Poniżej zdjęcie kolonii fok szarych z okolic ujścia Wisły. Patrząc na nie można odnieść wrażenie, że – podobnie, jak rybacy łojący wódę na ławeczce przy kontenerze na przystani w Świbnie – wiodą swoje małe „haj lajf”. Myślę, że nie do końca tak jest, ale fantastycznie, że na polskim wybrzeżu są takie miejsca, jak rezerwat „Mewia Łacha„, które foki traktują jak bezpieczną ostoję.
My poza Warszawą, tymczasem płyną stamtąd raczej niewesołe wieści.
W dniu dzisiejszym wodowskaz „Warszawa-Bulwary” zanotował na Wiśle zaledwie 103 cm. Po uwzględnieniu zmiany rzędnej zera, wprowadzonej 1 listopada 2025 roku, odpowiada to 3 cm w poprzedniej skali – czyli centymetr mniej niż poprzedni rekord, ustanowiony we wrześniu ubiegłego roku. Oczywiście, warto nadmienić, że nie oznacza to, iż Rzeka w Warszawie ma trzy centymetry głębokości; zarejestrowana wartość jest wysokością lustra wody względem umownego punktu odniesienia (w konkretnym punkcie pomiarowym).
A zatem mamy nowe absolutne minimum w historii pomiarów na tej stacji, ale niechlubny rekord nie wziął się znikąd. Wpisuje się on – niestety – w efekty nawracającej od wielu lat suszy hydrologicznej, będącej jednym z coraz wyraźniejszych skutków kryzysu klimatycznego. Mając na uwadze powyższe, nie zakładałbym, że wysychająca Wisła powiedziała w tym roku ostatnie słowo…
Wykres obrazujący stan wody w Wiśle zarejestrowany przez stację wodowskazową „Warszawa-Bulwary” w dniach 4-6 sierpnia br., na którym widać nowe historyczne minimum (103 cm), granicę stanów dolnych oraz prognozę na trzy nadchodzące dni.
Znalazłem je po praskiej stronie Wisły, w rejonie Wybrzeża Helskiego i Łąk Golędzinowskich, tuż przy wylocie jednego z warszawskich kolektorów burzowych. Okoliczności nie były szczególnie szczęśliwe – Rzeka opadła, pozostawiając je ponad lustrem wody. Dla kogoś trwale związanego z podłożem na pewno nie jest to najlepszy scenariusz.
Na pierwszy rzut oka widok nie robił wrażenia. Ot, jakieś podeschnięte farfocle szaro-burego koloru, przytwierdzone do kamieni ostrogi regulacyjnej. Dopiero bliższa inspekcja ujawniła, że owe niepozorne twory są koloniami gąbek słodkowodnych (Spongillidae). Umówmy się – te prastare zwierzaki nie należą do stworzeń, które wywołują powszechną ekscytację. Ich życie, w dużej mierze, polega bowiem na trwaniu w miejscu, by przepuszczać przez ciało wodę i sycić się niesioną z jej prądem materią. Niemniej, informacja o obecności tych gagatków w warszawskiej Wiśle ma swoją wagę.
Znalezione przeze mnie kolonie gąbek słodkowodnych (szaro-bure) oraz kolonia sfotografowana w jeziorze w Nielbarku (zielona) [źródło].
Według obiegowej opinii stołeczny odcinek Rzeki wciąż uchodzi za brudny. O słodkowodnych gąbkach nadal wiemy relatywnie niewiele, ale na ogół kojarzy się je z dobrze natlenionymi i niezbyt silnie zanieczyszczonymi wodami.
Stereotyp brudnej Wisły nie wziął się oczywiście znikąd. Przez dziesięciolecia ścieki z dużej części lewobrzeżnej Warszawy trafiały do niej bez oczyszczania. Dopiero po rozbudowie oczyszczalni „Czajka” i uruchomieniu w latach 2012-2013 systemu przesyłowego, zaczęto kierować je na prawy brzeg, gdzie były oczyszczane. Dla Warszawy była to ogromna zmiana na lepsze. Niestety, w świadomości przeciętnego Kowalskiego znacznie mocniej zapisało się to, co wydarzyło się później.
W sierpniu 2019 roku rurociąg, którym transportowano syf, uległ poważnej awarii. W konsekwencji ogromne ilości zanieczyszczeń trafiły bezpośrednio do Wisły. Rok później sytuacja się powtórzyła. Wartki strumień rozwodnionego gówna, lejący się z młocińskiego kolektora (potocznie nazywanego berglem), pokazywały chyba wszystkie krajowe stacje telewizyjne. Przez długi czas był to jeden z najgorętszych tematów informacyjnych. Obraz ten bardzo zaszkodził wizerunkowi Wisły. W powszechnym odbiorze utrwalił się znacznie silniej niż wcześniejsze zakończenie wieloletniego, stałego zrzutu nieoczyszczonych ścieków, czy późniejsze inwestycje, których celem było ograniczenie ryzyka podobnych wypadków. Nie dziwi zatem, że u wielu osób hasło „warszawska Wisła” wciąż nie budzi skojarzeń z czystością.
Zdjęcie autorstwa Dariusza Borowicza, przedstawiające zrzut nieoczyszczonych ścieków do Wisły z młocińskiego kolektora w 2019 roku, zamieszczone na internetowym portalu Gazety Wyborczej [źródło].
Tymczasem, rzeczywistość nie do końca pasuje do tak uproszczonego obrazu. Gwoli ścisłości – nie zamierzam na podstawie dwóch kolonii gąbek twierdzić, że jakość wody w warszawskiej Wiśle jest idealna. Zdaję sobie sprawę z tego, że lista problemów Rzeki wciąż pozostaje długa; i nie chodzi tylko o to, że stołeczna kanalizacja przy większych deszczach wciąż bywa ogólnospławna. Nie chcę jednak udawać, że nie ma ono żadnego znaczenia. Skoro u podnóża jednej z budowli hydrotechnicznych żyły gąbki, to w tym konkretnym miejscu (przynajmniej przez pewien czas) musiały panować warunki, które pozwalały im przetrwać i mieściły się w granicach ich tolerancji. Kolonia nie pojawia się na kamieniu w jednej chwili. Musiała się tam utrzymać, rosnąć i filtrować wodę przez dłuższy czas – aż do chwili, gdy opadająca Wisła wyniosła jej kamienny dom ponad powierzchnię.
Co ciekawe, w tej samej okolicy można zobaczyć coś jeszcze. W niewielkiej, płytkiej zatoczce za wspomnianą powyżej ostrogą rośnie też kotewka orzech wodny (Trapa natans) – pływająca roślina o liściach tworzących charakterystyczne rozety i kolczastych, jadalnych owocach. Ten rzadki, chroniony gatunek przez lata kojarzony był przede wszystkim z nielicznymi stanowiskami w południowej Polsce. Jak widać, prawdopodobnie w związku ze zmianami klimatu, coraz śmielej pojawia się również poza dawnymi centrami występowania. O ile się orientuję, stanowiska w rejonie Golędzinowa nie przedstawiano dotąd publicznie. Przy tej okazji nie sposób jednak nie wspomnieć, że nie jest to pierwsza udokumentowana obserwacja kotewki w Warszawie. Łukasz Skomorucha – lekarz weterynarii, przyrodnik z zamiłowania oraz uważny i rzetelny obserwator świata natury (Łukasz, jeżeli to czytasz, pozdrawiam Cię!), stosunkowo niedawno opisał w „Przeglądzie Przyrodniczym” stanowisko tego gatunku w okolicach 512. kilometra Wisły [źródło]. Znajdowało się ono na południe od kolejowego mostu średnicowego, w zatoce między mostem a ostrogą regulacyjną.
Rycina przedstawiająca kotewkę (Trapa natans) z wydanej w XIX wieku książki pt. „Flora von Deutschland, Österreich und der Schweiz” Otto Wilhelma Thomé [źródło].
Fajne są tego rodzaju znaleziska. Nie tylko przypominają, że interesujące rzeczy dzieją się wokół nas, ale przede wszystkim płynie z nich odrobina nadziei. W sercu wielkiego miasta żyją słodkowodne gąbki i rośnie kotewka. To kolejny dowód na to, że Wisła – choć obciążona zanieczyszczeniami, zmęczona suszą i przekształcona przez człowieka – nadal jest w stanie tworzyć cenne przyrodniczo enklawy…
W ciągu miesiąca parokrotnie próbowałem dostać się na odsłonięty grzbiet tzw. rafy żoliborskiej – usłanego eratykami postrachu wodniaków, wizytówki warszawskiej Wisły w sąsiedztwie Golędzinowa (najpierw solo, potem z Marcinem). Cel był blisko, a jednocześnie poza zasięgiem. Kiedy brnie się po pierś w burej, rwącej wodzie, a śliskie kamulce wydają się wyjeżdżać spod stóp, nie warto zgrywać kozaka.
Nie dawało mi to jednak spokoju. Czwartego czerwca, w Boże Ciało, bladym świtem wróciłem na miejsce. Zanim miasto pogrążyło się w atmosferze modłów i śpiewu, desantowałem się pontonem na „rafę”.
Przechadzałem się wśród „narzutniaków”, wypatrując różności, które woda przyniosła i wypluła między nimi, pokrywając je szarawą patyną osadu. W przelewach, gdzie nurt nabierał prędkości, miejscami ciemniały grzbiety ryb, z płetwami nastroszonymi jak żagle. Duże brzany – krępe, silne, ustawione pod prąd głowami – napierały na wodę z uporem istot zrobionych z tej samej materii, co Rzeka. Bliżej lewego brzegu goście na łodziach smagali powietrze wędkami, bezowocnie posyłając do wody sztuczne przynęty. Poszczęściło mi się – stałem pośrodku Wisły, a świat wydawał się trwać w swoim zwykłym, niewzruszonym porządku.
Dwadzieścia dni później ktoś z brzegu wypatrzy na tych samych polodowcowych kamieniach zwłoki mężczyzny. W chwili, gdy dowiem się o tym, wrócę myślami do opisanego tutaj poranka. Żoliborska rafa straci niewinność celu, a Boże Ciało, przed którym dałem dyla nad Wisłę, wróci bez procesji i pieśni. W najprostszym znaczeniu słowa – jako ciało. Ciało, które woda niosła, trzymała, oddała…
Ale ten czas zasuwa… Z początkiem miesiąca wystartowało głosowanie w tegorocznej edycji „Drzewa Roku” – ogólnopolskiego plebiscytu organizowanego przez Klub Gaja, jedną z najstarszych krajowych niezależnych organizacji pozarządowych, zajmujących się tematyką ekologiczną. W związku z tym, przez cały czerwiec internauci mogą oddawać głosy na szesnaście wyjątkowych drzew z całej Polski. Z mojego punktu widzenia najistotniejsze jest to, że w gronie finalistów (obok dębów, lip, sosny i klonu francuskiego) znalazły się dwie topole – grudziądzka „Marzanna” oraz tzw. „Topola Obrońców” z warszawskiej Ochoty – „Warszawskie Drzewo Roku 2025” – zgłoszona przez Zarząd Zieleni m.st. Warszawy.
Ci, którzy śledzą wpisy na moim blogu, wiedzą, że „Marzanna” – nadwiślańska sokora o unikalnym pokroju – regularnie się przez nie przewija. To moja stara znajoma. Zetknąłem się z nią po raz pierwszy jako dzieciak i spotkanie głęboko mnie poruszyło. Od tamtej chwili upłynął szmat czasu, i choć od wielu lat nie mieszkam już w Grudziądzu, nie mogę przestać o niej myśleć. Niestety, obecnie jest ona tylko cieniem dawnej siebie. Dzisiejsze wizyty u niej mają w sobie coś z odwiedzin u bliskiego krewnego, który gaśnie w nadrzecznym hospicjum. Oglądanie kogoś, z kogo ucieka życie, a komu nie da się przywrócić dawnych sił, bywa przygnębiające. Jednocześnie w głowie kłębi się wiele innych uczuć – na pewno są wśród nich także czułość i wdzięczność. „Marzanna„, choć coraz bardziej rozpływa się w otaczającym ją krajobrazie – tracąc gałęzie i konary, zlewając się z płótnem nadrzecznej skarpy i samą Wisłą – wciąż w jakiś sposób go determinuje. Co więcej, wydaje się być coraz mniej drzewem w potocznym sensie, a coraz bardziej procesem – swoistą lekcją przemijania, której nie da się właściwie opisać słowami, czy uchwycić na zdjęciu. Wobec czegoś takiego nie da się przejść obojętnie.
Z wizytą u „Marzanny” – 2 maja bieżącego roku.
Oczywiście, nie mam złudzeń, że internetowe konkursy rozwiązują problemy ochrony przyrody. Jeśli chodzi o grudziądzką sokorę, to udział w plebiscycie nie przywróci jej dawnej korony, nie zabliźni ran będących dziełem wandali i żywiołów, ani nie cofnie procesu próchnienia. Może jednak przyczynić się do czegoś ważnego – poszerzyć krąg osób, dla których drzewa przestaną być anonimowym elementem tła. To naprawdę wiele – i chwała za to Klubowi Gaja. Od zauważenia kogoś lub czegoś bardzo często bowiem zaczyna się troska.
Drugą z topól, które znalazły się w finale, jest „Topola Obrońców” – warszawska topola kanadyjska odmiany późnej, żółtolistnej (Serotina Aurea), rosnąca przy ulicy Grójeckiej na Ochocie, w sąsiedztwie pomnika Barykada Września. To drzewo-pomnik w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Jest świadkiem miejsca, w którym splatają się pamięć o bohaterskich obrońcach Stolicy, dramat „Zieleniaka” oraz codzienność współczesnego miasta. Wokół niej wyrasta bezduszna zabudowa. Gdy patrzę na zdjęcia prezentujące jej sylwetkę, udostępnione na potrzeby „Drzewa Roku”, mam nieodparte wrażenie, że miejsce, w którym ją posadzono w okresie międzywojennym, przestaje być dla niej gościnne. Formalny status pomnika przyrody oczywiście ma znaczenie, ale nie jest magiczną tarczą. Stare drzewo rosnące w wielkim mieście potrzebuje czegoś więcej niż urzędowej tabliczki i wpisu w rejestrze. Wymaga uwagi, dobrego sąsiedztwa, odpowiedzialnych decyzji oraz społeczności, która nie tylko rozpoznaje, co jest ważne, ale – gdy okoliczności tego wymagają – potrafi to zdecydowanie artykułować.
Warszawska „Topola Obrońców” – jedno ze zdjęć, będących wizytówką drzewa na stronie prezentującej finalistów plebiscytu „Drzewo Roku” 2026 Klubu Gaja [źródło].
W świetle powyższego, gorąco zachęcam do wzięcia udziału w plebiscycie i oddania głosu na nasze topole. Nie będę jednak udawał bezstronnego – moje serce niezmiennie pozostaje przy grudziądzkiej sokorze. Nie pogniewam się jednak, jeżeli bliższa jest Wam opowieść warszawska i wybierzecie „Topolę Obrońców”.
Pierwszy ranking cząstkowy (opublikowany 6 czerwca) nie urywa głowy. „Marzanna” miała wówczas 63 głosy, a „Topola Obrońców” 69. Liderzy (głównie dęby) są znacznie dalej. Nie piszę tego, by się żalić, tylko by wskazać, iż mam świadomość istniejącego wyzwania. To jasne, że w tego rodzaju „wyborach” wygrywają nie tylko drzewa, ale przede wszystkim społeczności zgromadzone wokół nich. Bywam czasem naiwnym idealistą i chcę wierzyć, że ta nasza topolowa społeczność dopiero się zbiera. Nie mam zbyt dużych zasięgów, ale nie przeszkadza mi to w podejmowaniu zakulisowych działań, by była ona jak najszersza. W miarę możliwości inwestuję w materiały promocyjne – ulotki, plakaty, koszulki, równolegle piszę, przypominam i proszę. Wychodząc ze swojej introwertycznej strefy komfortu, podrzucam też informacje mediom, uruchamiam znajomości oraz odzywam się do ludzi, którym – mam nadzieję – los drzew nie jest obojętny.
Próbka moich materiałów promujących głosowanie na „Marzannę” w tegorocznej edycji plebiscytu „Drzewo Roku” Klubu Gaja.
Szczególnie zależy mi na aktywizacji placówek oświatowych. Wysyłając maile, zachęcam dyrekcje oraz nauczycieli, by potraktowali konkurs jako pretekst do kształtowania w swoich wychowankach postaw szczególnie ważnych w dzisiejszych czasach – troski o środowisko, uważności, empatii, odpowiedzialności za świat, czy budowania solidarnej wspólnoty. Aktywne włączenie się w akcję mogłoby pokazać, że szkoła, czy przedszkole może być miejscem, które nie tylko przekazuje „suchą” wiedzę, ale także formuje młodych ludzi wrażliwych na przyrodę, historię i sprawy społeczne. Dzieci i młodzież dopiero poznają, jak funkcjonuje świat. To, czego nauczą się teraz, może pozostać z nimi na całe życie. Jeśli sędziwe drzewo zostanie im przedstawione jako bezwartościowy szrot – przeszkoda przy budowie parkingu, obiekt zacieniający działkę albo kłopot administracyjny, w przyszłości mogą podejmować decyzje, patrząc dokładnie z takiej perspektywy. Jeśli jednak zobaczą w nim świadka przeszłości, sąsiada, część lokalnej opowieści, czy żywy organizm tworzący przestrzeń dla innych istot, natenczas jest szansa, że kiedyś zareagują inaczej.
Idealistycznie zakładam, że mądra szkoła może pokazać, że przyroda, o którą warto walczyć, jest wszędzie wokół nas – nad rzeką, w parku, przy ruchliwej ulicy, na dawnym targowisku, czy przy ścieżce, którą codziennie chodzimy, nie poświęcając jej zbytniej uwagi. Drzewa mogą być świetnymi nauczycielami, ale nie mówią wprost – należy się przy nich chociaż na moment zatrzymać i zadać sobie trud zastanowienia się, co mogłyby mieć do powiedzenia.
Na ile moje działania okażą się skuteczne? Niestety, idę trochę na wyczucie i niestety nie jestem w stanie przewidzieć skutków…
Kończąc ten wpis, pozostawiam Was z prośbą – jeśli możecie, zagłosujcie proszę na jedną z bohaterek dzisiejszej notatki i udostępniajcie informację dalej. Głosowanie odbywa się na stronie drzeworoku.pl. Należy wybrać drzewo, zaakceptować regulamin, podać adres e-mail, a następnie potwierdzić głos, klikając w link otrzymany w wiadomości.
Na początku maja br. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej poinformował, że niemal trzy czwarte stacji hydrologicznych w Polsce znajduje się w strefie wody niskiej. Trudno jednak, aby było inaczej, skoro pierwsze miesiące roku przyniosły wyraźny deficyt opadów, a wiosenne deszcze – nawet jeśli występowały – miały raczej marginalne znaczenie.
Mapa ze strony Hydro IMGW-PIB, obrazująca sytuację hydrologiczną w zlewni Wisły od Wieprza do Narwi (stan na 9 maja br.). Strefa stanów niskich została zobrazowana czarnym kolorem.
Powyższy problem dotyczy również naszego podwórka (Warszawska Wisła). Wiem, o czym piszę, ponieważ we wtorek – 5 maja, zaliczyliśmy z Marcinem pierwsze w tym roku pełnoprawne brodzenie.
Wchodząc do wody, dowcipkowałem, że nieprzypadkowo mam na sobie T-shirt z wizerunkiem bizona. Śmiałem się, że ten gest pomoże mi zjednać sobie przychylność bytujących tu duchów turów, żubrów i krów. Nie wiedziałem jeszcze, że owo „zaklinanie” przyniesie namacalne efekty – podczas spaceru po odsłoniętym brzuchu Rzeki kilkakrotnie bowiem natknęliśmy się na fragmenty czaszek „rogacizny”.
Niska woda o tej porze roku to uzasadniony powód do niepokoju. Mimo to ciężko nie ulec pokusie, by choć na chwilę zapomnieć o troskach i po raz kolejny po prostu wejść w rolę rzecznego dziada, szperacza, włóczęgi…
Współczesna grudziądzka sztuka „naskalna” nie ma wiele wspólnego z tym, co można zobaczyć w słynnym Lascaux. Ruiny w nadwiślańskim buszu pomazane sprayem, gdzie ludowe sacrum bez cienia żenady idzie pod rękę z profanum. Papież Polak, wszędobylskie chuje, tu i ówdzie pokraczny kosmolud. Nieopodal, w swoistej kontrze do osobliwej tubylczej ikonografii, niebieszczą się pierwsze kwiaty przylaszczek (między puchami po piwsku).
Idąc zboczem wzdłuż Wisły, na odcinku kilkuset metrów naliczyłem aż pięć ciał myszołowów. Wiatr rozwiewał pióra z obojętnością godną natury.
Nie interesują go lokalne symbole, nie wydaje także wyroków…
Trzynastego listopada przyjechałem do Grudziądza na dwie noce i jeden dzień. Zbyt krótko, by poczuć prawdziwy ciężar miejsca, ale wystarczająco długo, by zejść nad Wisłę i odwiedzić „Marzannę„. Gdy zbierałem jej butwiejące liście siąpił zimny deszcz, a świat – tymczasowo wyprany z zieleni – przyobleczony był w szarawy woal mgły. Uśmiechałem się pod nosem. Liście wkładałem bowiem między kartki zbioru opowiadań H. P. Lovecrafta. Wybór nie był zamierzony, ale wykorzystanie dzieła mistrza grozy jako bieda-zielnika wydawało się wyjątkowo pasować do okoliczności.
Aura była ponura, ale wśród nagich gałęzi mojej sokory kręciło się stado żwawych sikor. Nieopodal, na zalesionym stoku Kępy Strzemięcińskiej, widziałem też kilka saren. Smuci mnie, że stan drzewa z miesiąca na miesiąc pogarsza się, pocieszające jest jednak to, że w jego pobliżu zawsze można dostrzec jakieś przejawy dzikiego życia.
Mniej więcej w połowie października poprosiłem Rafała Liedke o kolejne udokumentowanie „Marzanny” z powietrza. Pogoda była wówczas o niebo lepsza niż teraz. Dość ciepło, przejrzyście, z tym miękkim, jesiennym światłem, które nadaje światu lekko bajkowego sznytu. Efekty lotu możecie zobaczyć poniżej.
Oglądając materiał na gorąco, pomyślałem, że jeśli gdzieś jest drzewo, które powinno znaleźć się w centrum uwagi, to jest nim właśnie nasza wyjątkowa grudziądzka sokora. Nie zastanawiając się długo postanowiłem, że zgłoszę ją do konkursu „Drzewo Roku”, organizowanego przez Klub Gaja, będący jedną z najstarszych polskich organizacji ekologicznych. Co istotne, w tym ogólnopolskim plebiscycie nie szuka się rekordzistów, ale drzew z opowieścią. Nie ma wątpliwości, że do takich drzew zaliczyć można również „Marzannę”.
Jeśli jesteście ciekawi, jej (sklecona przeze mnie na potrzeby plebiscytu) historia brzmi mniej więcej tak:
„(…) Zobaczyłem ją po raz pierwszy, gdy byłem małym chłopcem. Miałem wówczas najwyżej sześć lat i byłem obdarzony niezwykle bogatą wyobraźnią. Przedziwna topola czarna (Populus nigra L.), rosnąca nad brzegiem Wisły u podnóża grudziądzkiej Kępy Strzemięcińskiej, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i już na zawsze zapisała się w mej pamięci.
„Marzanna” to drzewo jedyne w swoim rodzaju. Stoi na granicy żywiołów i ludzkich ścieżek, jak strażniczka miejsca, które pamięta znacznie więcej niż my. Wpatrzona w rzekę, słuchająca rozmów dzikich gęsi, wędrujących tędy od pokoleń, istnieje prawdopodobnie od połowy XIX wieku.
To, co ją wyróżnia, to iście monstrualny, w dużej mierze odsłonięty system korzeniowy, który malowniczymi splotami opada ku Wiśle. Ten swoisty labirynt żył wyciągniętych ku światu stanowi pożywkę dla wyobraźni, niekiedy wywołując pareidoliczne przywidzenia. W czasach świetności miała ona niemal osiem metrów obwodu pierśnicowego pnia, a jej rozczapierzona korona była wyjątkowo szeroka.
Dzisiaj to już pieśń przeszłości. Utraciwszy większość konarów, z ogromną, murszejącą wyrwą w pniu i osmalonymi napływami korzeniowymi, powoli zamiera. Wbrew wandalom i niszczącej potędze natury, robi to jednak z wyjątkową godnością. Rozciągnięty w czasie proces jej odchodzenia przypomina bowiem rozbieranie się do snu. Jeżeli decydenci pozwolą, będzie nim ostateczne rozpłynięcie się w krajobrazie.
Gdy wracam do Grudziądza (…), zawsze ją odwiedzam. Nadałem jej imię „Marzanna” nie tylko dlatego, że na początku lat 90. ubiegłego stulecia dzieci z pobliskiej szkoły podstawowej topiły nieopodal kukły wyobrażające tę postać. To miano zobowiązuje. Przywołuje bowiem starą lekcję o odchodzeniu i powrocie. Przypomina, że przemijanie jest częścią naturalnego porządku, nie zaś jego pęknięciem.
Drzewo, które przetrwało tak wiele, nie kłóci się z czasem. Zamiast tego daje lekcję czułości, która nie jest ckliwa – cichego uznania dla tego, co kruche i silne zarazem. W cyklu utraty i odrodzenia dostrzec można uniwersalną mądrość, która nie potrzebuje wielkich słów.
Grudziądzka sokora jest drzewem prawdy. W kontrze do świata hołdującego kultowi młodości i piękna za wszelką cenę, nie udaje doskonałości, nie wygładza kantów. Jej rosochate konary rozchodzą się jak drogi, którymi idziemy, a każdy z nich zdaje się znać ciężar ptasich gniazd, uderzenia wiatru czy próby dziecięcych wspinaczek. Miejscowi przychodzą i odchodzą, rzeka czasu płynie, a ona – zmieniając swą postać – pokornie za nią podąża.
„Marzanna” nie zabiega o oklaski. Zgłaszam ją jednak do konkursu nie jako lokalną osobliwość, lecz unikalne zjawisko, które zasługuje na dostrzeżenie. Niebawem zapewne obumrze, tymczasem wciąż przypomina mieszkańcom Grudziądza, że krajobraz nie jest wyłącznie tłem, lecz relacją.
Jeśli szukamy znaku, który pomoże nam pogodzić się z biegiem rzeczy, wystarczy położyć dłoń na jej pniu lub odsłoniętych korzeniach. Patrząc na nią, nieco łatwiej zrozumieć, że życie nie polega na ocaleniu wszystkiego, lecz na mądrym poddaniu się temu, co nieuchronne – i na odwadze, by mimo wszystko wypuszczać nowe liście…” [fragment uzasadnienia, który wpisałem do formularza zgłoszeniowego]
Nie wiem, czy staruszce uda się przejść przez sito eliminacji. Być może jej historia przepadnie wśród innych opowieści, ale w zasadzie nie ma to większego znaczenia. Dla mnie sam fakt, że mogę akcentować jej istnienie, daje poczucie sprawczości (czasem go potrzebuję) i staje się jasnym punktem w okresie jesiennej depresji.
Chwilowo zostawiam Was sam na sam z powietrznym portretem autorstwa Rafała oraz z myślą, że gdzieś tam, nad brzegiem Wisły, u podnóża Kępy Strzemięcińskiej, stoi stare niesamowite drzewo i – na razie – wciąż nie poddaje się. Jeśli „Marzanna” trafi do finału konkursu, dam znać. Wtedy być może poproszę o to, byśmy razem powalczyli o to, by jej historia poniosła się dalej…
Nad Wisłą nie ma miejsca na nudę 🙂 Na początku września, w niewielkim, zamulonym bajorku, powstałym wskutek niżówki na Rzece natknęliśmy się na niedużego, wijącego się stwora. Po bliższych oględzinach (ja wypatrzyłem, Marcin schwytał) okazało się, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Była to larwa minoga, prawdopodobnie ukraińskiego (Eudontomyzon mariae).
Larwa minoga ukraińskiego znad Wisły (zdjęcia nieco rozmazane – trudno było bowiem dobrze „ustrzelić” tak ruchliwego modela ;))
Minogi to niezwykli mieszkańcy naszych wód. Pamiętają czasy, gdy świat zwierząt wyglądał zupełnie inaczej – należą bowiem do prastarej grupy bezżuchwowców. Co ciekawe, zwierzęta te (obecnie objęte ochroną gatunkową) przez większość życia funkcjonują właśnie w fazie larwalnej. Larwy – nazywane też ślepicami – mają trójkątny otwór gębowy i oczy ukryte pod skórą. W takiej postaci bytują w zakolach rzek i strumieni, bogatych w piaszczysto-muliste osady. Dopiero po kilku latach przechodzą przeobrażenie, podczas którego wykształcają typową tarczkę gębową oraz oczy.
Dorosły minóg ukraiński i zbliżenie na jego otwór gębowy [źródło].
Nasz młodociany koleżka miał szczęście, że byliśmy w pobliżu. Wysychająca sadzawka, w jakiej się znalazł, była wystawiona na słońce i zdecydowanie mało bezpieczna (jak to nad Wisłą – w okolicy zawsze znajdzie się jakaś łakoma czapla). Marcin na szybko zrobił kilka zdjęć, a potem pomogliśmy w ewakuacji i zwierzak bezpiecznie wrócił w rzeczne odmęty.
Dlaczego o tym wspominam? Spotkanie minoga nad Wisłą to trochę, jak wygrana w loterii. Jednocześnie jest to dowód na to, że mimo nieustannej presji człowieka, wciąż stanowi ona ostoję dla rzadkich gatunków zwierząt, uznawanych za wymagające i czułe na zmiany środowiskowe. Ciekawi mnie, ile ich tu jest. Mętna woda nie pomaga w obserwacjach, ale fajnie pomyśleć, że wiślana populacja minogów być może jest liczniejsza niż się powszechnie uważa…
PS. Obserwację zgłosiłem do Wydziału Monitoringu Środowiska przy Głównym Inspektoracie Ochrony Środowiska.
Szybki wypad do Nowego Dworu Mazowieckiego, m. in. po to, by rzucić okiem na zabytkowy spichlerz modlińskiej Twierdzy (przykro patrzeć, jak ten monumentalny budynek z każdym rokiem popada w coraz większą ruinę). Na Wiśle wciąż utrzymuje się głęboka niżówka. Podobnie, jak na innych odcinkach jej środkowego biegu, również i tutaj na ostrogach regulacyjnych osiadło sporo starych gnatów. Poza jednym wyjątkiem nie były one jednak warte specjalnej uwagi. Tym razem to Marcin miał farta – wśród pokrytych iłem kamieni wyszperał mocno sponiewierany kawał mózgoczaszki jakiegoś kocura. Nie jestem zawodowcem, ale znalezisko „zapachniało” mi rysiem. Te średniej wielkości koty żyją u nas od plejstocenu, jednak dotąd nie słyszałem o nikim, kto wyłowiłby z Rzeki podobny rarytas…