W ciągu miesiąca parokrotnie próbowałem dostać się na odsłonięty grzbiet tzw. rafy żoliborskiej – usłanego eratykami postrachu wodniaków, wizytówki warszawskiej Wisły w sąsiedztwie Golędzinowa (najpierw solo, potem z Marcinem). Cel był blisko, a jednocześnie poza zasięgiem. Kiedy brnie się po pierś w burej, rwącej wodzie, a śliskie kamulce wydają się wyjeżdżać spod stóp, nie warto zgrywać kozaka.
Nie dawało mi to jednak spokoju. Czwartego czerwca, w Boże Ciało, bladym świtem wróciłem na miejsce. Zanim miasto pogrążyło się w atmosferze modłów i śpiewu, desantowałem się pontonem na „rafę”.
Przechadzałem się wśród „narzutniaków”, wypatrując różności, które woda przyniosła i wypluła między nimi, pokrywając je szarawą patyną osadu. W przelewach, gdzie nurt nabierał prędkości, miejscami ciemniały grzbiety ryb, z płetwami nastroszonymi jak żagle. Duże brzany – krępe, silne, ustawione pod prąd głowami – napierały na wodę z uporem istot zrobionych z tej samej materii, co Rzeka. Bliżej lewego brzegu goście na łodziach smagali powietrze wędkami, bezowocnie posyłając do wody sztuczne przynęty. Poszczęściło mi się – stałem pośrodku Wisły, a świat wydawał się trwać w swoim zwykłym, niewzruszonym porządku.
Dwadzieścia dni później ktoś z brzegu wypatrzy na tych samych polodowcowych kamieniach zwłoki mężczyzny. W chwili, gdy dowiem się o tym, wrócę myślami do opisanego tutaj poranka. Żoliborska rafa straci niewinność celu, a Boże Ciało, przed którym dałem dyla nad Wisłę, wróci bez procesji i pieśni. W najprostszym znaczeniu słowa – jako ciało. Ciało, które woda niosła, trzymała, oddała…













