Ku ujściu (5/5)

Mam dziwny sen, z którego wyrywa mnie nagły sygnał budzika. Po chwili, już na zewnątrz namiotu, próbując się rozgrzać wykonuję serię podskoków i walcząc z cieniem, raz po raz energicznie uderzam pięściami w powietrze. Jest chłodno, źdźbła trawy gną się od rosy, a nad rzeką ponownie unosi się mgła. Składam mokry namiot nie chcąc tracić czasu, po czym przenoszę kanadyjkę oraz resztę tobołów nad wodę. Okazuje się, że moje obawy dotyczące ryzyka nocnego wezbrania Wisły nie były bezpodstawne. A jakże! Opady deszczu na południu musiały być naprawdę obfite, ponieważ większa część tego, co jeszcze wczoraj było nabrzeżem, teraz znajduje się pod wodą. Bożena i Alicja śpią w samochodzie, a Sławka zastaję przy wędkach. Na mój widok, z dumą wyjmuje z wody ciężki sadz pełen krąpi i leszczy, wśród których wije się także sporawy sum. Mówię, że za moment wypływam, on zaś życzy mi powodzenia i dodaje, bym uważał na siebie. Wymieniamy męski uścisk ręki, po czym wracam do łodzi i zaczynam wiosłować przez mgłę.

Cisnę mniej więcej środkiem rzeki. O obecności brzegu świadczą jedynie terkotanie kołowrotków i stłumione strzępy słów. Widoczność jest fatalna, a wysoka woda niesie mnóstwo różnorakiego śmiecia. Wypatruję przeszkód, jednak wzrok może przedrzeć się przez białą zasłonę jedynie w ograniczonym zakresie. W pewnym momencie do moich uszu zaczyna docierać z wolna narastający szum. Początkowo nie kojarzę go z niebezpieczeństwem, jednak gdy uświadamiam sobie, że z mgły kilka metrów przede mną wyłania się metalowa boja, na którą nawinęło się wyrwane z korzeniami drzewo, ogarnia mnie strach. Natychmiast podejmuję desperacki wysiłek wyminięcia przeszkody, jednak silny prąd nieubłaganie pcha mnie na gałęzie sterczące w moją stronę jak widły. Na szczęście tworzywo, z którego wykonana jest kanadyjka okazuje się naprawdę pancerne i gałęzie, nie przebijając powłoki, z trzeszczącym hałasem ześlizgują się po boku łódki. Blady jak ściana dobijam do brzegu. Uspokajam się z wolna, jednak myśl o tej niespodziewanej lekcji pokory, jaką przed chwilą zafundowała mi Wisła sprawia, że wciąż oblewa mnie zimny pot.

Dwa kwadranse później, gdy widoczność staje się znośna, decyduję się wrócić na rzekę. Za Mostem Knybawskim wymijam gościa, który drzemiąc z puszką piwa w dłoni, bezwolnie dryfuje w maleńkim, ceratowym pontonie. Wołam „Cześć!”, na co facet leniwie otwiera jedno oko – tylko po to, by po chwili je zamknąć, wracając do błogiego kładzenia laski na wszystko. Gdy docieram w okolice przedmieść Tczewa, postanawiam zrobić kilkunastominutowy postój na podtopionej ostrodze przy prawym brzegu. Rzuciwszy wiosło na łódkę, bezrefleksyjnie przyglądam się zabudowie głównej części miasta, usadowionej kawałek dalej w dole rzeki. Wdech – wydech, cisza. Powietrze jest czyste i rześkie.

IMG_4175

 Krótki postój naprzeciw przedmieść Tczewa.

Po krótkiej przerwie, posiliwszy się solidną garścią orzechów, wracam do wiosłowania i szybko dopływam do tczewskich mostów. Pierwszy z nich – o kratkowej konstrukcji – ma przęsła zwieńczone neogotyckimi wieżami i z tego co wiem, z uwagi na kiepski stan techniczny, przez kilka ostatnich lat był wyłączony z użytkowania. Przez drugi (wybudowany później) wiedzie trasa do Gdańska, którą swego czasu przejechałem pociągiem niezliczoną ilość razy. Latem z okna wagonu na okolicznych błoniach widywałem pasące się krowy. Pamiętam, że na przedwiośniu, tuż po spłynięciu wody z roztopów bywało, że Wisła, rozlewając się bardzo szeroko, daleko wcinała się tutaj w teren przybrzeżnych łąk. Teraz, przepływając pod mostem kolejowym, macham ręką do dwóch zasuszonych jak mumie starców, którzy z jakiegoś, nieznanego mi bliżej powodu, rechoczą dziko nad zarzuconymi wędkami.

Gdy jestem za Tczewem, dopiero teraz dociera do mnie w pełni, że znajduję się na Żuławach. Region ten jest rozległą, depresyjną doliną deltową, mocno przekształconą przez wieki rolniczego użytkowania. Jest zielono i płasko, a w pewnym oddaleniu od Wisły – wzdłuż koryta rzeki – ciągną się wały przeciwpowodziowe. Wydaje się sielsko i bezpiecznie, jednak z uwagi na specyficzne warunki woda łatwo tu wzbiera. Opady deszczu i śniegu, roztopy, zatory lodowe, czy wreszcie „cofka” od morza, gdy spieniony Bałtyk wtłaczany siłą sztormowego wiatru brutalnie wdziera się w górę rzeki, wielokrotnie w historii tego miejsca były przyczyną katastrofalnych powodzi. Teraz, choć poziom wody w Wiśle jest względnie wysoki, wydaje się, że nie ma powodów do obaw. Płynę wespół z prądem, bez zbędnego pośpiechu taksując wzrokiem otoczenie. Nie ma piaszczystych łach, a brzegi rzeki obfitują w niewielkie zatoczki. Co jakiś czas widuję moje stare znajome – czajki, jednak tym razem są one zdecydowanie mniej liczne. Obserwuję pojedyncze sztuki lub stadka liczące do pięciu ptaków, lecące wzdłuż brzegu. Charakterystyczne łopatowate skrzydła i kontrastowo ubarwione upierzenie sprawiają, że trudno pomylić je z innymi ptakami. W pewnym momencie, płynąc nieopodal jednej z zatoczek, dosłownie wpadam na wydrę. Zaskoczone zwierzę daje błyskawicznego nura pod wodę. „I tyle ją widziałem…” – myślę zawiedziony, jednak już po chwili niewielki drapieżnik wystawia głowę nad lustro wody i z równym zaciekawieniem przyglądamy się sobie nawzajem. Już kiedyś miałem możliwość obserwowania wydry z bliska (baraszkowała w niewielkiej rzeczce nieopodal nadmorskiej miejscowości Stilo), jednak okoliczności sprawiają, że dzisiejsze spotkanie porusza mnie bardziej.

Po prawej stronie rzeki żyzna, zielona równina. Nieco wierzb, pośród których zdarzają się i takie, które ktoś ogłowił. Ogólny pokrój i srebrzysto-zielone liście sprawiają, że nieodparcie kojarzą mi się z drzewami oliwnymi. Lewy brzeg jest bardziej wzniesiony, co na ogół – gdy jest się na wodzie – dość mocno ogranicza widoczność. Nieopodal miejscowości Palczewo wzbudzam żywe zainteresowanie sporego stada krów. Zaintrygowane krasule na widok łodzi schodzą z pastwiska nad samą wodę, i zastygłszy w bezruchu, wlepiają we mnie swe ślepia. Chwilę później jakiś staruszek woła do mnie z brzegu: „PANIE! CO TO ZA ŁÓDKA!”, odkrzykuję: „PALAVA! DOBRA I CZESKA!”. Tam i ówdzie trzcinowiska, przy których na wodzie kołyszą się kawałki brudnego styropianu. Ktoś podczepił do nich kłusownicze sznury, prawdopodobnie zastawione na węgorza.

Jakieś sto pięćdziesiąt metrów przed przystanią nieopodal Suchego Dębu biorę szybką kąpiel. Woda jest przyjemnie ciepła, a na płyciźnie schroniły się dziesiątki maleńkich uklei. Po kilku minutach wychodzę na brzeg i w kucki przysiadam na piasku. Po sąsiedzku, pliszka siwa – kiwając w górę i w dół długim ogonem – wśród kęp wiotkiej trawy wypatruje owadów. Chwilę później, na powrót wskakuję w przepocone szmaty i myślę co dalej. Zanim zmierzę się z końcowym odcinkiem rzeki, postanawiam zadzwonić do Pawła z pytaniem, czy mógłby (gdy już wyląduję) przyjechać po mnie samochodem. Niestety, okazuje się, że z pewnych przyczyn, dzisiaj nie będzie mógł mnie odebrać. Nie ma lekko, ale nic to – dam przecież radę.

IMG_4176

 Żuławy. Postój przy jednej z niewielkich wiślanych zatoczek.

Na wysokości Cedrów Wielkich po raz kolejny podczas tej podróży natykam się na pogłębiarkę. Na nabrzeżu piętrzą się wielkie góry rzecznego piasku. Ostrożnie płynę wzdłuż masywnego, pordzewiałego rurociągu na pływakach, który jak pępowina łączy tę krypę z prawym brzegiem. Skądś przede mną dobiega tajemnicze, rytmiczne dudnienie. Gdy dopływam do mostu w Kiezmarku, okazuje się, że wciąż trwa budowa drugiej nitki drogi ekspresowej S7, a ten głuchy, powtarzający się dźwięk jest odgłosem pracy kafara. Ledwo mijam most, Wisła zaczyna dawać mi w kość. Warunki na spokojnej dotąd rzece zmieniają się diametralnie i mam wrażenie, że jestem uczestnikiem „rodeo”. Silne podmuchy wiatru i towarzyszące im zafalowanie sprawiają, że płynie mi się fatalnie. Muszę solidnie się namęczyć, by bez szwanku wyjść z konfrontacji z falami, które raz po raz napierają na łódkę. Jakby było mało, wiatr systematycznie spycha „dmuchańca” do tyłu i mimo ogromnego wysiłku, jaki wkładam w wiosłowanie, praktycznie nie posuwam się do przodu. Po dobrej godzinie frustrującej walki, postanawiam zakończyć spływanie. Płynąc zygzakiem wśród fal, udaje mi się dopłynąć do piaszczystego kawałka nabrzeża, tuż obok trzcinowiska na lewym brzegu. To dość zabawne – dwadzieścia minut później rzeka uspokaja się. Poprawa warunków jest na tyle duża, że mógłbym płynąć dalej, jednak nie mam już siły, ani ochoty. Spuszczam powietrze z łodzi, rozmontowuję deski i po starannym złożeniu, umieszczam całość w wodoszczelnym plecaku. Wylewam nadmiar wody pitnej i – po spakowaniu pozostałych rzeczy – przedzieram się przez trzciny i wierzbowe zarośla, by ostatecznie znaleźć się na wale, grzbietem którego biegnie polna droga. Rozedrgane powietrze jest ciężkie jak ołów. Idę, krok za krokiem, w blisko czterdziestostopniowym upale, a pot leje się ze mnie wiadrami.

IMG_4177

Między mostem w Kiezmarku, a śluzą w Przegalinie.

W pewnym momencie natykam się na dostawczego mercedesa, przy którym jakiś starszy gość bez koszuli, z wielkim piwnym brzuchem, rzucając pod nosem srogie kalumnie mocuje się ze starym składakiem „Wigry”. Udaje mi się namówić go, aby podrzucił mnie do najbliższej „asfaltówki”. Zanim to jednak nastąpi, facet ma do załatwienia jakąś niecierpiącą zwłoki sprawę. Wsiada na rower i znika na dobre trzy kwadranse, w trakcie których bezproduktywnie wyleguję się w trawie. Gdy mój dobroczyńca wraca rzucając pod nosem zlepkiem soczystych „kurew” i „chujów”, ładujemy rower i mój skromny dobytek do „merca”. Jedziemy wolno po okolicznych wertepach i gość opowiada mi jakąś skomplikowaną historię dotyczącą tego, jak wywalczył emeryturę, a później coś o „przeklętych prawnikach”. Żegnamy się tuż obok przystani w Szewcach Gdańskich. Brzuchacz odjeżdża, a ja po chwili namysłu – obserwując przejeżdżające samochody – postanawiam łapać okazję do Gdańska. Rzucam plecaki przy jezdni i opieram się o wiosło. Burza wisi w powietrzu, a z nieba wciąż leje się żar…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: