Rzeka płynie w dół
nikt nie nazywa tego
brakiem ambicji

Rzeka płynie w dół
nikt nie nazywa tego
brakiem ambicji

Na początku maja br. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej poinformował, że niemal trzy czwarte stacji hydrologicznych w Polsce znajduje się w strefie wody niskiej. Trudno jednak, aby było inaczej, skoro pierwsze miesiące roku przyniosły wyraźny deficyt opadów, a wiosenne deszcze – nawet jeśli występowały – miały raczej marginalne znaczenie.

Mapa ze strony Hydro IMGW-PIB, obrazująca sytuację hydrologiczną w zlewni Wisły od Wieprza do Narwi (stan na 9 maja br.). Strefa stanów niskich została zobrazowana czarnym kolorem.
Powyższy problem dotyczy również naszego podwórka (Warszawska Wisła). Wiem, o czym piszę, ponieważ we wtorek – 5 maja, zaliczyliśmy z Marcinem pierwsze w tym roku pełnoprawne brodzenie.
Wchodząc do wody, dowcipkowałem, że nieprzypadkowo mam na sobie T-shirt z wizerunkiem bizona. Śmiałem się, że ten gest pomoże mi zjednać sobie przychylność bytujących tu duchów turów, żubrów i krów. Nie wiedziałem jeszcze, że owo „zaklinanie” przyniesie namacalne efekty – podczas spaceru po odsłoniętym brzuchu Rzeki kilkakrotnie bowiem natknęliśmy się na fragmenty czaszek „rogacizny”.
Niska woda o tej porze roku to uzasadniony powód do niepokoju. Mimo to ciężko nie ulec pokusie, by choć na chwilę zapomnieć o troskach i po raz kolejny po prostu wejść w rolę rzecznego dziada, szperacza, włóczęgi…




















Szybki wypad do Nowego Dworu Mazowieckiego, m. in. po to, by rzucić okiem na zabytkowy spichlerz modlińskiej Twierdzy (przykro patrzeć, jak ten monumentalny budynek z każdym rokiem popada w coraz większą ruinę). Na Wiśle wciąż utrzymuje się głęboka niżówka. Podobnie, jak na innych odcinkach jej środkowego biegu, również i tutaj na ostrogach regulacyjnych osiadło sporo starych gnatów. Poza jednym wyjątkiem nie były one jednak warte specjalnej uwagi. Tym razem to Marcin miał farta – wśród pokrytych iłem kamieni wyszperał mocno sponiewierany kawał mózgoczaszki jakiegoś kocura. Nie jestem zawodowcem, ale znalezisko „zapachniało” mi rysiem. Te średniej wielkości koty żyją u nas od plejstocenu, jednak dotąd nie słyszałem o nikim, kto wyłowiłby z Rzeki podobny rarytas…









Pod koniec czerwca naskrobałem kilka słów o nieciekawej sytuacji hydrologicznej na „moim” odcinku warszawskiej Wisły [LINK]. Widząc, co się dzieje spekulowałem, że w tym roku może zostać pobity dotychczasowy rekord niskiego poziomu wody w Rzece. Niestety, niedługo potem okazało się, że wykrakałem.
Byłem tam w piątek 4 lipca z Marcinem, gdy niedaleko położony wodowskaz („Warszawa Bulwary„) notował nowy rekord (19 cm), a następnie solo w niedzielę 6 lipca, gdy powyższa wartość spadła do 13 cm. Docelowo, aktualne historyczne minimum zostało ustanowione dzień później, i wówczas wodowskaz pokazał zaledwie 11 cm (to tylko trochę więcej niż wysokość typowego ćwierćlitrowego kubka). Później, co prawda, było trochę intensywnych opadów, związanych z napłynięciem nad Polskę masywnego niżu znad Zatoki Genueńskiej, które spowodowały przybory, ale ogólny trend dotyczący ilości wody nie miał prawa radykalnie się odwrócić.

Stan wody rejestrowany na wiślanym wodowskazie „Warszawa Bulwary”, w okresie od 25 czerwca do 5 sierpnia br., z widocznym aktualnym rekordem (11 cm).














Garść zdjęć z koryta warszawskiej Wisły, dokumentujących sytuację w dniu 4 lipca br.
W chwili, gdy piszę te słowa, rzeczony wodowskaz ponownie notuje bardzo niski stan (zaledwie 14 cm) i patrząc na bieżące prognozy, niebawem możemy spodziewać się ustanowienia kolejnego rekordu (tym razem może to być zaledwie siedem centymetrów). Co istotne, poprzednie rekordy padały we wrześniu, nie zaś w pełni lata, gdy wody powinno być więcej.
Nie ma wątpliwości, że sytuacja jest zła, ponieważ mierzymy się ze skutkami zmian klimatycznych, a krajowa gospodarka wodna wciąż nie została dostosowana do współczesnych realiów. Słysząc jednak o kolejnych warszawskich rekordach nie należy (chwilowo) wyobrażać sobie niemal zupełnie suchej Wisły. Warto mieć na uwadze, że stan wody – jako taki – nie jest równy głębokości Rzeki. Liczba na wodowskazie to wysokość lustra wody względem umownego zera w określonym punkcie pomiarowym. Niski odczyt nie mówi więc, jak głęboka jest rynna nurtowa, ani ile wody rzeczywiście płynie korytem. W przypadku Wisły – z uwagi na jej dynamiczny charakter – głębokość w miejscu oddalonym kilka metrów od wodowskazu może znacząco się różnić. O tym, ile wody niesie rzeka informuje jej przepływ. Przy czym, czasem bywa tak, że dwa identyczne stany wody w różnych latach mogą odpowiadać różnym przepływom. Dodatkowo, gdy analizuje się sytuację na warszawskim odcinku Wisły, należy pamiętać, iż jest on specyficzny. Z powodu sztucznego zwężenia koryta (tzw. gorset warszawski) mamy tu do czynienia z szybkim nurtem, który ostro wypłukuje dno. Szacuje się, że w ciągu ostatnich stu lat obniżyło się ono o ponad dwa metry, a w ostatnim czasie proces ten podobno jeszcze przybrał na sile. Wspomnianą erozję z pewnością przyspiesza też to, że z koryta wciąż wydobywa się piasek.
Niski stan Wisły niesie ze sobą szereg paskudnych skutków (nie tylko dla ludzi), jednak przy podobnych okazjach, media lubią skupiać się na znaleziskach. Nie inaczej jest tego lata. Tym razem pojawiła się informacja, że na wysokości Tarchomina, znaleziony został średniowieczny miecz, ozdobiony krzyżem maltańskim [LINK] (znalazcą był p. Andrzej Korpikiewicz). Krótko potem „wyszła” też osiemnastowieczna szabla [LINK]. Spekulowano ponadto, czy Wisła ujawni kolejne elementy architektury z ładunku zatopionego przez Szwedów w czasach Potopu (był wśród nich m. in. imponujący kamienny orzeł) [LINK], ale z tego, co mogłem zobaczyć na własne oczy, w tym sezonie królują raczej skorodowane emaliowane nocniki, miski i gary, a także denka butelek po winie tudzież skarpety wypełnione piaskiem…














Ciąg dalszy nadrzecznych migawek, „ustrzelonych” w Warszawie tegorocznego lata.
Tym razem na Wiśle byliśmy we trzech – ja, Sławek i mój sześcioletni Artur. Tego dnia niespiesznie przewiosłowaliśmy około dwadzieścia kilometrów. Jeden z „dmuchańców” miał nieszczelny zawór i w międzyczasie trzeba go było dwa razy dopompowywać. Utopiłem ponadto ulubiony kapelusz, a młody – przez nieuwagę – puścił z nurtem swoją plastikową łopatę (popłynęła w dal niczym okręt zwiadowczy). Mieliśmy też niespodziewaną atrakcję: przelot samolotów wojskowych, biorących udział w generalnej próbie Parady Lotniczej, zaplanowanej na 15 sierpnia.
Poza tym – pełen luz. W nocy, przyświecał nam księżyc w pełni (początkowo czerwonawy, niczym żar z wierzbowych gałęzi, spalanych w ognisku). Siedząc przy ogniu rozmawialiśmy o Lemie i Ursuli Le Guin. Tymczasem, Artur czekał na spadającą gwiazdę, gotów wypowiedzieć życzenie. Przed snem – uzbrojeni w latarki – tropiliśmy wymyki szarawe i obcążnice nadbrzeżne. Nad Rzeką było zaskakująco cicho. Rano mieliśmy płynąć dalej, ale okazało się, że w nocy młodociany piroman wypalił dziurę w Palavie iskrą z krzesiwa. Życie jest przewrotne, ale to nic. Również w tym można znaleźć bowiem jakiś sens…
















PS. W razie, gdyby kogoś to interesowało, NITRILONU® nie da się naprędce załatać nadtopionym kawałkiem butelki PET, ani poliuretanową pianką przysmażaną zapalniczką 😉
Niewielka ilość opadów coraz wyraźniej odbija się na poziomie wody w naszych rzekach. Podobno, niemal połowa wodowskazów notuje niski stan, a prognozy nie zapowiadają nagłej poprawy. Z Wisłą też kiepsko – wiem to z autopsji.
Wczoraj brodziłem trochę w Rzece, żeby przetestować nowe wodery. Warunki nie zachęcały do wchodzenia do wody (nagły atak zimy), lecz brak komfortu z naddatkiem rekompensowały niezwykłe widoki. Okazało się bowiem, że tu i ówdzie pojawiły się interesujące formy lodu brzegowego. Polodowcowe głazy, zalegające w nurcie przy wyspach naprzeciw żerańskiej elektrociepłowni były przyozdobione osobliwie wyglądającymi lodowymi taflami. Owe zawieszone ponad lustrem wody formacje były malowniczo pofałdowane, o krawędziach pełnych zamrożonych zacieków. W rezultacie, wiele kamulców przypominało ogromne małże albo morskie ślimaki. Niektóre zlodzenia kojarzyły mi się też z postrzępionymi płetwami ryb lub mackami ośmiornic. Nie wiem, czy macie podobnie, ale ja uwielbiam zjawiska lodowe. Niestety, z powodu pogłębiającego się ocieplenia klimatu, na Wiśle coraz rzadziej i krócej można je obserwować…

















Jesień. Robi się ponuro i chłodno, a moje myśli niczym kruki, kołują wokół „Marzanny„. W tym roku bywałem w Grudziądzu wyjątkowo rzadko, stąd też nie miałem okazji jej zbyt często widywać. Szczęśliwie, od czasu do czasu, mogę pozwolić sobie na luksus spojrzenia na nią cudzymi oczami.
Nocą, szesnastego października, obejrzałem fotografie i niesamowity film, wykonane przy użyciu drona przez „ARTIDRON Photography”.
Wspomniane materiały pozwalają zobaczyć – niejako z orlej perspektywy – fenomenalny nadrzeczny krajobraz Basenu Grudziądzkiego, ale przede wszystkim stanowią cenny materiał dokumentujący postępujące zamieranie naszej wyjątkowej sokory. Staruszka wciąż stoi na straży wiślanego brzegu, ale nie da się ukryć, że jej sylwetka zmieniła się od czasu, kiedy byłem pod nią ostatnio. Tegoroczne wichury oraz gwałtowne burze przetaczające się przez okolicę dały jej się mocno we znaki. Z rozczapierzonej, pierwotnie dość nisko osadzonej korony ostał się tylko jeden przewodni konar (najgrubszy i najbardziej pionowy). Pozostałe – aktualnie wyłamane – leżą u podstawy drzewa, opierając się o jego masywną bryłę korzeniową. W okrytym szarawą korą pniu zieje przepastna, próchniejąca wyrwa, której dno – pełne wilgotnego murszu, zaczynają porastać ziołorośla.





Po obejrzeniu filmu, długo nie mogłem zasnąć. Wpadłem w krąg myśli o przemijaniu. Samolubnie pragnąłbym, żeby topola, którą znam od dzieciństwa trwała jak najdłużej, ale wiem, że czas i natura są nieubłagane. Obserwując, jak jej stan się sukcesywnie pogarsza, czuję smutek, podobny do tego, który towarzyszy byciu świadkiem starzenia się bliskiej osoby. Patrzenie na utratę sił i postępujące zniedołężnienie jest przygnębiające, ale jednocześnie odczuwa się ciche uznanie dla przeszłości i ciepło wspomnień.
„Marzanna” zdaje się z godnością przyjmować swój los. Rozciągnięty w czasie proces jej umierania nie jest spektakularny. Przeciwnie – wydaje się, jakby świadomie wybrała, by odchodzić niespiesznie. W zgodzie z rytmem natury powoli tworzy przestrzeń dla nowego życia. Tracąc kolejne gałęzie i konary, niejako rozbiera się do snu. Rozmywa się w krajobrazie, który przez lata zdobiła, łagodnie osuwając się w ciszę. W jej uroczystym przemijaniu, sękatych, zniszczonych konarach i sponiewieranej sylwetce jest coś poruszającego. To mądrość czasu. Myślę, że można poczuć ją stając w jej cieniu, wsłuchując się w szum Wisły grającej na kamieniach u jej stóp i chrapliwe głosy wędrujących gęsi.
Odchodzenie sędziwej topoli jest dla mnie lekcją. W naturze nie ma wstydu w starości, ani rozpaczy w śmierci. Jest za to miejsce na godność i akceptację przemijania. Gdy grudziądzka sokora o wyjątkowym pokroju wreszcie upadnie, nie przepadnie bez śladu. Powróci do kręgu życia, dając szansę na życie innym istotom. Oglądanie jej na ostatniej prostej istnienia przypomina mi o cyklach natury – o odwiecznym rytmie narodzin i odchodzenia. W umieraniu drzewa jest bowiem coś więcej niż tylko smutny finał. Można dostrzec w nim także piękno – przypomnienie o nieustannym procesie odnowy…
Pierwsza połowa września upłynęła pod znakiem suszy. W niedzielę, ósmego września, Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej poinformował, iż wodowskaz na wysokości warszawskich bulwarów pokazał rekordowo niski stan Wisły (zanotowano zaledwie 25 centymetrów). W kolejnych dniach, z uwagi na wysokie temperatury oraz brak przyzwoitych opadów było jeszcze gorzej. Poziom wody spadał aż do 20 centymetrów, co stanowi najniższy wynik zarejestrowany w tym punkcie w całej historii pomiarów.

Wskazania wodowskazu „Warszawa Bulwary” w okresie od 5 do 11 września br.; czarna linia oznacza dolną granicę stanów średnich.
W związku z tą sytuacją, nad Panią Polskich Rzek można było zaobserwować dużo więcej osób niż zwykle. Niektórzy, zwabieni doniesieniami medialnymi, chcieli po prostu popatrzeć, ale trafiali się również tacy, którzy aktywnie penetrowali brzegi, a także wchodzili do wody w poszukiwaniu reliktów przeszłości. Będąc nad Wisłą w tak szczególnym czasie, warto rozglądać się wokół także z innego powodu. Szóstego września, Daniel Dymiński – ojciec zaginionego Krzysztofa (https://dyminski.pl/), zaapelował poprzez Facebooka [LINK], aby spędzając czas nad wysychającą rzeką, zwracać uwagę na obiekty, które mogłyby pomóc rozwiązać niejedną rodzinną tragedię. Państwo Dymińscy niestrudzenie szukają swojego nastoletniego syna, którego ostatni raz widziano pod koniec maja ubiegłego roku, na Moście Gdańskim. Wydają się nie tracić nadziei, lecz biorą też pod uwagę najgorszy scenariusz. Nie jest wszak tajemnicą, iż wiele osób przepada w Wiśle bez śladu, pozostawiając swych bliskich w stanie żalu, tęsknoty i zawieszenia. Rzeka, choć sprawia wrażenie spokojnej, jest bezlitosna. Wiślany nurt stanowi wyzwanie nawet dla najbardziej doświadczonych pływaków, a nieregularne dno sprawia, iż płytka, mętna woda potrafi gwałtownie przechodzić w przepastną głębinę. Zagrożeń tych nie powinno się lekceważyć.
Oczywiście, ostatnio także bywałem nad Wisłą. W sobotę, siódmego września (dzień przed pierwszym tegorocznym, wspomnianym na wstępie rekordem) odwiedziliśmy z Marcinem jedną z moich zwyczajowych „miejscówek”. Tym razem towarzyszyli nam synowie, dla których była to niezwykle ekscytująca wyprawa. Dobre kilka godzin spędziliśmy wędrując po wiślanym korycie, wśród polodowcowych głazów i poczerniałych pni wielkich drzew. W Warszawie celebrowano „Święto Wisły„, dzięki czemu mogliśmy być świadkami przepłynięcia „Wioślarskiej Masy Krytycznej” (flotylla kajaków, SUP-ów i kanadyjek). Na szczycie jednej z niewielkich, zadrzewionych wysp widziałem gołego faceta. Niedaleko krążyło „kormoranado” – wielkie stado kormoranów, które niczym czarny wir kołowały nad Rzeką. Pod naszym czujnym okiem, chłopcy taplali się w namułach i piasku, zbierając muszle, skalne okruchy oraz ogryzione przez bobry patyki. Z zainteresowaniem studiowali też wszechobecną mozaikę zwierzęcych tropów. Kolejne pokolenie wiślanych błotołazów dokonywało swoich małych odkryć, ja natomiast niespodziewanie stanąłem w obliczu tematu, o którym pisał Daniel Dymiński. U podnóża jednej z kamiennych raf wypatrzyłem ludzką czaszkę. Niezwłocznie powiadomiliśmy komisariat policji rzecznej. Patrol, który przypłynął na miejsce, potwierdził zgłoszenie. Szczątki zostały zabezpieczone przez „dochodzeniówkę” i przewiezione do zakładu medycyny sądowej, a my – spełniwszy obywatelski obowiązek – mogliśmy wracać do domu…





















Najwyższy czas na pozytywne wieści.
Dwudziestego siódmego marca bieżącego roku, na sesji Rady Miejskiej Grudziądza, jednogłośnie przegłosowano uchwałę w sprawie ustanowienia na terenie miasta kilku pomników przyrody (LINK). To wydarzenie ma dla mnie wymiar osobisty, ponieważ taki status otrzymała również monumentalna topola czarna, rosnąca w nadwiślańskim lesie przy Cytadeli, o co zabiegałem od lata ubiegłego roku. Do grona miejscowych drzew pomnikowych, weszła ona razem z kilkoma dębami (piszę o tym z poślizgiem, ponieważ czekałem na uprawomocnienie się uchwały i oficjalne pismo w tej sprawie). Nasza sokora odtąd posiada imię „Horpyna” i formalnie znajduje się pod prawną ochroną, co – przynajmniej w teorii – powinno zapewnić jej niezakłócone trwanie. Oczywiście, bądźmy szczerzy – nad Wisłą bywa z tym różnie. Ochrona ochroną, ale zawsze może znaleźć się dureń, który nie bacząc na nic, będzie chciał zniszczyć drzewo, a szukanie sprawcy ewentualnej dewastacji na pewno nie będzie priorytetem organów ścigania. Dzisiaj skupmy się jednak na pozytywach. Warto wspomnieć, że imienniczka rosłej, sienkiewiczowskiej wiedźmy z powieści „Ogniem i mieczem„, jest nie tylko najgrubszym drzewem Grudziądza, ale też najgrubszym przedstawicielem rodzaju Populus w Polsce (niemal dziesięć metrów w „pasie” to nie byle co 🙂 ).

Fragment urzędowego pisma, którym zostałem poinformowany o podjęciu uchwały w sprawie ustanowienia pomnika przyrody na terenie Grudziądza.
Jestem typem naprawiacza i lubię popychać sprawy do przodu, ale dowiezienie tej konkretnej inicjatywy do pomyślnego finału nie byłoby możliwe bez poparcia, zaangażowania, czy dobrej woli innych osób. Podziękowania należą się przede wszystkim członkom Sekcji Drzew Pomnikowych Polskiego Towarzystwa Dendrologicznego – Piotrowi Gachowi, Ernestowi Rudnickiemu, Markowi Maciantowiczowi oraz Krzysztofowi Borkowskiemu (ustanowienie „Horpyny” pomnikiem jest naszym zespołowym sukcesem). Dziękuję również p. Sławomirowi Kosmali ze Stowarzyszenia „Rawelin„, który jako pierwszy udzielił mi informacji na temat formalnego statusu terenu, na którym rośnie drzewo, a także Dorocie Kotkiewicz – mojej koleżance z czasów szkolnych, pracującej w jednej z jednostek wojskowych, stacjonujących na terenie grudziądzkiej Cytadeli, z którą odbyłem kilka rozmów telefonicznych zanim przystąpiłem do szukania topoli na miejscu. Oczywiście, niewiele dałoby się osiągnąć bez przychylności lokalnych decydentów – Prezydenta Macieja Glamowskiego, Radnych poprzedniej kadencji, jak również p. Mai Banasik (Dyrektor Wydziału) oraz p. Agnieszki Schulz z Wydziału Środowiska grudziądzkiego magistratu.

„Horpyna” sportretowana z powietrza (źródło – baza danych Geoportalu Krajowego [LINK]). Aktualnie, na skutek złamania się jednego z przewodników nie ma już około 40% korony widocznej na zdjęciu (zaznaczyłem ją przerywaną linią).
To, że olbrzymia sokora, rosnąca nieopodal wiślanego brzegu przy grudziądzkiej Cytadeli znalazła się w panteonie pomnikowych topoli nie jest rzeczą oczywistą. W naszym kraju nieczęsto zabiega się bowiem o drzewa należące do tego rodzaju. Wielu z nas myśląc o nich, nadal bazuje na stereotypach („drzewa chwasty” itp.), nie podejmując wysiłku, by poznać fakty. Topole czarne (Populus nigra L.) to polskie drzewa rodzime, które stanowią ważny element przyrodniczej mozaiki dolin naszych rzek nizinnych. Są nie tylko piękne i bywają naprawdę ogromne, ale pełnią też szereg ważnych funkcji w swoim środowisku (m. in. znacząco wzbogacają różnorodność biologiczną, efektywnie magazynują dwutlenek węgla, stanowią element naturalnej ochrony przeciwpowodziowej, czy ograniczają erozję). Niestety, ich przyszłość rysuje się niezbyt ciekawie. Nie sprzyja im nieustanna presja człowieka na przyrodę, ale też brak regularnych wylewów Wisły, które stwarzałyby dogodne warunki do kiełkowania nasion, co pozwoliłoby im na efektywne naturalne odnowienia. Niestety, żyjemy w „ciekawych” czasach i coraz częściej stajemy w obliczu skutków globalnych zmian klimatycznych. Nie wierzę, że zatrzymamy katastrofę, ale to nie powód, by nie angażować się w działania związane z ochroną przyrody – także tej nadwiślańskiej. Dla mnie jej uosobieniem są między innymi potężne, nadrzeczne topole i mam dalej zamiar działać na ich rzecz. „Horpyna” niewątpliwie jest wybitną przedstawicielką swojej rodziny. Cechują ją naprawdę imponujące rozmiary i należy do najstarszych polskich sokor (początki jej istnienia mogą sięgać nawet XVIII wieku). Mimo swoich lat, wciąż jeszcze się trzyma, ale prędzej lub później obumrze i finalnie wróci do naturalnego obiegu pierwiastków. Zanim to nastąpi, jest jeszcze coś, co na pewno warto by dla niej zrobić. Myślę, że dobrze byłoby zwrócić na nią uwagę komuś ze świata nauki, kto byłby zainteresowany włączeniem jej materiału genetycznego do archiwum klonów najcenniejszych krajowych topoli (o ile takie istnieje), celem zachowania jej dla przyszłych pokoleń. Co ciekawe, drzewa należące do tego gatunku stosunkowo łatwo można rozmnożyć – wystarczy w odpowiednim czasie odciąć fragment gałęzi i posadzić go w gruncie.
Tymczasem, dwa dni po tym, jak olbrzymkę z miasta ułanów uhonorowano pomnikowym statusem, pojechałem ją odwiedzić. Tym razem nie byłem sam – na krótką wizytę u topolowej prababki zabrałem Marcina. Idąc ku niej pochyłym tarasem biegnącym wzdłuż zbocza Kępy Fortecznej, byliśmy świadkami przelotu grupy ponad dwudziestu kruków. Gdy dotarliśmy na miejsce, grał werbel dzięcioła, a promienie wschodzącego słońca muskały wciąż bezlistną koronę „Horpyny„, podkreślając czerwonawy kolor kwiatostanów zdobiących najwyższe gałęzie. Brak liści i nieporównywalnie lepsza niż ostatnio widoczność sylwetki drzewa pozwoliły mi na wykonanie dokładniejszego pomiaru jego wysokości (36,7 m; średnia wartość z kilku pomiarów). W koronie można było dostrzec pojedyncze pęczki jemioły (grupa klonów, będących jej sąsiadami jest nią bardzo mocno porażona) i trochę suchodrzewu. Na murszejącej korze mocarnego pnia wypatrzyłem zgrupowanie niemrawych mrówek oraz kilka zaspanych pająków. Podstawę drzewa zdobiła natomiast kępka kwitnących fiołków, a niedaleko rosło trochę owocników kustrzębki pęcherzykowatej. Po fragmentach rozkładających się konarów, licznie rozesłanych na żyznej ziemi, harcowały myszy. Nie spiesząc się nigdzie, piliśmy gorącą kawę. Pomiędzy gęstwą okolicznych drzew i krzewów wciąż było widać pięknie rozlaną Wisłę, zza której co jakiś czas dobiegały fanfary żurawi. Czuć było jednak, że nad Polskę cały czas napływa nienaturalnie ciepłe, jak na porę roku powietrze oraz, że już za moment, „zieleń” – gwałtownym zrywem – przesłoni i zdominuje cały tutejszy świat…





















Fotorelacja z naszej ostatniej wizyty u już pomnikowej „Horpyny” (29 marca bieżącego roku; na pniu jeszcze nie było urzędowej tabliczki).
Zdarza się, że rodzinne plażowanie nad Wisłą prowadzi do wejścia w posiadanie niebanalnej rzeźby. Tak było m. in. jakieś dwa i pół roku temu, kiedy znalazłem cudacznie wyglądającą pozostałość jakiegoś zatopionego drzewka. Gdy wróciliśmy do domu, Artur odłamał jeden z korzeni i tak – praktycznie zerowym nakładem sił – powstało coś w rodzaju astro-dinozaura (kreatura ma nawet dziurę w zadku 🙂 ). Na poniższych zdjęciach możecie zobaczyć, jak to dzieło Rzeki i Artura prezentuje się dzisiaj. „Driftwood” z Wisły? Lubię to!






