spacerowiczów.

Jak wiadomo, olchy nie są zbyt długowiecznymi drzewami. Te, które porastają teren zespołu są już w takim wieku (~80 lat), że niebawem zaczną naturalnie obumierać. O ile drewniana kładka przy odpowiedniej konserwacji wytrzyma ze dwadzieścia lat, a potem będzie ją można bezproblemowo wymienić, o tyle w przypadku wspomnianych drzew na ten moment raczej nie widać perspektyw, że luka po nich zostanie wypełniona przez ich potomków. Wystarczy rozejrzeć się dokoła, by stwierdzić, że olchowej młodzieży raczej się tu nie powodzi. Główną przyczyną (poza zbyt bujnym, zabierającym światło podszytem) może być zbytnie przesuszenie gleby**. Dawniej było tu rzeczne rozlewisko, które zapewniało optymalne warunki rozwoju dla wszelkiej wodolubnej roślinności. Dzisiaj, w wyniku różnych czynników, teren jest mocno odwodniony, a tutejszy zagajnik – tak niezwykły w miejskim krajobrazie – jest tylko cieniem dawnego olsu.

Podsumowując – dobrze, że w Zespole Przyrodniczo-Krajobrazowym „Olszyna” są inicjowane działania, których celem jest zmiana oblicza tego terenu na lepsze. Jednocześnie nie można zapominać, że nieuchronnie zbliża się czas, gdy trzeba będzie podjąć konkretne starania, by pojawiła się szansa na utrzymanie wyjątkowego charakteru tego miejsca. Wiąże się to nieodłącznie z zapewnieniem ciągłości pokoleniowej tutejszym olchom. Czy to może się udać? Nie wiem, ale na pewno warto tę kwestię nagłaśniać.

__

*Co do przerzedzania podszytu, to nie wiem, czy było to celowe działanie, czy raczej niezamierzony efekt uboczny, spowodowany wjazdem ciężkiego sprzętu;

**Olchy bardzo tego nie lubią.

Szczęście z bielańskich trawników

Ostatnio wciąż widuję nietypowe egzemplarze koniczyny czerwonej. Pisząc „nietypowe” mam na myśli posiadające dodatkowe listki. Według przesądów znalezienie czterolistnej koniczyny wiąże się z obfitością i szczęściem. Ja przedwczoraj, maszerując z Artkiem do żłobka, trafiłem na całą kępę pięciolistnej. Ziemio – Stara Szamanko, czy dajesz mi znaki?

__

W przypadku koniczyny białej, czterolistny okaz zdarza się raz na kilka tysięcy „zwykłych” roślin. U koniczyny czerwonej tego typu mutacje podobno są jeszcze rzadsze.

Kolorowe kałuże

Nasza Wisła to rzeka, która charakteryzuje się dużą zmiennością poziomu wody. Wynika to oczywiście z deszczowo-śnieżnego typu jej zasilania. Późnym latem występują niżówki, które w przypadku braku opadów mogą przeciągać się nawet do zimy. Gdy wody ubywa, we wszelkich zagłębieniach terenu, które jeszcze do niedawna stanowiły fragment dna rzeki, zaczynają powstawać błotniste kałuże. Co ciekawe, tu i ówdzie takie niewielkie zbiorniki z upływem czasu potrafią ciekawie się zabarwić.

Na fotografiach powyżej możecie zobaczyć ujście kanałku w sąsiedztwie Wybrzeża Gdyńskiego. Podczas pracy pogłębiarki, spływa nim woda z zakładu PIASKARZ S.A., zassana uprzednio wraz z piaskiem z dna rzeki. W dniu wykonania zdjęć zamiast strumyka zastałem tam nieregularną, pomarańczową kałużę. Nie wiem, co dokładnie odpowiada za tę konkretną przemianę*, jednak nie zmienia to faktu, że jej widoczne efekty są intrygujące.

__

*Intuicja podpowiada mi hipotezę, że zmiana koloru może wiązać się ze wzrostem stężenia związków żelaza, lub rozwojem jakichś mikroorganizmów, jednak są to tylko moje niesprawdzone przypuszczenia.