Warszawskie „spandżboby” i kotewka

Znalazłem je po praskiej stronie Wisły, w rejonie Wybrzeża Helskiego i Łąk Golędzinowskich, tuż przy wylocie jednego z warszawskich kolektorów burzowych. Okoliczności nie były szczególnie szczęśliwe – Rzeka opadła, pozostawiając je ponad lustrem wody. Dla kogoś trwale związanego z podłożem na pewno nie jest to najlepszy scenariusz.

Na pierwszy rzut oka widok nie robił wrażenia. Ot, jakieś podeschnięte farfocle szaro-burego koloru, przytwierdzone do kamieni ostrogi regulacyjnej. Dopiero bliższa inspekcja ujawniła, że owe niepozorne twory są koloniami gąbek słodkowodnych (Spongillidae). Umówmy się – te prastare zwierzaki nie należą do stworzeń, które wywołują powszechną ekscytację. Ich życie, w dużej mierze, polega bowiem na trwaniu w miejscu, by przepuszczać przez ciało wodę i sycić się niesioną z jej prądem materią. Niemniej, informacja o obecności tych gagatków w warszawskiej Wiśle ma swoją wagę.

Znalezione przeze mnie kolonie gąbek słodkowodnych (szaro-bure) oraz kolonia sfotografowana w jeziorze w Nielbarku (zielona) [źródło].

Według obiegowej opinii stołeczny odcinek Rzeki wciąż uchodzi za brudny. O słodkowodnych gąbkach nadal wiemy relatywnie niewiele, ale na ogół kojarzy się je z dobrze natlenionymi i niezbyt silnie zanieczyszczonymi wodami.

Stereotyp brudnej Wisły nie wziął się oczywiście znikąd. Przez dziesięciolecia ścieki z dużej części lewobrzeżnej Warszawy trafiały do niej bez oczyszczania. Dopiero po rozbudowie oczyszczalni „Czajka” i uruchomieniu w latach 2012-2013 systemu przesyłowego, zaczęto kierować je na prawy brzeg, gdzie były oczyszczane. Dla Warszawy była to ogromna zmiana na lepsze. Niestety, w świadomości przeciętnego Kowalskiego znacznie mocniej zapisało się to, co wydarzyło się później.

W sierpniu 2019 roku rurociąg, którym transportowano syf, uległ poważnej awarii. W konsekwencji ogromne ilości zanieczyszczeń trafiły bezpośrednio do Wisły. Rok później sytuacja się powtórzyła. Wartki strumień rozwodnionego gówna, lejący się z młocińskiego kolektora (potocznie nazywanego berglem), pokazywały chyba wszystkie krajowe stacje telewizyjne. Przez długi czas był to jeden z najgorętszych tematów informacyjnych. Obraz ten bardzo zaszkodził wizerunkowi Wisły. W powszechnym odbiorze utrwalił się znacznie silniej niż wcześniejsze zakończenie wieloletniego, stałego zrzutu nieoczyszczonych ścieków, czy późniejsze inwestycje, których celem było ograniczenie ryzyka podobnych wypadków. Nie dziwi zatem, że u wielu osób hasło „warszawska Wisła” wciąż nie budzi skojarzeń z czystością.

Zdjęcie autorstwa Dariusza Borowicza, przedstawiające zrzut nieoczyszczonych ścieków do Wisły z młocińskiego kolektora w 2019 roku, zamieszczone na internetowym portalu Gazety Wyborczej [źródło].

Tymczasem, rzeczywistość nie do końca pasuje do tak uproszczonego obrazu. Gwoli ścisłości – nie zamierzam na podstawie dwóch kolonii gąbek twierdzić, że jakość wody w warszawskiej Wiśle jest idealna. Zdaję sobie sprawę z tego, że lista problemów Rzeki wciąż pozostaje długa; i nie chodzi tylko o to, że stołeczna kanalizacja przy większych deszczach wciąż bywa ogólnospławna. Nie chcę jednak udawać, że nie ma ono żadnego znaczenia. Skoro u podnóża jednej z budowli hydrotechnicznych żyły gąbki, to w tym konkretnym miejscu (przynajmniej przez pewien czas) musiały panować warunki, które pozwalały im przetrwać i mieściły się w granicach ich tolerancji. Kolonia nie pojawia się na kamieniu w jednej chwili. Musiała się tam utrzymać, rosnąć i filtrować wodę przez dłuższy czas – aż do chwili, gdy opadająca Wisła wyniosła jej kamienny dom ponad powierzchnię.

Co ciekawe, w tej samej okolicy można zobaczyć coś jeszcze. W niewielkiej, płytkiej zatoczce za wspomnianą powyżej ostrogą rośnie też kotewka orzech wodny (Trapa natans) – pływająca roślina o liściach tworzących charakterystyczne rozety i kolczastych, jadalnych owocach. Ten rzadki, chroniony gatunek przez lata kojarzony był przede wszystkim z nielicznymi stanowiskami w południowej Polsce. Jak widać, prawdopodobnie w związku ze zmianami klimatu, coraz śmielej pojawia się również poza dawnymi centrami występowania. O ile się orientuję, stanowiska w rejonie Golędzinowa nie przedstawiano dotąd publicznie. Przy tej okazji nie sposób jednak nie wspomnieć, że nie jest to pierwsza udokumentowana obserwacja kotewki w Warszawie. Łukasz Skomorucha – lekarz weterynarii, przyrodnik z zamiłowania oraz uważny i rzetelny obserwator świata natury (Łukasz, jeżeli to czytasz, pozdrawiam Cię!), stosunkowo niedawno opisał w „Przeglądzie Przyrodniczym” stanowisko tego gatunku w okolicach 512. kilometra Wisły [źródło]. Znajdowało się ono na południe od kolejowego mostu średnicowego, w zatoce między mostem a ostrogą regulacyjną.

Rycina przedstawiająca kotewkę (Trapa natans) z wydanej w XIX wieku książki pt. „Flora von Deutschland, Österreich und der Schweiz” Otto Wilhelma Thomé [źródło].

Fajne są tego rodzaju znaleziska. Nie tylko przypominają, że interesujące rzeczy dzieją się wokół nas, ale przede wszystkim płynie z nich odrobina nadziei. W sercu wielkiego miasta żyją słodkowodne gąbki i rośnie kotewka. To kolejny dowód na to, że Wisła – choć obciążona zanieczyszczeniami, zmęczona suszą i przekształcona przez człowieka – nadal jest w stanie tworzyć cenne przyrodniczo enklawy…

Boże Ciało

W ciągu miesiąca parokrotnie próbowałem dostać się na odsłonięty grzbiet tzw. rafy żoliborskiej – usłanego eratykami postrachu wodniaków, wizytówki warszawskiej Wisły w sąsiedztwie Golędzinowa (najpierw solo, potem z Marcinem). Cel był blisko, a jednocześnie poza zasięgiem. Kiedy brnie się po pierś w burej, rwącej wodzie, a śliskie kamulce wydają się wyjeżdżać spod stóp, nie warto zgrywać kozaka.

Nie dawało mi to jednak spokoju. Czwartego czerwca, w Boże Ciało, bladym świtem wróciłem na miejsce. Zanim miasto pogrążyło się w atmosferze modłów i śpiewu, desantowałem się pontonem na „rafę”.

Przechadzałem się wśród „narzutniaków”, wypatrując różności, które woda przyniosła i wypluła między nimi, pokrywając je szarawą patyną osadu. W przelewach, gdzie nurt nabierał prędkości, miejscami ciemniały grzbiety ryb, z płetwami nastroszonymi jak żagle. Duże brzany – krępe, silne, ustawione pod prąd głowami – napierały na wodę z uporem istot zrobionych z tej samej materii, co Rzeka. Bliżej lewego brzegu goście na łodziach smagali powietrze wędkami, bezowocnie posyłając do wody sztuczne przynęty. Poszczęściło mi się – stałem pośrodku Wisły, a świat wydawał się trwać w swoim zwykłym, niewzruszonym porządku.

Dwadzieścia dni później ktoś z brzegu wypatrzy na tych samych polodowcowych kamieniach zwłoki mężczyzny. W chwili, gdy dowiem się o tym, wrócę myślami do opisanego tutaj poranka. Żoliborska rafa straci niewinność celu, a Boże Ciało, przed którym dałem dyla nad Wisłę, wróci bez procesji i pieśni. W najprostszym znaczeniu słowa – jako ciało. Ciało, które woda niosła, trzymała, oddała…

Wiosenna niżówka i „mudlarking” po warszawsku (5 maja)

Na początku maja br. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej poinformował, że niemal trzy czwarte stacji hydrologicznych w Polsce znajduje się w strefie wody niskiej. Trudno jednak, aby było inaczej, skoro pierwsze miesiące roku przyniosły wyraźny deficyt opadów, a wiosenne deszcze – nawet jeśli występowały – miały raczej marginalne znaczenie.

Mapa ze strony Hydro IMGW-PIB, obrazująca sytuację hydrologiczną w zlewni Wisły od Wieprza do Narwi (stan na 9 maja br.). Strefa stanów niskich została zobrazowana czarnym kolorem.

Powyższy problem dotyczy również naszego podwórka (Warszawska Wisła). Wiem, o czym piszę, ponieważ we wtorek – 5 maja, zaliczyliśmy z Marcinem pierwsze w tym roku pełnoprawne brodzenie.

Wchodząc do wody, dowcipkowałem, że nieprzypadkowo mam na sobie T-shirt z wizerunkiem bizona. Śmiałem się, że ten gest pomoże mi zjednać sobie przychylność bytujących tu duchów turów, żubrów i krów. Nie wiedziałem jeszcze, że owo „zaklinanie” przyniesie namacalne efekty – podczas spaceru po odsłoniętym brzuchu Rzeki kilkakrotnie bowiem natknęliśmy się na fragmenty czaszek „rogacizny”.

Niska woda o tej porze roku to uzasadniony powód do niepokoju. Mimo to ciężko nie ulec pokusie, by choć na chwilę zapomnieć o troskach i po raz kolejny po prostu wejść w rolę rzecznego dziada, szperacza, włóczęgi…

Krótkie postscriptum do poprzedniej notatki (dendro-niespodzianka)

Pisząc poprzednią notatkę, nie chciałem rozbudowywać wątków pobocznych. Już po opublikowaniu tekstu uznałem jednak, że warto coś dopowiedzieć.

Podczas ubiegłorocznego wypadu do Trzęsacza nie trzymałem się ściśle planu. Wkrótce po rozstaniu z „Heksą”, idąc szosą w kierunku Bydgoszczy przez Strzelce Dolne – wieś znaną ze śliwkowych powideł – wypatrzyłem z daleka czuprynę innej sokory (rosła w pasie zadrzewień między polami). Gdy podszedłem bliżej, okazało się, że drzewo ma w „pasie” ponad osiem metrów (dokładnie 812 cm) i jedną z najbardziej imponujących koron, jakie dotychczas widziałem (zerknijcie proszę na fotografie, które załączam poniżej). Niestety, jego pień był uszkodzony i – podobnie, jak w przypadku wielu innych nadwiślańskich topoli – był naznaczony ogniem. Co ciekawe, na tę chwilę, sokory tej nie ma w żadnych rejestrach. Chciałbym powiedzieć to jasno – idąc ku temu drzewu, zupełnie nie spodziewałem się jego wielkości. Co więcej, już po powrocie do domu, sprawdzając, jak prezentuje się ono na zdjęciach satelitarnych, wciąż byłem zdziwiony. Bazując wyłącznie na nich, absolutnie nie zwróciłbym na nie uwagi.

Traktuję to jako lekcję na przyszłość. Coś mówi mi, że okolica może kryć jeszcze niejedną niespodziankę tego rodzaju. Trzeba będzie zatem jeszcze tu wrócić i dokładniej powęszyć 🙂

Wiślany VIP – minóg ukraiński

Nad Wisłą nie ma miejsca na nudę 🙂 Na początku września, w niewielkim, zamulonym bajorku, powstałym wskutek niżówki na Rzece natknęliśmy się na niedużego, wijącego się stwora. Po bliższych oględzinach (ja wypatrzyłem, Marcin schwytał) okazało się, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Była to larwa minoga, prawdopodobnie ukraińskiego (Eudontomyzon mariae).

Larwa minoga ukraińskiego znad Wisły (zdjęcia nieco rozmazane – trudno było bowiem dobrze „ustrzelić” tak ruchliwego modela ;))

Minogi to niezwykli mieszkańcy naszych wód. Pamiętają czasy, gdy świat zwierząt wyglądał zupełnie inaczej – należą bowiem do prastarej grupy bezżuchwowców. Co ciekawe, zwierzęta te (obecnie objęte ochroną gatunkową) przez większość życia funkcjonują właśnie w fazie larwalnej. Larwy – nazywane też ślepicami – mają trójkątny otwór gębowy i oczy ukryte pod skórą. W takiej postaci bytują w zakolach rzek i strumieni, bogatych w piaszczysto-muliste osady. Dopiero po kilku latach przechodzą przeobrażenie, podczas którego wykształcają typową tarczkę gębową oraz oczy.

Dorosły minóg ukraiński i zbliżenie na jego otwór gębowy [źródło].

Nasz młodociany koleżka miał szczęście, że byliśmy w pobliżu. Wysychająca sadzawka, w jakiej się znalazł, była wystawiona na słońce i zdecydowanie mało bezpieczna (jak to nad Wisłą – w okolicy zawsze znajdzie się jakaś łakoma czapla). Marcin na szybko zrobił kilka zdjęć, a potem pomogliśmy w ewakuacji i zwierzak bezpiecznie wrócił w rzeczne odmęty.

Dlaczego o tym wspominam? Spotkanie minoga nad Wisłą to trochę, jak wygrana w loterii. Jednocześnie jest to dowód na to, że mimo nieustannej presji człowieka, wciąż stanowi ona ostoję dla rzadkich gatunków zwierząt, uznawanych za wymagające i czułe na zmiany środowiskowe. Ciekawi mnie, ile ich tu jest. Mętna woda nie pomaga w obserwacjach, ale fajnie pomyśleć, że wiślana populacja minogów być może jest liczniejsza niż się powszechnie uważa…

PS. Obserwację zgłosiłem do Wydziału Monitoringu Środowiska przy Głównym Inspektoracie Ochrony Środowiska.

U zbiegu Wisły i Narwi (5 września)

Szybki wypad do Nowego Dworu Mazowieckiego, m. in. po to, by rzucić okiem na zabytkowy spichlerz modlińskiej Twierdzy (przykro patrzeć, jak ten monumentalny budynek z każdym rokiem popada w coraz większą ruinę). Na Wiśle wciąż utrzymuje się głęboka niżówka. Podobnie, jak na innych odcinkach jej środkowego biegu, również i tutaj na ostrogach regulacyjnych osiadło sporo starych gnatów. Poza jednym wyjątkiem nie były one jednak warte specjalnej uwagi. Tym razem to Marcin miał farta – wśród pokrytych iłem kamieni wyszperał mocno sponiewierany kawał mózgoczaszki jakiegoś kocura. Nie jestem zawodowcem, ale znalezisko „zapachniało” mi rysiem. Te średniej wielkości koty żyją u nas od plejstocenu, jednak dotąd nie słyszałem o nikim, kto wyłowiłby z Rzeki podobny rarytas…

Od rekordu do rekordu? – czyli krótko o niskim stanie wody w warszawskiej Wiśle

Pod koniec czerwca naskrobałem kilka słów o nieciekawej sytuacji hydrologicznej na „moim” odcinku warszawskiej Wisły [LINK]. Widząc, co się dzieje spekulowałem, że w tym roku może zostać pobity dotychczasowy rekord niskiego poziomu wody w Rzece. Niestety, niedługo potem okazało się, że wykrakałem.

Byłem tam w piątek 4 lipca z Marcinem, gdy niedaleko położony wodowskaz („Warszawa Bulwary„) notował nowy rekord (19 cm), a następnie solo w niedzielę 6 lipca, gdy powyższa wartość spadła do 13 cm. Docelowo, aktualne historyczne minimum zostało ustanowione dzień później, i wówczas wodowskaz pokazał zaledwie 11 cm (to tylko trochę więcej niż wysokość typowego ćwierćlitrowego kubka). Później, co prawda, było trochę intensywnych opadów, związanych z napłynięciem nad Polskę masywnego niżu znad Zatoki Genueńskiej, które spowodowały przybory, ale ogólny trend dotyczący ilości wody nie miał prawa radykalnie się odwrócić.

Stan wody rejestrowany na wiślanym wodowskazie „Warszawa Bulwary”, w okresie od 25 czerwca do 5 sierpnia br., z widocznym aktualnym rekordem (11 cm).

Garść zdjęć z koryta warszawskiej Wisły, dokumentujących sytuację w dniu 4 lipca br.

W chwili, gdy piszę te słowa, rzeczony wodowskaz ponownie notuje bardzo niski stan (zaledwie 14 cm) i patrząc na bieżące prognozy, niebawem możemy spodziewać się ustanowienia kolejnego rekordu (tym razem może to być zaledwie siedem centymetrów). Co istotne, poprzednie rekordy padały we wrześniu, nie zaś w pełni lata, gdy wody powinno być więcej.

Nie ma wątpliwości, że sytuacja jest zła, ponieważ mierzymy się ze skutkami zmian klimatycznych, a krajowa gospodarka wodna wciąż nie została dostosowana do współczesnych realiów. Słysząc jednak o kolejnych warszawskich rekordach nie należy (chwilowo) wyobrażać sobie niemal zupełnie suchej Wisły. Warto mieć na uwadze, że stan wody – jako taki – nie jest równy głębokości Rzeki. Liczba na wodowskazie to wysokość lustra wody względem umownego zera w określonym punkcie pomiarowym. Niski odczyt nie mówi więc, jak głęboka jest rynna nurtowa, ani ile wody rzeczywiście płynie korytem. W przypadku Wisły – z uwagi na jej dynamiczny charakter – głębokość w miejscu oddalonym kilka metrów od wodowskazu może znacząco się różnić. O tym, ile wody niesie rzeka informuje jej przepływ. Przy czym, czasem bywa tak, że dwa identyczne stany wody w różnych latach mogą odpowiadać różnym przepływom. Dodatkowo, gdy analizuje się sytuację na warszawskim odcinku Wisły, należy pamiętać, iż jest on specyficzny. Z powodu sztucznego zwężenia koryta (tzw. gorset warszawski) mamy tu do czynienia z szybkim nurtem, który ostro wypłukuje dno. Szacuje się, że w ciągu ostatnich stu lat obniżyło się ono o ponad dwa metry, a w ostatnim czasie proces ten podobno jeszcze przybrał na sile. Wspomnianą erozję z pewnością przyspiesza też to, że z koryta wciąż wydobywa się piasek.   

Niski stan Wisły niesie ze sobą szereg paskudnych skutków (nie tylko dla ludzi), jednak przy podobnych okazjach, media lubią skupiać się na znaleziskach. Nie inaczej jest tego lata. Tym razem pojawiła się informacja, że na wysokości Tarchomina, znaleziony został średniowieczny miecz, ozdobiony krzyżem maltańskim [LINK] (znalazcą był p. Andrzej Korpikiewicz). Krótko potem „wyszła” też osiemnastowieczna szabla [LINK]. Spekulowano ponadto, czy Wisła ujawni kolejne elementy architektury z ładunku zatopionego przez Szwedów w czasach Potopu (był wśród nich m. in. imponujący kamienny orzeł) [LINK], ale z tego, co mogłem zobaczyć na własne oczy, w tym sezonie królują raczej skorodowane emaliowane nocniki, miski i gary, a także denka butelek po winie tudzież skarpety wypełnione piaskiem…

Ciąg dalszy nadrzecznych migawek, „ustrzelonych” w Warszawie tegorocznego lata.

25 czerwca; wypatrując „janówki”

Początek kolejnego lata. Wziąłem dzień wolnego i sączę kawę pośrodku Wisły, nieopodal żerańskiej elektrociepłowni. Świętojańskie wianki osiadły wśród mułu i piasku, między polodowcowymi głazami. Trącając butem sfatygowane wiechcie, myślę o tym, że wciąż nie widać „janówki” – znaczącego wezbrania, które powinno mieć miejsce mniej więcej teraz. Media (na razie) nie wałkują tego tematu, ale wydaje mi się, że tego lata mogą zostać pobite kolejne niechlubne rekordy poziomu wody w Rzece. W zasadzie od wiosny borykamy się z suszą hydrologiczną. Aby coś się zmieniło, potrzeba więc naprawdę solidnych opadów. Tymczasem, jeżeli pada, to raczej punktowo i krótko, za sprawą konwekcji. Generalnie, coby nie mówić – wodne sprawy nie wyglądają najlepiej. Z drugiej strony są i tacy, których na pewno cieszy ta sytuacja. Dla bytujących nad Wisłą wron – oportunistów, łasych na mięso małży i śniętych ryb – niska woda to zawsze czas ucztowania…

Neolityczna pamiątka

Dzieje naszego gatunku splatały się z rzekami od zawsze. Przyczyną takiego stanu rzeczy było to, iż zapewniały dostęp do wody, pożywienia, czy żyznych gleb, a także stanowiły coś w rodzaju „autostrad”, które umożliwiały łatwe przemieszczanie się oraz transport zasobów. Osiedlanie się w ich pobliżu, często było więc nie tylko dobrowolnym wyborem, ale wręcz koniecznością, która decydowała o przetrwaniu. Nasza wspaniała Wisła – oczywiście – nie stanowi w tej kwestii wyjątku. Istnieje wiele materialnych dowodów, świadczących o tym, że ludzie bytowali w jej sąsiedztwie już w czasach prehistorycznych. Co ciekawe, przy odrobinie szczęścia, można zobaczyć je nie tylko w muzealnych gablotach.

W połowie sierpnia tego roku zafundowałem sobie odrobinę samotności i spływałem swoją Palavą do Płocka. Przy wschodnim krańcu wyspy u styku Wisły i Narwi (tuż przy granicy rezerwatu Kępy Kazuńskie) przypadkowo wypatrzyłem coś ciekawego. Był to dość duży, zbrązowiały kawałek poroża z podejrzanie regularnym otworem. O pomoc w identyfikacji „znajdy” poprosiłem Roberta Wyrostkiewicza, archeologa z Pogotowia Archeologicznego. Wiadomość nie pozostała bez odpowiedzi. Robert szybko potwierdził moje przypuszczenia – przedmiot, o który pytałem był pradziejowym zabytkiem.

Okazało się, że znalazłem motykę, wykonaną z poroża jelenia, której wiek mógł sięgać czasów neolitu. Okres ten, zwany potocznie także epoką kamienia gładzonego, na ziemiach polskich zaczął się mniej więcej 7500 lat temu i wiązał się z wielkim przełomem w życiu ówczesnych społeczności. Wówczas to, ludzie zaczęli porzucać koczowniczy tryb życia na rzecz stałego osadnictwa i stawali się rolnikami. Co do samego materiału, z którego wykonano artefakt, to w epoce kamienia poroże jeleni (ale też reniferów, ponieważ i one występowały wówczas na terenie dzisiejszej Polski) było powszechnie dostępnym, wytrzymałym i stosunkowo łatwym w obróbce surowcem. Wytwarzano z niego nie tylko narzędzia do spulchniania gleby, ale też (m. in.) młotki, siekiery, szydła, harpuny, czy groty włóczni.

Robert – oprócz konsultacji dotyczącej zabytku, pomógł też zgłosić fakt jego znalezienia służbom konserwatorskim. W efekcie, odwiedziłem Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków (WUOZ) w Warszawie, gdzie oddałem motykę oraz udzieliłem informacji na temat miejsca i okoliczności jej pozyskania. Co ciekawe, wzmianki o znalezisku trafiły też na łamy „Super Expressu” oraz portalu informacyjnego „TVN24„, a także przemknęły przez kilka różnych facebookowych profili. Dodatkowo, kilka tygodni po pierwszej wizycie we wspomnianej instytucji, zostałem zaproszony na spotkanie z Wojewódzkim Mazowieckim Konserwatorem Zabytków (WMKZ), czego zupełnie się nie spodziewałem. Finałem była przemiła rozmowa z p. Marcinem Dawidowiczem (WMKZ), p. Anną Grudzińską (Zastępca WMKZ) oraz p. Bogną Radzimińską (Kierownik Wydziału Archeologii WUOZ), po której otrzymałem pamiątkowy dyplom oraz dwie pięknie wydane książki. Nie ukrywam, że rozgłos nieco mnie speszył, ponieważ z natury jestem skromną osobą i nie przepadam za byciem w centrum uwagi. Niemniej jednak, cieszyłem się, że mogłem dotknąć okruchu odległej przeszłości, zabezpieczyć go i finalnie przekazać we właściwe ręce.

Wiślane odmęty bez wątpienia skrywają jeszcze niejedną pradziejową pamiątkę (przedmioty, które zalegają w jej osadach mają wszak odpowiednie warunki, by przetrwać tysiąclecia). Rzeka, co prawda, zazdrośnie strzeże swych skarbów, ale niekiedy bywa łaskawa i szczęśliwcom pozwala co nieco zobaczyć. Spędzając czas nad Wisłą, zawsze warto brać pod uwagę taką możliwość…

Niechlubny rekord na wodowskazie „Warszawa Bulwary” i smutne znalezisko

Pierwsza połowa września upłynęła pod znakiem suszy. W niedzielę, ósmego września, Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej poinformował, iż wodowskaz na wysokości warszawskich bulwarów pokazał rekordowo niski stan Wisły (zanotowano zaledwie 25 centymetrów). W kolejnych dniach, z uwagi na wysokie temperatury oraz brak przyzwoitych opadów było jeszcze gorzej. Poziom wody spadał aż do 20 centymetrów, co stanowi najniższy wynik zarejestrowany w tym punkcie w całej historii pomiarów.

Wskazania wodowskazu „Warszawa Bulwary” w okresie od 5 do 11 września br.; czarna linia oznacza dolną granicę stanów średnich.

W związku z tą sytuacją, nad Panią Polskich Rzek można było zaobserwować dużo więcej osób niż zwykle. Niektórzy, zwabieni doniesieniami medialnymi, chcieli po prostu popatrzeć, ale trafiali się również tacy, którzy aktywnie penetrowali brzegi, a także wchodzili do wody w poszukiwaniu reliktów przeszłości. Będąc nad Wisłą w tak szczególnym czasie, warto rozglądać się wokół także z innego powodu. Szóstego września, Daniel Dymiński – ojciec zaginionego Krzysztofa (https://dyminski.pl/), zaapelował poprzez Facebooka [LINK], aby spędzając czas nad wysychającą rzeką, zwracać uwagę na obiekty, które mogłyby pomóc rozwiązać niejedną rodzinną tragedię. Państwo Dymińscy niestrudzenie szukają swojego nastoletniego syna, którego ostatni raz widziano pod koniec maja ubiegłego roku, na Moście Gdańskim. Wydają się nie tracić nadziei, lecz biorą też pod uwagę najgorszy scenariusz. Nie jest wszak tajemnicą, iż wiele osób przepada w Wiśle bez śladu, pozostawiając swych bliskich w stanie żalu, tęsknoty i zawieszenia. Rzeka, choć sprawia wrażenie spokojnej, jest bezlitosna. Wiślany nurt stanowi wyzwanie nawet dla najbardziej doświadczonych pływaków, a nieregularne dno sprawia, iż płytka, mętna woda potrafi gwałtownie przechodzić w przepastną głębinę. Zagrożeń tych nie powinno się lekceważyć.

Oczywiście, ostatnio także bywałem nad Wisłą. W sobotę, siódmego września (dzień przed pierwszym tegorocznym, wspomnianym na wstępie rekordem) odwiedziliśmy z Marcinem jedną z moich zwyczajowych „miejscówek”. Tym razem towarzyszyli nam synowie, dla których była to niezwykle ekscytująca wyprawa. Dobre kilka godzin spędziliśmy wędrując po wiślanym korycie, wśród polodowcowych głazów i poczerniałych pni wielkich drzew. W Warszawie celebrowano „Święto Wisły„, dzięki czemu mogliśmy być świadkami przepłynięcia „Wioślarskiej Masy Krytycznej” (flotylla kajaków, SUP-ów i kanadyjek). Na szczycie jednej z niewielkich, zadrzewionych wysp widziałem gołego faceta. Niedaleko krążyło „kormoranado” – wielkie stado kormoranów, które niczym czarny wir kołowały nad Rzeką. Pod naszym czujnym okiem, chłopcy taplali się w namułach i piasku, zbierając muszle, skalne okruchy oraz ogryzione przez bobry patyki. Z zainteresowaniem studiowali też wszechobecną mozaikę zwierzęcych tropów. Kolejne pokolenie wiślanych błotołazów dokonywało swoich małych odkryć, ja natomiast niespodziewanie stanąłem w obliczu tematu, o którym pisał Daniel Dymiński. U podnóża jednej z kamiennych raf wypatrzyłem ludzką czaszkę. Niezwłocznie powiadomiliśmy komisariat policji rzecznej. Patrol, który przypłynął na miejsce, potwierdził zgłoszenie. Szczątki zostały zabezpieczone przez „dochodzeniówkę” i przewiezione do zakładu medycyny sądowej, a my – spełniwszy obywatelski obowiązek – mogliśmy wracać do domu…