Niski stan Wisły, błotne „safari” i ślad po tragedii pewnego młodego człowieka

Tego lata, mimo bardzo niskiego stanu Wisły, nie miałem czasu, żeby na poważnie zająć się eksploracją (wybaczcie, nie cierpię tego słowa) jej wysychającego koryta. Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym przepuścił możliwość rozejrzenia się za rzecznymi skarbami, jednak podchodziłem do tego na spokojnie. Odnośnie ilości wody w Rzece, to w krytycznym momencie było z tym kiepsko. Wodowskaz umiejscowiony przy warszawskich bulwarach pokazał zaledwie 27 centymetrów. Analiza danych udostępnionych przez Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej, będących efektem wieloletnich pomiarów, także nie napawa optymizmem. Coraz częściej coroczne, minimalne przepływy wody w naszych rzekach stanowią tylko ułamek wieloletniej średniej. Mówiąc bez owijania w bawełnę – rzeki naprawdę wysychają i raczej nie ma powodów, by myśleć, że w nadchodzących latach powyższy trend ulegnie gwałtownemu odwróceniu.

Wracając do tematu wiślanych znalezisk, w tym roku do mediów przebiły się doniesienia o odkryciu pozostałości mostu pontonowego z czasów, gdy w Stolicy trwała odbudowa przepraw przez Rzekę, zniszczonych w czasie II Wojny Światowej. Były też wieści o kilku wrakach łodzi, zbiorze starych butelek i świetnie zachowanym toporze z poroża jelenia, datowanym na epokę brązu (ktoś znalazł go na terenie gminy Stężyca). Jeżeli zaś chodzi o mnie, to podczas jednego z krótkich błotnych „safari” ( 😉 ) udało mi się upolować naprawdę grubego zwierza. Grasując wśród pokrytych warstewką iłu, polodowcowych kamulców, na jednej ze swoich miejscówek trafiłem na piękny fragment czaszki nosorożca włochatego. Tego dnia dopisało mi szczęście, ale – jakby dla równowagi – dostałem też lekkiego słonecznego udaru.

Spotkanie oko w oko z prehistoryczną „bestią” było ekscytujące, ale o wiele mocniej poruszyło mnie inne, choć całkowicie współczesne odkrycie. Ryjąc w stercie kamyków, fragmentów ceramiki i muszli rzecznych mięczaków pod sortownikiem na terenie pewnej żwirowni, wygrzebałem dowód osobisty jakiegoś chłopaczka. Po południu – już w domowym zaciszu – szukając informacji o właścicielu, dowiedziałem się, że zaginął w 2018 roku, po czym jego ciało wyłowiono z Wisły jakiś rok później. Tego typu sytuacje nie są czymś szczególnie rzadkim, ale na ogół się o nich nie myśli. Co ciekawe, niecały miesiąc przed tym znaleziskiem, sam ratowałem Artura z wiślanych odmętów. Dodatkowo, jakimś zbiegiem okoliczności nieżyjący już młody człowiek podobnie, jak mój syn urodził się 30 kwietnia, tyle, że 18 lat wcześniej. Wszystko to sprawiło, że myśl o tragicznym losie zmarłego, uporczywie wracała do mnie przez dobrych kilka dni…

Drewniany perkoz ;)

Przeglądając zdjęcia, przy okazji pisania notatki o topoli „Marynie”, trafiłem na fotografię pewnego interesującego przedmiotu, o którym już zdążyłem zapomnieć. To intrygująco wyglądający kawał gałęzi lub korzenia, który Marcin znalazł na brzegu Wisły, nieopodal rezerwatu „Łachy Brzeskie”. Z czym kojarzy się Wam to dzieło Rzeki i bobrów? Mi najbardziej przypomina ono jakiegoś nadąsanego perkoza 🙂

Topola biała „Maryna” z Glinek

Dolina Środkowej Wisły to region, w którym nadal można zobaczyć wiele wspaniałych topoli. Są to nie tylko moje ukochane sokory, ale też białodrzewy, osiki oraz topole szare, będące owocem spontanicznego romansu przedstawicieli dwóch uprzednio wymienionych gatunków. Czerpiąc korzyści z sąsiedztwa dużej rzeki, niektóre z nich były w stanie osiągnąć naprawdę imponujące rozmiary.

Tegorocznej zimy wyciągnąłem Marcina do wsi Glinki (gmina Karczew), żeby wyrobić sobie własne zdanie na temat jednego z najgrubszych krajowych białodrzewów. Przy tej okazji chciałbym powiedzieć, że drzewa należące do tego gatunku wywołują we mnie zgoła inne odczucia niż nadwiślańskie sokory. O ile wiekowa topola czarna kojarzy mi się z mroczną boginią łęgu lub sędziwą szamanką, wsłuchaną w szept duchów nadrzecznej ziemi, to w białodrzewie dostrzegam pewną subtelną eteryczność, która sprawia, że patrząc na niego, mój wzrok machinalnie wędruje ku górze. Topola biała, z jasną korą (ciemnieje z wiekiem) i dwubarwnymi (wierzch liścia jest błyszczący i ma kolor ciemnozielony, natomiast spód jest pokryty śnieżnobiałym kutnerem), zdającymi się migotać na wietrze liśćmi, wydaje się roztaczać wokół siebie jakąś srebrzystą aurę, mającą posmak mistycznej tajemnicy. Szczególną atmosferę panującą w jej otoczeniu można wyczuć zwłaszcza w zimowe, bezksiężycowe noce, gdy w jej gałęziach mienią się gwiazdy. W takich okolicznościach łatwo popuścić wodze fantazji i uznać jakiś urodziwy białodrzew za centrum nadrzecznego mikrokosmosu. Kto wie, być może w idei axis mundi (łac. oś świata), która zakłada istnienie punktów o najwyższej religijnej doniosłości, wokół których kręci się świat, jest coś więcej niż tylko blaknące wspomnienie po dawnych wierzeniach…

Artystyczna wizja topoli białej i czarnej jako tzw. drzew kosmicznych (jedna z form „axis mundi”).

Wracając na ziemię, a właściwie do Glinek, to głównym celem naszej wycieczki w te okolice była topola „Maryna”. Krótko po dojechaniu na miejsce, znaleźliśmy się pod interesującym nas drzewem. Dotarcie do niego nie stanowiło problemu, ponieważ rośnie ono niewiele ponad 160 metrów na wschód od mostu łączącego Glinki z Górą Kalwarią, tuż za nasypem kolejowym.

Bohaterka niniejszej notatki zrobiła na mnie duże wrażenie. To ogromna topola, która już dawno wyrosła z młodzieńczych lat. Aby opisać jej rzeczywistą wielkość, nie wystarczy powiedzieć, że jej sylwetka wyróżnia się z otoczenia. Drzewa owocowe, rosnące w sadzie obok, w zestawieniu z nią sprawiają wrażenie karłowatych krzewinek, a człowiek wydaje się tylko mizernym krasnalem. Warto wspomnieć, że wielkość „Maryny” jest ponadprzeciętna również w obrębie jej własnego gatunku, którego typowe przedstawicielki nie należą przecież do najmniejszych drzew. Biorąc pod uwagę inne topole białe, rosnące na terenie Polski, obwodem ustępuje ona tylko swej siostrze z Królewa, jednak pomorski białodrzew – w przeciwieństwie do topoli z Glinek, prawdopodobnie powstał ze scalenia się kilku mniejszych drzew.

„Maryna” cieszy się statusem pomnika przyrody od 1977 roku i charakteryzuje się przepiękną, atletyczną sylwetką. Jej regularny, walcowaty pień jest zwieńczony kopulastą koroną, a pozbawione liści, potężne konary mogłyby konkurować wielkością z niejednym miejskim drzewem. Stan zdrowotny topoli wydaje się niezły. W ubiegłym roku uporządkowano teren wokół niej, a samo drzewo poddano kompleksowym zabiegom pielęgnacyjnym. Pamiątkę po tym stanowią stosy pociętych gałęzi, leżące u jego podnóża, a w koronie – kilka stalowych wiązań, którymi ustabilizowano niektóre z konarów. Wspaniale, że ktoś dostrzegł potrzebę podjęcia takich działań, co w przypadku topól z pewnością nie jest regułą. Daje to pewną nadzieję, że topolowa chluba Glinek jeszcze przez długi czas będzie stanowić obiekt podziwu dla miłośników nadwiślańskiej przyrody. Jej wiek szacuje się mniej więcej na 160 lat, a białodrzewy – wbrew obiegowej opinii – nie są krótkowiecznymi drzewami. Niektóre z nich mogą dożywać powyżej trzystu lat. Warto zaakcentować, że jest to okres, w którym na świecie pojawia się i znika przynajmniej tuzin ludzkich pokoleń.

Wizytę u „Maryny” zakończyliśmy małą sesją zdjęciową. Dodatkowo wykonałem też kilka pomiarów przy użyciu taśmy mierniczej dla leśników oraz dalmierza laserowego. Zgodnie z nimi, obwód jej pnia na wysokości pierśnicy (130 centymetrów od linii gruntu) wynosi 886 cm, a wysokość to około 36,8 m. Osobiście, niesamowicie cieszę się, że pojechaliśmy do Glinek i mam nadzieję, że jeszcze tu wrócę. Na pewno chciałbym zobaczyć tę jedną z najpiękniejszych polskich topoli także o innych porach roku, w mniej ponurych okolicznościach przyrody. Pożegnawszy się z drzewem, tradycyjnie ruszyliśmy nad Wisłę. Bez nadrzecznej łazęgi wyprawa nie była by pełna…

Od zmierzchu do świtu

Kiedy rozbijasz namiot na piasku, słońce coraz bardziej wtula się w pierś horyzontu. Nie musisz się martwić, albowiem wszystkie ślady ludzkich stóp, znaczące to miejsce są dziełem wyłącznie jednego autora. Łowiąc uchem klangor żurawi, jesteś szczęśliwy. Nie od dzisiaj wiesz, że samotne obozowanie na otoczonym przez wodę ustroniu ma moc oczyszczania duszy. Niebawem rozpalisz ognisko, by rozsiąść się przy nim, ubrany jedynie w wełnianą bieliznę. Paląc ogień do późna, pijesz kawę za kawą, zjadłeś też trochę fasoli i chleba. Wodząc wzrokiem po rozgwieżdżonym suknie nieba, miałbyś ochotę odprawić jakiś szamański rytuał, ale tajemne arkana są poza twoim zasięgiem. Tej nocy jesteś tylko kacykiem plemienia przybłędów. Kładąc się spać, otulasz się kurtką i przez chwilę rozmyślasz także o innych ogniskach. Być może wciąż siedzą przy nich inni „flumenauci” – zauroczeni Rzeką, prostoduszni wagabundowie. Niebawem, wschodzące słońce rozświetli tumany mgły, które dostojnie będą żeglować nad wodą. W takiej ulotnej oprawie każda wyspa może wydawać się Avalonem, ale prawdę na temat tych lądów znają tylko wierzby i stare topole. A ty, gdy już wypełzniesz z namiotu i strzepniesz z powiek resztki snu, będziesz stał osłupiały i patrzył, nie mogąc nasycić się światem. Jeżeli zaś w gnieździe twego serca wykluje się pisklę jakiegoś niewysłowionego uczucia, będzie to tęsknota. Żal za czymś dawno utraconym, ale wciąż wszechobecnym…

Dwa rezerwaty, dwa ujścia – rzecz o Wyspie Sobieszewskiej

Im jestem starszy, tym bardziej lubię spędzać czas w miejscach, w których już byłem. Między innymi dlatego, co jakiś czas organizujemy sobie z Olą krótkie rodzinne wakacje na Wyspie Sobieszewskiej. Mieszkałem w Gdańsku ponad dekadę i Wyspa, która aktualnie stanowi jedną z dzielnic miasta spod znaku Neptuna, jest dla mnie jedną z tych oswojonych przestrzeni, w granicach których zazwyczaj czuję się dobrze.

Ten zewsząd otoczony wodą, spokojny kawałek lądu zawdzięcza swoje istnienie dynamicznej naturze Wisły. Niecałe dwieście lat temu stanowił fragment zachodniej części pasa Mierzei Wiślanej. Zmieniło się to w sposób, którego nie sposób było przewidzieć. W mroźną zimową noc z 31 stycznia na 1 lutego 1840 roku, na skutek masywnego zatoru lodowego, wezbrana Rzeka zmieniła swój bieg i przedzierając się przez pas przybrzeżnych wydm na wysokości Górek, wydarła sobie nową drogę ku morzu. Osada została podzielona na dwoje, a nowo powstałe ramię Rzeki, za sprawą Wincentego Pola, zyskało miano Wisły Śmiałej. Niestałe stosunki wodne i związane z nimi ryzyko występowania katastrofalnych w skutkach powodzi sprawiły, że niecałe pięćdziesiąt lat później władze Prus, po serii burzliwych debat, zaakceptowały plan wykonania przekopu, który miał stać się głównym ujściem wiślanych wód do Zatoki Gdańskiej. Przyjęta koncepcja zakładała również zabezpieczenie nowego ujścia wałami oraz zbudowanie śluz w Przegalinie. Realizacja tego niezwykle ambitnego przedsięwzięcia trwała kilka lat i pochłonęła niemałe środki, ale cel został osiągnięty. Uroczyste otwarcie przekopu nastąpiło 31 marca 1895 roku. Tego dnia, o godzinie 15:45, strumień mętnej wiślanej wody połączył się z morzem i wydarzenie to można traktować jako narodziny Wyspy Sobieszewskiej w formie, jaką znamy.

Most zwodzony, oddany do użytku w 2019 roku. Główna droga lądowa na Wyspę Sobieszewską.

Większość turystów przyjeżdża tutaj z uwagi na czyste piaszczyste plaże, na których (zwłaszcza jesienią i zimą po silnych sztormach) wciąż można znaleźć okazałe bryły jantaru, ale miejsce to ma także innego rodzaju walory. Oba ujścia Wisły, zlokalizowane na przeciwległych krańcach Wyspy, to jedne z najcenniejszych przyrodniczo punktów na mapie polskiego wybrzeża. Te styczne, w których mieszają się różne ekosystemy, znajdują się bowiem na trasie przelotów tysięcy ptaków i stanowią dla nich niezwykle ważną ostoję. W obydwu miejscach znajdują się rezerwaty przyrody o randze europejskiej, które każdy pasjonat nadwiślańskiej przyrody powinien przynajmniej raz w życiu zobaczyć.

W Górkach Wschodnich, na północno-zachodnim krańcu Wyspy, znajdziemy niemal dwustuhektarowy rezerwat faunistyczny „Ptasi Raj”, na którego terenie zlokalizowane są dwa przymorskie jeziora („Karaś” oraz „Ptasi Raj”). Niegdyś stanowiły one jedną całość, ale wskutek nieustannie zachodzących procesów zamulania i zarastania, uległy rozdzieleniu. Większy zbiornik odgradza od Wisły Śmiałej malownicza kamienna grobla, na którą od pewnego czasu obowiązuje zakaz wejścia. Barierę od strony Bałtyku stanowi natomiast Mierzeja Messyńska, powstała z naniesionego przez rzekę materiału. Brzegi jezior porastają szuwary, na których skraju występują nasadzenia olchy. Rośnie tu także las ze zdecydowaną przewagą sosny zwyczajnej. Ważnym wskaźnikiem przyrodniczego bogactwa tego obszaru jest niewątpliwie duża różnorodność tutejszych roślin naczyniowych (560 gatunków, w tym kilkanaście chronionych), ale głównym powodem utworzenia rezerwatu była ochrona tego kompleksu jako miejsca odpoczynku ptaków. Podczas wieloletnich obserwacji naliczono ich tutaj aż 200 gatunków, szczególnie przelotnych. Były wśród nich drobne ptaki śpiewające, ptaki wodne i wodno-błotne, jak również drapieżne. Tutejsze trzcinowiska jeszcze do lat 70-tych ubiegłego stulecia były noclegowiskiem dla dziesiątków tysięcy szpaków. Obecnie są one miejscem bytowania wąsatek, trznadli, trzcinniczków, wodników, czy trudnych do wypatrzenia bąków. Pierzastą czeredę można obserwować z dwóch drewnianych wież widokowych, zbudowanych jako element ścieżki przyrodniczo-dydaktycznej. Widać z nich przede wszystkim ptaki lustra wody – między innymi łabędzie nieme i (rzadziej) krzykliwe, perkozy dwuczube, łyski, krzyżówki, gągoły świstuny i czernice. Jeziora są ponadto noclegowiskiem dla gęsi zbożowych i białoczelnych, które przybywają tu w wielkich stadach przy okazji swych okresowych wędrówek (rekordowo stwierdzono obecność aż 20 000 osobników). Jeżeli chodzi o kaczki, to warto wspomnieć, że w 1997 roku w „Ptasim Raju” odnotowano pierwszy w Polsce lęg edredona, co dla wielu pasjonatów ornitologii było prawdziwą sensacją. Piaszczyste tereny Mierzei Messyńskiej to z kolei miejsce, w którym spotkamy różne gatunki mew, rybitw oraz ptaków siewkowatych.

Garść kadrów z „Ptasiego Raju” (lipiec 2022).

Granicę przeciwległego brzegu Wyspy Sobieszewskiej stanowi wspomniany na wstępie przekop Wisły. Miejsce spotkania żywiołów w okolicy Świbna i Mikoszewa to specyficzny obszar, w którym Rzeka składa bogom morza szczodrą daninę. Prąc przez Polskę, jej nurt niesie bowiem miliony metrów sześciennych mułu i piasku, które finalnie osadzają się właśnie tu, tworząc płycizny i piaszczyste ławice. Ich układ ulega nieustannym przekształceniom wskutek działania prądów morskich i zafalowania, jednak nie przeszkadza to ptakom. Wręcz przeciwnie, specyficzne warunki panujące w tym miejscu sprawiają, że jest to prawdziwa ptasia enklawa, gdzie znajdują one obfitość pożywienia, miejsce odpoczynku lub gniazdowania. Okazuje się, że na około 150 hektarach stożka ujściowego przekopu Wisły, zanotowano występowanie aż stu ptasich gatunków. Celem zapewnienia im spokoju, na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia, objęto ten teren ochroną w ramach rezerwatu „Mewia Łacha”. Wiosną i jesienią tysiącami pojawiają się tu migrujące siewki. Pośród nich najliczniejsze są biegusy zmienne, ale lista gości obejmuje między innymi biegusy rdzawe, piaskowce krzywodzioby, kwokacze, czy szlamniki. Jeżeli zaś chodzi o ptaki odbywające tu lęgi, to warto podkreślić, że jest to jedyne miejsce na polskim wybrzeżu, gdzie gniazdują rybitwy czubate. Rozmnażają się tutaj także ostrygojady, rybitwy białoczelne, ohary i coraz rzadsze w naszym kraju sieweczki obrożne. Na terenie rezerwatu występuje ponadto największe zgrupowanie mewy małej oraz pospolitej, a w zimowych miesiącach można obserwować tu wielkie stada kaczek złożone z czernic, lodówek i gągołów.

Co ciekawe, u ujścia Przekopu Wisły występuje stała, największa w polskiej części Bałtyku populacja fok szarych. Mimo, że specyfika naszego wybrzeża wybitnie im nie sprzyja, z jakiegoś powodu upodobały sobie one jedną z tutejszych piaszczystych wysepek. Niegdyś krajowa populacja tych ssaków mogła liczyć kilka tysięcy osobników, jednak dzisiaj jest to pieśń przeszłości. Na szczęście, w ostatnich latach sytuacja wydaje zmieniać się na lepsze. W każdym razie, jeżeli ktoś chciałby na własne oczy zobaczyć dziką fokę szarą w granicach Polski, to największa szansa na to jest właśnie tu. Rekordowo na tutejszej „foczej łasze”, w tym samym czasie, stwierdzono obecność aż 165 osobników. Zdarza się, że dołączają do nich też foki pospolite, które wbrew nazwie są u nas piekielnie rzadkie.

Okolice ujścia Przekopu Wisły (lipiec 2021 oraz 2022 roku).

Jeżeli chodzi o cześć lądową, to rezerwat składa się z dwóch części. Po gdańskiej stronie zlokalizowana jest mniejsza z nich (obejmuje 18,91 ha). Poza obniżeniem terenu w jej części centralnej, gdzie występują szuwary i zarośla wierzbowe, znajdziemy na niej zespoły młodych wydm, będących stanowiskami rzadkich roślin (np. mikołajek nadmorski, lnica wonna, czy kruszczyk rdzawoczerwony). Spore połacie jałowej ziemi porastają też łany inwazyjnej róży pomarszczonej. Odnośnie flory tutejszych terenów podmokłych, to oprócz roślinności typowej dla trzcinowisk rosną tu także rośliny słonolubne, takie jak solanka kolczysta, czy arcydzięgiel nadbrzeżny.

„Mewia Łacha” to nie tylko ptaki i foki. Wędrując wzdłuż brzegów Wisły można dostrzec śladów żerowania bobrów. Kręcą się tu także wydry, polujące na płazy i ryby. Największym zagrożeniem dla rezerwatu są oczywiście ludzie, którzy nie zawsze trzymają się wyznaczonych ścieżek, ale obecność dużych zgrupowań ptaków przyciąga też lisy oraz norki amerykańskie. Ptasie kolonie są dla nich niczym stół szwedzki i oba te drapieżniki są w stanie dokonać w nich prawdziwego spustoszenia. Co ciekawe, przy odrobinie szczęścia, przebywając w okolicach odbydwu sobieszewskich rezerwatów można natknąć się również na łosia. Te duchy mokradeł i nadrzecznych lasów w ostatnich latach coraz częściej nawiedzają Wyspę. Biorąc pod uwagę, że dorosłe osobniki są większe od konia i potrafią nurkować na głębokość trzech metrów, można domyślić się, że przepłynięcie Wisły nie stanowi dla nich problemu. Kończąc wpis pochwalę się, że sami będąc tydzień temu na Wyspie widzieliśmy klępę z łoszakiem. Wypatrzyłem je przypadkiem, idąc (z Arturem na plecach) ścieżką wiodącą przez las w „Ptasim Raju”…

Łosie z „Ptasiego Raju”, sfotografowane przeze mnie w drugiej połowie lipca bieżącego roku.

Powrót do Ujścia

Jako syn marynarza zawsze czułem duży respekt przed morzem. Może dlatego też w 2016 roku, gdy odbywałem swój pierwszy kilkudniowy, samotny spływ Wisłą, nie czułem presji, żeby na siłę płynąć aż do samego jej końca. Od tego czasu wielokrotnie bywałem przy ujściu, jednak zawsze były to piesze wycieczki. W tym roku, bogatszy o kilka lat wioślarskiego doświadczenia i lżejszy „dmuchaniec”, wyposażony w fartuch chroniący przed wlewaniem się wody do jego wnętrza, postanowiłem się przełamać. W nocy z piętnastego na szesnastego czerwca, zmotywowany optymistyczną prognozą pogody, ruszyłem na Żuławy. Zwodowałem się około siódmej rano i odtąd, niedbale „chlapiąc” wiosłem, przemieszczałem się coraz bardziej na północ. Wisła tym razem była nad wyraz spokojna. W powietrzu unosił się swąd dogasających ognisk, rozpalonych przez wędkarzy przy okazji ich nocnych zasiadek. Płynąc z prądem, co jakiś czas taksowałem wzrokiem przybrzeżne trzcinowiska z nadzieją wypatrzenia wąsatek. Towarzyszyły mi łabędzie nieme. Byłem też świadkiem przelotu kilku sporych stad szpaków. Spływanie szło mi, jak z płatka. Ani się obejrzałem, jak zostawiłem za sobą śluzy „Gdańska Głowa” i „Przegalina”, a następnie przekroczyłem miejsce przeprawy promowej „Świbno – Mikoszewo”. Z prawego brzegu dobiegały odgłosy procesji Bożego Ciała. Chwilę później pojawiły się foki i odtąd zawsze przynajmniej jedna kręciła się nieopodal łódki, śledząc moje poczynania. Ujście Wisły, ze zmiennym układem piaszczystych wysepek, to królestwo tych „morskich psów”. To dziwne, ale właściwie nie miałem żadnych wyobrażeń na temat tego, co będę odczuwał, kiedy dotrę do celu. Gdy zostawiłem z tyłu betonową konstrukcję wschodniej kierownicy i wypłynąłem na wody Zatoki, niespodziewanie ogarnął mnie wielki spokój. Patrząc daleko przed siebie, nie byłem w stanie uciec od skojarzenia, że zapędziłem się do jednego z tych punktów, w których świat ulega zawieszeniu. Wokół panowała cisza, a powierzchnię morza znaczyły tylko niewielkie zmarszczki. Wędrując wzrokiem po rozedrganej linii horyzontu, chwilami wydawało mi się, że tafla wody zlewa się z nieboskłonem. W takich miejscach, wszystko wydaje się możliwe. Nasyciwszy się scenerią, powiosłowałem na wschód wzdłuż piaszczystej, kilkusetmetrowej mierzei, na której odpoczywały dziesiątki kormoranów i wielkich mew. Neptun był dla mnie wyjątkowo łaskawy, ponieważ tylko dwa lub trzy razy, kiedy przepływałem przez jakieś wypłycenie, oberwałem spienioną falą. Był taki moment, że zdawało mi się, iż z pontonu uchodzi powietrze, ale niepokojący dźwięk (na szczęście) okazał się odgłosem przelatującego w pobliżu drona. Finalnie wylądowałem na plaży w Mikoszewie. Nie zasypiałem gruszek w popiele – jakieś pół godziny później maszerowałem już leśną drogą w kierunku przystani promowej. Byłem zmęczony i uprażony słońcem, ale było mi lekko na duszy. Dopiąłem swego i czułem, że chwilowo znowu rozpiera mnie moc…

PS. Na zakończenie, chciałbym podziękować Marcinowi, który poświęcił swój czas i zawiózł mnie nocą na pociąg oraz Pawłowi, który po piątej rano odebrał mnie z dworca w Gdańsku, a następnie wywiózł na miejsce startu. Dzięki wielkie, chłopaki!

*** (12 maja)

Gdy większą część życia nasiąka się aurą miasta, co jakiś czas warto się odtruć. By skończyć z dyktatem kąta prostego, wystarczy rozpłynąć się w dziewiczym krajobrazie jakiegoś nadrzecznego zadupia. Tam, wsłuchując się w mowę wiatru, ptaków i żab, można do woli naczerpać wody spokoju. Albo, zmrużywszy oczy, czytając kolejne wersy fal na burej karcie Rzeki, chwilowo zapomnieć o sobie. Będąc w tym stanie łatwo jest ulec złudzeniu, że jest się zdolnym odczytać wróżby zawarte w zarysie chmur, szumie wierzbowych liści lub kompozycji spękań, przedmiotów i tropów zdobiących wysychające błoto. Przyjacielu, jakkolwiek sens świata jest prosty, musisz pamiętać, że satori zawsze jest tymczasowe. Budzisz się, robisz swoje, ale potem na koniec dnia i tak zawsze morzy cię senność. Wbrew temu, co twierdzą niektórzy – niemyślenie jest trudną sztuką, ale w domenie miliarda bodźców to właśnie pustka jest twym sprzymierzeńcem…

„Topola Kromnowska”

We wtorek trzeciego lutego wybrałem się z Marcinem do wsi Kromnów (powiat Sochaczewski), żeby na własne oczy zobaczyć jedną z najbardziej znanych topól czarnych w Polsce. Przymierzałem się do tego wyjazdu od dawna, jednak zawsze działo się coś, co sprawiało, że trzeba było modyfikować plany.

Na miejsce dojechaliśmy około godziny dziewiątej. Zostawiliśmy samochód pod płotem czyjejś posesji i bez pośpiechu podreptaliśmy w stronę wału przeciwpowodziowego. Naga sylwetka interesującej nas sokory, rosnącej po jego drugiej stronie, rzucała się w oczy z daleka. Chwilę później, po wejściu w strefę chaszczy na skraju łęgu, mogliśmy podziwiać ją z bliska. Obiekt naszego zainteresowania spełnił pokładane w nim nadzieje i okazał się uosobieniem tego, czego można spodziewać się po monumentalnej nadwiślańskiej sokorze. „Topola Kromnowska” to prawdziwa olbrzymka, wysoka na ponad 35 metrów, o potężnym pniu, którego obwód na wysokości pierśnicy wynosi 842 centymetry. Pewne cechy jej budowy mogą wskazywać, że jest ona zrosłodrzewem, ale nawet gdyby rzeczywiście tak było, to i tak nie ujmuje jej to niczego.

Szacuje się, że ta konkretna topola liczy sobie ponad dwieście lat. Nie można zatem wykluczyć, że jej początki mogą być zbieżne z pierwszymi latami zaborów. Być może była już sporym drzewem, gdy w oddalonej o zaledwie kilkanaście kilometrów Żelazowej Woli, przychodził na świat Fryderyk Chopin (1810 rok). Nie spekulując, można jednak śmiało założyć, że pamięta czasy Powstania Styczniowego (wybuchło 158 lat temu), którego ważne wydarzenia rozgrywały się w leżącej nieopodal Puszczy Kampinoskiej, i jest starsza od dzieł Jana Matejki czy eposu narodowego „Pan Tadeusz”. Dwa wieki z okładem to szmat czasu, który odbił się na kondycji kromnowskiej sokory. Na szczęście, od 2009 roku Nestorka cieszy się statusem pomnika przyrody i objęta jest prawną ochroną.

Gdy badałem dłonią szorstką fakturę pnia tego majestatycznego drzewa, naszła mnie pewna dygresja. Do niedawna jego sąsiadem był pomnikowy dąb szypułkowy. W przeciwieństwie do topól, dęby to drzewa, które kojarzone są z siłą i długowiecznością, nierzadko wykorzystywane jako symbol heraldyczny, podkreślający znaczenie rodu lub terytorium. Co ciekawe, „Dąb Nadwiślański” nie przetrwał jednak starcia z wezbraną Wisłą i w 2011 roku został powalony. Tymczasem „Topola Kromnowska”, solidnie wczepiona korzeniami w aluwialną glebę, wciąż czerpie z niej siłę. Z niemym uporem pełni swą wartę i, na przekór zmiennym żywiołom, wciąż karmi się Rzeką…

Postscriptum / Nacieszywszy się topolą, zjedliśmy śniadanie, a potem powędrowaliśmy w głąb nadrzecznego lasu i snuliśmy się po nim przez jakiś czas (łęg wierzbowo-topolowy, porastający tutejszy brzeg Wisły, jest naprawdę wspaniały). Pod koniec wyprawy spotkaliśmy dwóch miejscowych, którzy podzielili się z nami informacją, że dwa dni wcześniej niedaleko miejsca, w którym się znajdowaliśmy, w kłusownicze wnyki złapał się samiec wilka. Na szczęście, zwierzę nie odniosło poważnych obrażeń i, po sprawnie przeprowadzonej akcji ratunkowej, zwrócono mu wolność. Podobno na tym terenie operują dwie wilcze watahy. Mocno dają w kość miejscowym bobrom, nie gardzą też sarnami i łosiem…

Wisła na zimno, 30 grudnia

Zgodnie z zapowiedziami synoptyków, front atmosferyczny, który nadciągnął z zachodu przyniósł ocieplenie. Rankiem, gdy lustrowałem Rzekę z poziomu jednego z warszawskich mostów, wisiała nad nią szarawa mgiełka. Było przesądzone, że zjawiska lodowe, które mogliśmy obserwować przez kilka ostatnich dni, niebawem staną się tylko wspomnieniem. Dzisiaj lodu na wodzie było zauważalnie mniej, ale nie zamierzałem z tego powodu rozpaczać. Wręcz przeciwnie, pomyślałem, że oto nadeszła odpowiednia chwila, żeby sprawdzić moje nowe, bardziej kompaktowe „pływadło”. Obserwowanie pochodu śryżu z bezpiecznego miejsca to jedno, ale bezpośrednie uczestniczenie w nim, to zupełnie inna para kaloszy 🙂

Kilka godzin później, ubrany w suchy kombinezon i znoszoną czapkę uszankę, lawirowałem między setkami białych brył.

Jak każdej zimy, na Wiśle można było zobaczyć stada gągołów. Złotookie kaczki trzymały się wszakże na dystans. Gdy próbowałem do nich podpływać, podrywały się do lotu (biało-czarne kaczory wydawały przy tym charakterystyczny świst). Wiślaną awifaunę najliczniej reprezentowały mewy, krzyżówki i wszędobylskie wrony, ale widywałem również nurogęsi, kormorany, czy czernice. Co ciekawe, przez dłuższą chwilę płynąłem śladem perkozka zwyczajnego (to najmniejszy z naszych perkozów). Lodowa breja z chrzęstem ocierała się o burty łodzi, a na wysokości Żerania musiałem uważać, żeby nie utknąć w niedużym zatorze, jednak nowy „dmuchaniec” zaskakująco dobrze zdawał ten swoisty zimowy egzamin. Kiedy dopływałem do Mostu Północnego, powoli zapadał zmierzch. Wygramoliłem się jakoś na skuty lodową taflą brzeg, spakowałem rzeczy i – wciąż mając na sobie „rzeczne” łachy – z uśmiechem na gębie powędrowałem na tramwaj…

Zjawiska lodowe, 29 grudnia

Na jutro prognozowane jest ocieplenie, ale dzisiaj jest zimno, jak w psiarni. W dół Wisły wędrują miliony ton śryżu i lodowych krążków. Na tych ostatnich nierzadko można zobaczyć skrzydlatych pasażerów na gapę. Niestały, marmurkowy wzór na powierzchni Rzeki wygląda hipnotyzująco. Gdyby nie chłód, który przenika do szpiku, mógłbym wpatrywać się w te dryfujące zlodzenia bez końca…

Między Drzewami (28 grudnia)

Ostatnio bardziej niż zwykle czuję zew, który ciągnie mnie ku nadwiślańskim łęgom. Dzisiaj był on na tyle silny, że nie byłem w stanie dłużej mu się opierać i – zarzuciwszy plecak na grzbiet – na kilka godzin wywędrowałem do lasu. Zima to dobry czas na takie eskapady. Zielona chwała splątanego zielska, które w cieplejszych miesiącach stanowi trudną do przebrnięcia barierę, chwilowo przeminęła. Nie uświadczysz też kleszczy ani chmar natrętnych komarów. Warto zatem ruszyć między drzewa. Choćby po to, by w spokoju pokontemplować ich przejściowo odsłonięte sylwetki.

Lubię wyszukiwać stare białodrzewy i sokory o pomnikowych rozmiarach lub intrygującym pokroju, a potem po prostu siedzieć u ich podnóża. Tym razem sporo czasu spędziłem nieopodal pewnego topolowego weterana, o pniu naznaczonym przez błyskawicę wielką, wypaloną w środku szczeliną (w jej wnętrzu jakiś pacan zostawił zdezelowanego grilla). Sącząc szybko stygnącą kawę, wsłuchiwałem się w głosy dzięciołów czarnych. Niekiedy także wiatr wygrywał na gałęziach jakąś jękliwą melodię. Nieopodal, wśród połamanych konarów leżących na ziemi, ostrożnie kluczyły sarny. Mróz szczypał mi policzki, a spokój rozścielający się wokół sprawił, że zwierzę niepokoju we mnie zaczęło układać się do snu…

Nie z tego świata

Czasami naprawdę niewiele potrzeba, by poczuć się, jak na innej planecie.

Są takie dni, że wystarczy po prostu wyczołgać się z namiotu o świcie. Gdy nadrzeczny świat wciąż spowija gęsta mgła, a wzrok nie ma punktu zaczepienia, wschodzące słońce może sprawiać wrażenie układu dwóch gwiazd, których rozproszone światło z trudem przebija się przez atmosferę jakiejś nieziemskiej krainy. Zaspany człowiek może oberwać w głowę takim widokiem, jak młotkiem. W tej jednej chwili czas i przestrzeń zamazują się…

17 października (Warszawa – Nowy Dwór Mazowiecki)

Poranne zimno (4oC) przenika na wskroś, ale fanatyka głodnego wiślanych wrażeń to nie odstraszy.

Czasem warto spłynąć z nurtem Rzeki tylko po to, by zobaczyć, jak klisza świata przebarwia się na kolor sepii. Połowa października to dobry czas, by wsłuchiwać się w rozmowy wron i liczyć kormorany, które zaczęły grupować się w duże stada. Swobodne dryfowanie łódką wśród bezludnych wysp i wysepek zwiększa szanse na spotkanie z duchami rzeki – płochliwymi czaplami białymi. Być może napotkasz na swojej drodze także bielika, który za chwilową siedzibę obrał strażnicę nagiego drzewa. Twoja choćby najcichsza obecność na pewno nie umknie jego uwadze. To ptak, który ma wyjątkowo dobry wzrok. Nie na darmo ma oczy dwa razy większe, niż oczy człowieka…

Kłody z wody

W rzecznym świecie nie ma niczego na stałe. Niepewny los jest także udziałem drzew, które licznie porastają wyspy, bezpośrednie sąsiedztwo brzegu rzeki, a także jej terasę zalewową. Wiatr i płynąca woda rokrocznie niosą w dal niezliczoną ilość nasion topól, klonów jesionolistnych, wiązów, jesionów, czy wodolubnych wierzb. Szczęśliwcy, którym będzie dane osiąść na żyznej ziemi, być może zapuszczą korzenie i w sprzyjających warunkach będą spokojnie rozrastać się przez dziesięciolecia. Nieustannie istnieje jednak ryzyko, że ich trwanie zostanie bezpardonowo przerwane i zakończy się w rzecznych odmętach. Jedne osuną się do wody na skutek erozji. Inne upadną pod wpływem gwałtownych porywów wiatru, uderzenia pioruna albo działalności bobrów lub człowieka. Te, które zostaną zagarnięte przez rzekę, a potem ulegną zatopieniu, staną się zmorą wędkarzy, ale też wymarzonym siedliskiem dla licznych organizmów wodnych.

Gdy spływam Wisłą, regularnie widuję pozostałości takich drzew. Czasem są to szczątki tak zwanych czarnych dębów, zalegające w korycie rzeki od stuleci, lecz na ogół mam do czynienia z wierzbami i topolami. Ich pnie, korzenie i konary mogą posiadać przedziwne kształty. Czasem, gdy natrafię na jakiś szczególnie osobliwy egzemplarz, zdarza mi się wracać myślami do jednego ze starych podań, które przedstawia genezę naszego gatunku.

Drzewo, a może krokodyl?

W czasach, gdy miałem kilkanaście lat, byłem mocno zafascynowany mitologią skandynawską. Fascynację tę wywołało zetknięcie się z książką „Heroje Północy” autorstwa Jerzego Rosa (gorąco polecam tę pozycję, chociaż obecnie trudno ją dostać). Pożyczyłem ją od kolegi, który jakiś czas później popełnił samobójstwo i pamiętam, że treść opowieści o „bogach, jak ludzie” pochłonęła mnie dokumentnie. Inaczej niż w przypadku tradycji judeochrześcijańskiej, zgodnie z dawnymi wierzeniami mieszkańców północnych rubieży Europy, poszczególne elementy naszego świata powstały ze zwłok pierwszego z olbrzymów – Imira. Nikczemny gigant, zginął z ręki Odyna w finalnej bitwie wojny, jaką ten najważniejszy z Asów i jego bracia stoczyli z plemieniem olbrzymów. A więc mięśnie, czaszka, kości, zęby, włosy, krew oraz strzępy mózgu Imira stały się budulcem ziemi, nieba, gór, głazów, wszelkiej roślinności, morza, jezior i rzek oraz chmur. W świecie tym początkowo nie było jednak ludzi. Według „Eddy Poetyckiej„, uważanej za najstarsze dzieło piśmiennictwa islandzkiego, powstanie naszego gatunku było wynikiem pewnego przypadkowego znaleziska, które miało miejsce w późniejszym okresie. Jedna z wersji opowieści podaje, że Odyn, jego brat Honir oraz rudowłosy Loki, przechadzając się brzegiem morza, zwrócili uwagę na dwie charakterystycznie wyglądające kłody, które prawdopodobnie zostały wyrzucone przez wodę. Bogowie przyjrzeli się im dokładnie, po czym nie namyślając się długo, postanowili uczynić z nich ludzi na swe podobieństwo. Odyn nadał im kształt, a następnie tchnął w nich życie. Honir obdarzył ich zmysłami i zdolnością ruchu, zaś Loki – uważany za pana ognia – podarował im urodę oraz gorącą krew. W pełni ukształtowane i świadome już istoty zostały następnie odziane i otrzymały imiona. On stał się Askurem (jesionem), a ona Emblą (wiązem) i od nich to według skandynawskich sag wywodzi się cały ród ludzki.

O ile wciąż trwają spory językoznawców, co do źródłosłowu obu imion – nie do końca wiadomo, czy rzeczywiście można powiązać je z jesionem i wiązem (dotyczy to zwłaszcza słowa „embla”), to bez pudła można być pewnym jednego. W pozostałościach niektórych drzew, leżących nad rzeką, lub morzem rzeczywiście można doszukać się antropomorficznych kształtów. Obdarzony bogatą wyobraźnią obserwator może dostrzec w nich o wiele więcej – smoki, dinozaury, krokodyle, wiedźmy, syreny i całą czeredę innych stworów. Fajnie jest „polować” na tego typu obiekty. Dzięki temu włóczenie się nad Wisłą – aktywność niezwykle atrakcyjna sama w sobie – może stać się jeszcze bardziej ekscytująca.

Pozostałości jednej z porwanych przez Wisłę wierzb – pożywka dla wyobraźni.