Warszawskie „spandżboby” i kotewka

Znalazłem je po praskiej stronie Wisły, w rejonie Wybrzeża Helskiego i Łąk Golędzinowskich, tuż przy wylocie jednego z warszawskich kolektorów burzowych. Okoliczności nie były szczególnie szczęśliwe – Rzeka opadła, pozostawiając je ponad lustrem wody. Dla kogoś trwale związanego z podłożem na pewno nie jest to najlepszy scenariusz.

Na pierwszy rzut oka widok nie robił wrażenia. Ot, jakieś podeschnięte farfocle szaro-burego koloru, przytwierdzone do kamieni ostrogi regulacyjnej. Dopiero bliższa inspekcja ujawniła, że owe niepozorne twory są koloniami gąbek słodkowodnych (Spongillidae). Umówmy się – te prastare zwierzaki nie należą do stworzeń, które wywołują powszechną ekscytację. Ich życie, w dużej mierze, polega bowiem na trwaniu w miejscu, by przepuszczać przez ciało wodę i sycić się niesioną z jej prądem materią. Niemniej, informacja o obecności tych gagatków w warszawskiej Wiśle ma swoją wagę.

Znalezione przeze mnie kolonie gąbek słodkowodnych (szaro-bure) oraz kolonia sfotografowana w jeziorze w Nielbarku (zielona) [źródło].

Według obiegowej opinii stołeczny odcinek Rzeki wciąż uchodzi za brudny. O słodkowodnych gąbkach nadal wiemy relatywnie niewiele, ale na ogół kojarzy się je z dobrze natlenionymi i niezbyt silnie zanieczyszczonymi wodami.

Stereotyp brudnej Wisły nie wziął się oczywiście znikąd. Przez dziesięciolecia ścieki z dużej części lewobrzeżnej Warszawy trafiały do niej bez oczyszczania. Dopiero po rozbudowie oczyszczalni „Czajka” i uruchomieniu w latach 2012-2013 systemu przesyłowego, zaczęto kierować je na prawy brzeg, gdzie były oczyszczane. Dla Warszawy była to ogromna zmiana na lepsze. Niestety, w świadomości przeciętnego Kowalskiego znacznie mocniej zapisało się to, co wydarzyło się później.

W sierpniu 2019 roku rurociąg, którym transportowano syf, uległ poważnej awarii. W konsekwencji ogromne ilości zanieczyszczeń trafiły bezpośrednio do Wisły. Rok później sytuacja się powtórzyła. Wartki strumień rozwodnionego gówna, lejący się z młocińskiego kolektora (potocznie nazywanego berglem), pokazywały chyba wszystkie krajowe stacje telewizyjne. Przez długi czas był to jeden z najgorętszych tematów informacyjnych. Obraz ten bardzo zaszkodził wizerunkowi Wisły. W powszechnym odbiorze utrwalił się znacznie silniej niż wcześniejsze zakończenie wieloletniego, stałego zrzutu nieoczyszczonych ścieków, czy późniejsze inwestycje, których celem było ograniczenie ryzyka podobnych wypadków. Nie dziwi zatem, że u wielu osób hasło „warszawska Wisła” wciąż nie budzi skojarzeń z czystością.

Zdjęcie autorstwa Dariusza Borowicza, przedstawiające zrzut nieoczyszczonych ścieków do Wisły z młocińskiego kolektora w 2019 roku, zamieszczone na internetowym portalu Gazety Wyborczej [źródło].

Tymczasem, rzeczywistość nie do końca pasuje do tak uproszczonego obrazu. Gwoli ścisłości – nie zamierzam na podstawie dwóch kolonii gąbek twierdzić, że jakość wody w warszawskiej Wiśle jest idealna. Zdaję sobie sprawę z tego, że lista problemów Rzeki wciąż pozostaje długa; i nie chodzi tylko o to, że stołeczna kanalizacja przy większych deszczach wciąż bywa ogólnospławna. Nie chcę jednak udawać, że nie ma ono żadnego znaczenia. Skoro u podnóża jednej z budowli hydrotechnicznych żyły gąbki, to w tym konkretnym miejscu (przynajmniej przez pewien czas) musiały panować warunki, które pozwalały im przetrwać i mieściły się w granicach ich tolerancji. Kolonia nie pojawia się na kamieniu w jednej chwili. Musiała się tam utrzymać, rosnąć i filtrować wodę przez dłuższy czas – aż do chwili, gdy opadająca Wisła wyniosła jej kamienny dom ponad powierzchnię.

Co ciekawe, w tej samej okolicy można zobaczyć coś jeszcze. W niewielkiej, płytkiej zatoczce za wspomnianą powyżej ostrogą rośnie też kotewka orzech wodny (Trapa natans) – pływająca roślina o liściach tworzących charakterystyczne rozety i kolczastych, jadalnych owocach. Ten rzadki, chroniony gatunek przez lata kojarzony był przede wszystkim z nielicznymi stanowiskami w południowej Polsce. Jak widać, prawdopodobnie w związku ze zmianami klimatu, coraz śmielej pojawia się również poza dawnymi centrami występowania. O ile się orientuję, stanowiska w rejonie Golędzinowa nie przedstawiano dotąd publicznie. Przy tej okazji nie sposób jednak nie wspomnieć, że nie jest to pierwsza udokumentowana obserwacja kotewki w Warszawie. Łukasz Skomorucha – lekarz weterynarii, przyrodnik z zamiłowania oraz uważny i rzetelny obserwator świata natury (Łukasz, jeżeli to czytasz, pozdrawiam Cię!), stosunkowo niedawno opisał w „Przeglądzie Przyrodniczym” stanowisko tego gatunku w okolicach 512. kilometra Wisły [źródło]. Znajdowało się ono na południe od kolejowego mostu średnicowego, w zatoce między mostem a ostrogą regulacyjną.

Rycina przedstawiająca kotewkę (Trapa natans) z wydanej w XIX wieku książki pt. „Flora von Deutschland, Österreich und der Schweiz” Otto Wilhelma Thomé [źródło].

Fajne są tego rodzaju znaleziska. Nie tylko przypominają, że interesujące rzeczy dzieją się wokół nas, ale przede wszystkim płynie z nich odrobina nadziei. W sercu wielkiego miasta żyją słodkowodne gąbki i rośnie kotewka. To kolejny dowód na to, że Wisła – choć obciążona zanieczyszczeniami, zmęczona suszą i przekształcona przez człowieka – nadal jest w stanie tworzyć cenne przyrodniczo enklawy…

Boże Ciało

W ciągu miesiąca parokrotnie próbowałem dostać się na odsłonięty grzbiet tzw. rafy żoliborskiej – usłanego eratykami postrachu wodniaków, wizytówki warszawskiej Wisły w sąsiedztwie Golędzinowa (najpierw solo, potem z Marcinem). Cel był blisko, a jednocześnie poza zasięgiem. Kiedy brnie się po pierś w burej, rwącej wodzie, a śliskie kamulce wydają się wyjeżdżać spod stóp, nie warto zgrywać kozaka.

Nie dawało mi to jednak spokoju. Czwartego czerwca, w Boże Ciało, bladym świtem wróciłem na miejsce. Zanim miasto pogrążyło się w atmosferze modłów i śpiewu, desantowałem się pontonem na „rafę”.

Przechadzałem się wśród „narzutniaków”, wypatrując różności, które woda przyniosła i wypluła między nimi, pokrywając je szarawą patyną osadu. W przelewach, gdzie nurt nabierał prędkości, miejscami ciemniały grzbiety ryb, z płetwami nastroszonymi jak żagle. Duże brzany – krępe, silne, ustawione pod prąd głowami – napierały na wodę z uporem istot zrobionych z tej samej materii, co Rzeka. Bliżej lewego brzegu goście na łodziach smagali powietrze wędkami, bezowocnie posyłając do wody sztuczne przynęty. Poszczęściło mi się – stałem pośrodku Wisły, a świat wydawał się trwać w swoim zwykłym, niewzruszonym porządku.

Dwadzieścia dni później ktoś z brzegu wypatrzy na tych samych polodowcowych kamieniach zwłoki mężczyzny. W chwili, gdy dowiem się o tym, wrócę myślami do opisanego tutaj poranka. Żoliborska rafa straci niewinność celu, a Boże Ciało, przed którym dałem dyla nad Wisłę, wróci bez procesji i pieśni. W najprostszym znaczeniu słowa – jako ciało. Ciało, które woda niosła, trzymała, oddała…

Wiosenna niżówka i „mudlarking” po warszawsku (5 maja)

Na początku maja br. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej poinformował, że niemal trzy czwarte stacji hydrologicznych w Polsce znajduje się w strefie wody niskiej. Trudno jednak, aby było inaczej, skoro pierwsze miesiące roku przyniosły wyraźny deficyt opadów, a wiosenne deszcze – nawet jeśli występowały – miały raczej marginalne znaczenie.

Mapa ze strony Hydro IMGW-PIB, obrazująca sytuację hydrologiczną w zlewni Wisły od Wieprza do Narwi (stan na 9 maja br.). Strefa stanów niskich została zobrazowana czarnym kolorem.

Powyższy problem dotyczy również naszego podwórka (Warszawska Wisła). Wiem, o czym piszę, ponieważ we wtorek – 5 maja, zaliczyliśmy z Marcinem pierwsze w tym roku pełnoprawne brodzenie.

Wchodząc do wody, dowcipkowałem, że nieprzypadkowo mam na sobie T-shirt z wizerunkiem bizona. Śmiałem się, że ten gest pomoże mi zjednać sobie przychylność bytujących tu duchów turów, żubrów i krów. Nie wiedziałem jeszcze, że owo „zaklinanie” przyniesie namacalne efekty – podczas spaceru po odsłoniętym brzuchu Rzeki kilkakrotnie bowiem natknęliśmy się na fragmenty czaszek „rogacizny”.

Niska woda o tej porze roku to uzasadniony powód do niepokoju. Mimo to ciężko nie ulec pokusie, by choć na chwilę zapomnieć o troskach i po raz kolejny po prostu wejść w rolę rzecznego dziada, szperacza, włóczęgi…

15 marca; ptasia grypa i sztuka epoki antropocenu po grudziądzku

Współczesna grudziądzka sztuka „naskalna” nie ma wiele wspólnego z tym, co można zobaczyć w słynnym Lascaux. Ruiny w nadwiślańskim buszu pomazane sprayem, gdzie ludowe sacrum bez cienia żenady idzie pod rękę z profanum. Papież Polak, wszędobylskie chuje, tu i ówdzie pokraczny kosmolud. Nieopodal, w swoistej kontrze do osobliwej tubylczej ikonografii, niebieszczą się pierwsze kwiaty przylaszczek (między puchami po piwsku).

Idąc zboczem wzdłuż Wisły, na odcinku kilkuset metrów naliczyłem aż pięć ciał myszołowów. Wiatr rozwiewał pióra z obojętnością godną natury.

Nie interesują go lokalne symbole, nie wydaje także wyroków…

Nowy rok hydrologiczny, nowe „zero” na wodowskazie

Cześć! Ci, którzy na bieżąco śledzą wskazania wodowskazu „Warszawa Bulwary„, zapewne z początkiem tego miesiąca wychwycili pewną anomalię. Mianowicie, wędrując wzrokiem wzdłuż przebiegu krzywej ilustrującej zmiany poziomu Wisły w funkcji czasu na stronie Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej (IMiGW), można zobaczyć, że linia ta w pewnej chwili gwałtownie szybuje w górę (na pułap wyższy o 100 centymetrów), po czym bez dalszych „akrobacji” kontynuuje swój bieg.

Wskazania wodowskazu „Warszawa Bulwary” w okresie od 29 października do 5 listopada br. [źródło]

Oczywiście, nikt magicznie nie dolał wody do Rzeki. Okazuje się, że wraz z nadejściem nowego roku hydrologicznego (w Polsce – 1 listopada), IMiGW oraz Wody Polskie postanowiły dokonać korekty rzędnej wodowskazu. Dodatkowo, poza zmianą punktu odniesienia, skorygowano również próg ostrzegawczy i alarmowy. W zasadzie można było się tego (prędzej lub później) spodziewać, biorąc pod uwagę tegoroczne rekordowo niskie odczyty oraz związany z nimi medialny szum.

Ok, w Stolicy nastąpiła mini hydro-rewolucja, ale jakie ma to właściwie znaczenie? Choć Wisły nam nie przybyło, trzeba przyznać, że wspomniane działanie porządkuje jednak pomiary tak, by lepiej oddawały realia – zwłaszcza w okresie przewlekłej suszy. Dla ludzi Wisły to dobry moment, by odświeżyć dotychczasowe nawyki. Planując aktywności na wodzie warto zwracać uwagę na przepływ i komunikaty żeglugowe, które wydają się bardziej informatywne niż „goły” stan wody. Realna głębokość Rzeki nadal bowiem zależeć będzie od lokalnych warunków, nie zaś od punktowego wskazania wodowskazu. Dodatkowo, jeśli z jakiegoś powodu będziecie bawić się w porównywanie bieżących odczytów z tymi, które zarejestrowano w przeszłości, odtąd trzeba będzie pamiętać o konieczności dodawania / odejmowania tych feralnych stu centymetrów (w zależności od daty). W przeciwnym razie, wyjdą Wam przysłowiowe cuda na kiju 🙂

Tymczasem, do zobaczenia. Być może nad warszawską Wisłą, z nowym „zerem” wodowskazu w głowie, ale starym szacunkiem do Rzeki…

Wiślany VIP – minóg ukraiński

Nad Wisłą nie ma miejsca na nudę 🙂 Na początku września, w niewielkim, zamulonym bajorku, powstałym wskutek niżówki na Rzece natknęliśmy się na niedużego, wijącego się stwora. Po bliższych oględzinach (ja wypatrzyłem, Marcin schwytał) okazało się, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Była to larwa minoga, prawdopodobnie ukraińskiego (Eudontomyzon mariae).

Larwa minoga ukraińskiego znad Wisły (zdjęcia nieco rozmazane – trudno było bowiem dobrze „ustrzelić” tak ruchliwego modela ;))

Minogi to niezwykli mieszkańcy naszych wód. Pamiętają czasy, gdy świat zwierząt wyglądał zupełnie inaczej – należą bowiem do prastarej grupy bezżuchwowców. Co ciekawe, zwierzęta te (obecnie objęte ochroną gatunkową) przez większość życia funkcjonują właśnie w fazie larwalnej. Larwy – nazywane też ślepicami – mają trójkątny otwór gębowy i oczy ukryte pod skórą. W takiej postaci bytują w zakolach rzek i strumieni, bogatych w piaszczysto-muliste osady. Dopiero po kilku latach przechodzą przeobrażenie, podczas którego wykształcają typową tarczkę gębową oraz oczy.

Dorosły minóg ukraiński i zbliżenie na jego otwór gębowy [źródło].

Nasz młodociany koleżka miał szczęście, że byliśmy w pobliżu. Wysychająca sadzawka, w jakiej się znalazł, była wystawiona na słońce i zdecydowanie mało bezpieczna (jak to nad Wisłą – w okolicy zawsze znajdzie się jakaś łakoma czapla). Marcin na szybko zrobił kilka zdjęć, a potem pomogliśmy w ewakuacji i zwierzak bezpiecznie wrócił w rzeczne odmęty.

Dlaczego o tym wspominam? Spotkanie minoga nad Wisłą to trochę, jak wygrana w loterii. Jednocześnie jest to dowód na to, że mimo nieustannej presji człowieka, wciąż stanowi ona ostoję dla rzadkich gatunków zwierząt, uznawanych za wymagające i czułe na zmiany środowiskowe. Ciekawi mnie, ile ich tu jest. Mętna woda nie pomaga w obserwacjach, ale fajnie pomyśleć, że wiślana populacja minogów być może jest liczniejsza niż się powszechnie uważa…

PS. Obserwację zgłosiłem do Wydziału Monitoringu Środowiska przy Głównym Inspektoracie Ochrony Środowiska.

U zbiegu Wisły i Narwi (5 września)

Szybki wypad do Nowego Dworu Mazowieckiego, m. in. po to, by rzucić okiem na zabytkowy spichlerz modlińskiej Twierdzy (przykro patrzeć, jak ten monumentalny budynek z każdym rokiem popada w coraz większą ruinę). Na Wiśle wciąż utrzymuje się głęboka niżówka. Podobnie, jak na innych odcinkach jej środkowego biegu, również i tutaj na ostrogach regulacyjnych osiadło sporo starych gnatów. Poza jednym wyjątkiem nie były one jednak warte specjalnej uwagi. Tym razem to Marcin miał farta – wśród pokrytych iłem kamieni wyszperał mocno sponiewierany kawał mózgoczaszki jakiegoś kocura. Nie jestem zawodowcem, ale znalezisko „zapachniało” mi rysiem. Te średniej wielkości koty żyją u nas od plejstocenu, jednak dotąd nie słyszałem o nikim, kto wyłowiłby z Rzeki podobny rarytas…

Przy wodowskazie „Warszawa Bulwary” – w nawiązaniu do notatki z 20 sierpnia br.

W telegraficznym skrócie – nad ranem, 26 sierpnia, na stacji wodowskazowej IMiGW „Warszawa Bulwary” odnotowano historyczny wynik. Wskazania poziomu wody w Wiśle po raz pierwszy spadły tu do jednocyfrowej wartości. Poniżej kilka zdjęć z miejsca zdarzenia, które wykonałem dzisiaj, w drodze do pracy (na wyświetlaczu zaledwie 8 cm).

Niewiele później, rejestrowana wartość spadła jeszcze o centymetr, jednak i ten stan rzeczy nie utrzymał się długo. Około ósmej wieczorem wodowskaz zanotował kolejny rekord (6 cm).

Niestety – według prognoz meteorologicznych – przynajmniej do weekendu nie będzie większych opadów, co będzie sprzyjało dalszemu obniżaniu się poziomu Rzeki. Niewykluczone, że w perspektywie długoterminowej pojawi się konieczność zmiany lokalizacji lub korekcji „zera” punktu pomiarowego. Tymczasem, śledzimy sytuację – hydrologiczny thriller na Wiśle wciąż trwa…