Mały foto-suplement do poprzedniej notatki (10 sierpnia)

Szybki wypad do domu (przed podróżą do Lublina, a potem do Wielkopolski), żeby udokumentować wiślane „locus delicti”. Jak już zapewne wiecie, Rzeka u nas w ostatnich dniach dwukrotnie pobiła rekord niskiego poziomu. Poniżej możecie na własne oczy zobaczyć, jak bardzo odsłonięte jest jej koryto mniej więcej na wysokości żerańskiej elektrociepłowni.

Gdy paradowałem po okolicy, pobliski wodowskaz pokazywał najpierw 103, a ostatecznie 102 cm. Na płyciznach – żaby i duże stada małych rybek. Czaple, mewy i rybitwy będą miały używanie…

Widokówka z wakacji pachnąca przetrawionym śledziem; wodowskaz „Warszawa-Bulwary” z historycznym minimum (6 sierpnia)

Pozdrowienia z Wyspy Sobieszewskiej.

Poniżej zdjęcie kolonii fok szarych z okolic ujścia Wisły. Patrząc na nie można odnieść wrażenie, że – podobnie, jak rybacy łojący wódę na ławeczce przy kontenerze na przystani w Świbnie – wiodą swoje małe „haj lajf”. Myślę, że nie do końca tak jest, ale fantastycznie, że na polskim wybrzeżu są takie miejsca, jak rezerwat „Mewia Łacha„, które foki traktują jak bezpieczną ostoję.

My poza Warszawą, tymczasem płyną stamtąd raczej niewesołe wieści.

W dniu dzisiejszym wodowskaz „Warszawa-Bulwary” zanotował na Wiśle zaledwie 103 cm. Po uwzględnieniu zmiany rzędnej zera, wprowadzonej 1 listopada 2025 roku, odpowiada to 3 cm w poprzedniej skali – czyli centymetr mniej niż poprzedni rekord, ustanowiony we wrześniu ubiegłego roku. Oczywiście, warto nadmienić, że nie oznacza to, iż Rzeka w Warszawie ma trzy centymetry głębokości; zarejestrowana wartość jest wysokością lustra wody względem umownego punktu odniesienia (w konkretnym punkcie pomiarowym).

A zatem mamy nowe absolutne minimum w historii pomiarów na tej stacji, ale niechlubny rekord nie wziął się znikąd. Wpisuje się on – niestety – w efekty nawracającej od wielu lat suszy hydrologicznej, będącej jednym z coraz wyraźniejszych skutków kryzysu klimatycznego. Mając na uwadze powyższe, nie zakładałbym, że wysychająca Wisła powiedziała w tym roku ostatnie słowo…

Wykres obrazujący stan wody w Wiśle zarejestrowany przez stację wodowskazową „Warszawa-Bulwary” w dniach 4-6 sierpnia br., na którym widać nowe historyczne minimum (103 cm), granicę stanów dolnych oraz prognozę na trzy nadchodzące dni.

26 lipca; brodząc w warszawskiej Wiśle (generalnie susza)

Piu-piu! Sieweczka rzeczna przysiadła na szczycie jednego z polodowcowych kamieni. Chwilę wcześniej, gdy obserwowałem ją w biegu, pomyślałem, że przypomina nakręcaną zabawkę.

Gdy taplam się w mule, jest piekielnie gorąco. Znaleziony kawał końskiej czachy jako żywo przypomina ceremonialne maski rodem z Indonezji. Nic, tylko wyrzezać w kości odpowiednie ryty, doczepić rzemienie, założyć ją na głowę i odprawiać szamańskie rytuały.

Przydałby się deszcz – dużo deszczu – bo przelotne ulewy nie mają większego wpływu na hydrologiczne realia. Wysychająca Wisła łaknie wody. Sytuacja jest rozwojowa, jednak gdy patrzę na długoterminowe prognozy, trudno nie wieszczyć, że tegoroczny poziom wody w okolicy niechybnie pobije dotychczasowy rekord „niskości”…

Warszawskie „spandżboby” i kotewka

Znalazłem je po praskiej stronie Wisły, w rejonie Wybrzeża Helskiego i Łąk Golędzinowskich, tuż przy wylocie jednego z warszawskich kolektorów burzowych. Okoliczności nie były szczególnie szczęśliwe – Rzeka opadła, pozostawiając je ponad lustrem wody. Dla kogoś trwale związanego z podłożem na pewno nie jest to najlepszy scenariusz.

Na pierwszy rzut oka widok nie robił wrażenia. Ot, jakieś podeschnięte farfocle szaro-burego koloru, przytwierdzone do kamieni ostrogi regulacyjnej. Dopiero bliższa inspekcja ujawniła, że owe niepozorne twory są koloniami gąbek słodkowodnych (Spongillidae). Umówmy się – te prastare zwierzaki nie należą do stworzeń, które wywołują powszechną ekscytację. Ich życie, w dużej mierze, polega bowiem na trwaniu w miejscu, by przepuszczać przez ciało wodę i sycić się niesioną z jej prądem materią. Niemniej, informacja o obecności tych gagatków w warszawskiej Wiśle ma swoją wagę.

Znalezione przeze mnie kolonie gąbek słodkowodnych (szaro-bure) oraz kolonia sfotografowana w jeziorze w Nielbarku (zielona) [źródło].

Według obiegowej opinii stołeczny odcinek Rzeki wciąż uchodzi za brudny. O słodkowodnych gąbkach nadal wiemy relatywnie niewiele, ale na ogół kojarzy się je z dobrze natlenionymi i niezbyt silnie zanieczyszczonymi wodami.

Stereotyp brudnej Wisły nie wziął się oczywiście znikąd. Przez dziesięciolecia ścieki z dużej części lewobrzeżnej Warszawy trafiały do niej bez oczyszczania. Dopiero po rozbudowie oczyszczalni „Czajka” i uruchomieniu w latach 2012-2013 systemu przesyłowego, zaczęto kierować je na prawy brzeg, gdzie były oczyszczane. Dla Warszawy była to ogromna zmiana na lepsze. Niestety, w świadomości przeciętnego Kowalskiego znacznie mocniej zapisało się to, co wydarzyło się później.

W sierpniu 2019 roku rurociąg, którym transportowano syf, uległ poważnej awarii. W konsekwencji ogromne ilości zanieczyszczeń trafiły bezpośrednio do Wisły. Rok później sytuacja się powtórzyła. Wartki strumień rozwodnionego gówna, lejący się z młocińskiego kolektora (potocznie nazywanego berglem), pokazywały chyba wszystkie krajowe stacje telewizyjne. Przez długi czas był to jeden z najgorętszych tematów informacyjnych. Obraz ten bardzo zaszkodził wizerunkowi Wisły. W powszechnym odbiorze utrwalił się znacznie silniej niż wcześniejsze zakończenie wieloletniego, stałego zrzutu nieoczyszczonych ścieków, czy późniejsze inwestycje, których celem było ograniczenie ryzyka podobnych wypadków. Nie dziwi zatem, że u wielu osób hasło „warszawska Wisła” wciąż nie budzi skojarzeń z czystością.

Zdjęcie autorstwa Dariusza Borowicza, przedstawiające zrzut nieoczyszczonych ścieków do Wisły z młocińskiego kolektora w 2019 roku, zamieszczone na internetowym portalu Gazety Wyborczej [źródło].

Tymczasem, rzeczywistość nie do końca pasuje do tak uproszczonego obrazu. Gwoli ścisłości – nie zamierzam na podstawie dwóch kolonii gąbek twierdzić, że jakość wody w warszawskiej Wiśle jest idealna. Zdaję sobie sprawę z tego, że lista problemów Rzeki wciąż pozostaje długa; i nie chodzi tylko o to, że stołeczna kanalizacja przy większych deszczach wciąż bywa ogólnospławna. Nie chcę jednak udawać, że nie ma ono żadnego znaczenia. Skoro u podnóża jednej z budowli hydrotechnicznych żyły gąbki, to w tym konkretnym miejscu (przynajmniej przez pewien czas) musiały panować warunki, które pozwalały im przetrwać i mieściły się w granicach ich tolerancji. Kolonia nie pojawia się na kamieniu w jednej chwili. Musiała się tam utrzymać, rosnąć i filtrować wodę przez dłuższy czas – aż do chwili, gdy opadająca Wisła wyniosła jej kamienny dom ponad powierzchnię.

Co ciekawe, w tej samej okolicy można zobaczyć coś jeszcze. W niewielkiej, płytkiej zatoczce za wspomnianą powyżej ostrogą rośnie też kotewka orzech wodny (Trapa natans) – pływająca roślina o liściach tworzących charakterystyczne rozety i kolczastych, jadalnych owocach. Ten rzadki, chroniony gatunek przez lata kojarzony był przede wszystkim z nielicznymi stanowiskami w południowej Polsce. Jak widać, prawdopodobnie w związku ze zmianami klimatu, coraz śmielej pojawia się również poza dawnymi centrami występowania. O ile się orientuję, stanowiska w rejonie Golędzinowa nie przedstawiano dotąd publicznie. Przy tej okazji nie sposób jednak nie wspomnieć, że nie jest to pierwsza udokumentowana obserwacja kotewki w Warszawie. Łukasz Skomorucha – lekarz weterynarii, przyrodnik z zamiłowania oraz uważny i rzetelny obserwator świata natury (Łukasz, jeżeli to czytasz, pozdrawiam Cię!), stosunkowo niedawno opisał w „Przeglądzie Przyrodniczym” stanowisko tego gatunku w okolicach 512. kilometra Wisły [źródło]. Znajdowało się ono na południe od kolejowego mostu średnicowego, w zatoce między mostem a ostrogą regulacyjną.

Rycina przedstawiająca kotewkę (Trapa natans) z wydanej w XIX wieku książki pt. „Flora von Deutschland, Österreich und der Schweiz” Otto Wilhelma Thomé [źródło].

Fajne są tego rodzaju znaleziska. Nie tylko przypominają, że interesujące rzeczy dzieją się wokół nas, ale przede wszystkim płynie z nich odrobina nadziei. W sercu wielkiego miasta żyją słodkowodne gąbki i rośnie kotewka. To kolejny dowód na to, że Wisła – choć obciążona zanieczyszczeniami, zmęczona suszą i przekształcona przez człowieka – nadal jest w stanie tworzyć cenne przyrodniczo enklawy…

Wiślany VIP – minóg ukraiński

Nad Wisłą nie ma miejsca na nudę 🙂 Na początku września, w niewielkim, zamulonym bajorku, powstałym wskutek niżówki na Rzece natknęliśmy się na niedużego, wijącego się stwora. Po bliższych oględzinach (ja wypatrzyłem, Marcin schwytał) okazało się, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Była to larwa minoga, prawdopodobnie ukraińskiego (Eudontomyzon mariae).

Larwa minoga ukraińskiego znad Wisły (zdjęcia nieco rozmazane – trudno było bowiem dobrze „ustrzelić” tak ruchliwego modela ;))

Minogi to niezwykli mieszkańcy naszych wód. Pamiętają czasy, gdy świat zwierząt wyglądał zupełnie inaczej – należą bowiem do prastarej grupy bezżuchwowców. Co ciekawe, zwierzęta te (obecnie objęte ochroną gatunkową) przez większość życia funkcjonują właśnie w fazie larwalnej. Larwy – nazywane też ślepicami – mają trójkątny otwór gębowy i oczy ukryte pod skórą. W takiej postaci bytują w zakolach rzek i strumieni, bogatych w piaszczysto-muliste osady. Dopiero po kilku latach przechodzą przeobrażenie, podczas którego wykształcają typową tarczkę gębową oraz oczy.

Dorosły minóg ukraiński i zbliżenie na jego otwór gębowy [źródło].

Nasz młodociany koleżka miał szczęście, że byliśmy w pobliżu. Wysychająca sadzawka, w jakiej się znalazł, była wystawiona na słońce i zdecydowanie mało bezpieczna (jak to nad Wisłą – w okolicy zawsze znajdzie się jakaś łakoma czapla). Marcin na szybko zrobił kilka zdjęć, a potem pomogliśmy w ewakuacji i zwierzak bezpiecznie wrócił w rzeczne odmęty.

Dlaczego o tym wspominam? Spotkanie minoga nad Wisłą to trochę, jak wygrana w loterii. Jednocześnie jest to dowód na to, że mimo nieustannej presji człowieka, wciąż stanowi ona ostoję dla rzadkich gatunków zwierząt, uznawanych za wymagające i czułe na zmiany środowiskowe. Ciekawi mnie, ile ich tu jest. Mętna woda nie pomaga w obserwacjach, ale fajnie pomyśleć, że wiślana populacja minogów być może jest liczniejsza niż się powszechnie uważa…

PS. Obserwację zgłosiłem do Wydziału Monitoringu Środowiska przy Głównym Inspektoracie Ochrony Środowiska.

U zbiegu Wisły i Narwi (5 września)

Szybki wypad do Nowego Dworu Mazowieckiego, m. in. po to, by rzucić okiem na zabytkowy spichlerz modlińskiej Twierdzy (przykro patrzeć, jak ten monumentalny budynek z każdym rokiem popada w coraz większą ruinę). Na Wiśle wciąż utrzymuje się głęboka niżówka. Podobnie, jak na innych odcinkach jej środkowego biegu, również i tutaj na ostrogach regulacyjnych osiadło sporo starych gnatów. Poza jednym wyjątkiem nie były one jednak warte specjalnej uwagi. Tym razem to Marcin miał farta – wśród pokrytych iłem kamieni wyszperał mocno sponiewierany kawał mózgoczaszki jakiegoś kocura. Nie jestem zawodowcem, ale znalezisko „zapachniało” mi rysiem. Te średniej wielkości koty żyją u nas od plejstocenu, jednak dotąd nie słyszałem o nikim, kto wyłowiłby z Rzeki podobny rarytas…

Przy wodowskazie „Warszawa Bulwary” – w nawiązaniu do notatki z 20 sierpnia br.

W telegraficznym skrócie – nad ranem, 26 sierpnia, na stacji wodowskazowej IMiGW „Warszawa Bulwary” odnotowano historyczny wynik. Wskazania poziomu wody w Wiśle po raz pierwszy spadły tu do jednocyfrowej wartości. Poniżej kilka zdjęć z miejsca zdarzenia, które wykonałem dzisiaj, w drodze do pracy (na wyświetlaczu zaledwie 8 cm).

Niewiele później, rejestrowana wartość spadła jeszcze o centymetr, jednak i ten stan rzeczy nie utrzymał się długo. Około ósmej wieczorem wodowskaz zanotował kolejny rekord (6 cm).

Niestety – według prognoz meteorologicznych – przynajmniej do weekendu nie będzie większych opadów, co będzie sprzyjało dalszemu obniżaniu się poziomu Rzeki. Niewykluczone, że w perspektywie długoterminowej pojawi się konieczność zmiany lokalizacji lub korekcji „zera” punktu pomiarowego. Tymczasem, śledzimy sytuację – hydrologiczny thriller na Wiśle wciąż trwa…

Od rekordu do rekordu? – czyli krótko o niskim stanie wody w warszawskiej Wiśle

Pod koniec czerwca naskrobałem kilka słów o nieciekawej sytuacji hydrologicznej na „moim” odcinku warszawskiej Wisły [LINK]. Widząc, co się dzieje spekulowałem, że w tym roku może zostać pobity dotychczasowy rekord niskiego poziomu wody w Rzece. Niestety, niedługo potem okazało się, że wykrakałem.

Byłem tam w piątek 4 lipca z Marcinem, gdy niedaleko położony wodowskaz („Warszawa Bulwary„) notował nowy rekord (19 cm), a następnie solo w niedzielę 6 lipca, gdy powyższa wartość spadła do 13 cm. Docelowo, aktualne historyczne minimum zostało ustanowione dzień później, i wówczas wodowskaz pokazał zaledwie 11 cm (to tylko trochę więcej niż wysokość typowego ćwierćlitrowego kubka). Później, co prawda, było trochę intensywnych opadów, związanych z napłynięciem nad Polskę masywnego niżu znad Zatoki Genueńskiej, które spowodowały przybory, ale ogólny trend dotyczący ilości wody nie miał prawa radykalnie się odwrócić.

Stan wody rejestrowany na wiślanym wodowskazie „Warszawa Bulwary”, w okresie od 25 czerwca do 5 sierpnia br., z widocznym aktualnym rekordem (11 cm).

Garść zdjęć z koryta warszawskiej Wisły, dokumentujących sytuację w dniu 4 lipca br.

W chwili, gdy piszę te słowa, rzeczony wodowskaz ponownie notuje bardzo niski stan (zaledwie 14 cm) i patrząc na bieżące prognozy, niebawem możemy spodziewać się ustanowienia kolejnego rekordu (tym razem może to być zaledwie siedem centymetrów). Co istotne, poprzednie rekordy padały we wrześniu, nie zaś w pełni lata, gdy wody powinno być więcej.

Nie ma wątpliwości, że sytuacja jest zła, ponieważ mierzymy się ze skutkami zmian klimatycznych, a krajowa gospodarka wodna wciąż nie została dostosowana do współczesnych realiów. Słysząc jednak o kolejnych warszawskich rekordach nie należy (chwilowo) wyobrażać sobie niemal zupełnie suchej Wisły. Warto mieć na uwadze, że stan wody – jako taki – nie jest równy głębokości Rzeki. Liczba na wodowskazie to wysokość lustra wody względem umownego zera w określonym punkcie pomiarowym. Niski odczyt nie mówi więc, jak głęboka jest rynna nurtowa, ani ile wody rzeczywiście płynie korytem. W przypadku Wisły – z uwagi na jej dynamiczny charakter – głębokość w miejscu oddalonym kilka metrów od wodowskazu może znacząco się różnić. O tym, ile wody niesie rzeka informuje jej przepływ. Przy czym, czasem bywa tak, że dwa identyczne stany wody w różnych latach mogą odpowiadać różnym przepływom. Dodatkowo, gdy analizuje się sytuację na warszawskim odcinku Wisły, należy pamiętać, iż jest on specyficzny. Z powodu sztucznego zwężenia koryta (tzw. gorset warszawski) mamy tu do czynienia z szybkim nurtem, który ostro wypłukuje dno. Szacuje się, że w ciągu ostatnich stu lat obniżyło się ono o ponad dwa metry, a w ostatnim czasie proces ten podobno jeszcze przybrał na sile. Wspomnianą erozję z pewnością przyspiesza też to, że z koryta wciąż wydobywa się piasek.   

Niski stan Wisły niesie ze sobą szereg paskudnych skutków (nie tylko dla ludzi), jednak przy podobnych okazjach, media lubią skupiać się na znaleziskach. Nie inaczej jest tego lata. Tym razem pojawiła się informacja, że na wysokości Tarchomina, znaleziony został średniowieczny miecz, ozdobiony krzyżem maltańskim [LINK] (znalazcą był p. Andrzej Korpikiewicz). Krótko potem „wyszła” też osiemnastowieczna szabla [LINK]. Spekulowano ponadto, czy Wisła ujawni kolejne elementy architektury z ładunku zatopionego przez Szwedów w czasach Potopu (był wśród nich m. in. imponujący kamienny orzeł) [LINK], ale z tego, co mogłem zobaczyć na własne oczy, w tym sezonie królują raczej skorodowane emaliowane nocniki, miski i gary, a także denka butelek po winie tudzież skarpety wypełnione piaskiem…

Ciąg dalszy nadrzecznych migawek, „ustrzelonych” w Warszawie tegorocznego lata.

15-18 sierpnia; Grudziądz

Kilka wizyt nad Wisłą i wałęsanie się z aparatem po zalesionym zboczu Kępy Strzemięcińskiej (bywając przekąską dla bandy wyjątkowo zajadłych komarów). Na zdjęciu „Marzanna” i ja (jako cień) w świetle zachodzącego słońca. Jak widać, staruszka wciąż stoi. Tego lata miały miejsce ekstremalne zjawiska pogodowe i nie ukrywam, że nie będąc w Grudziądzu od maja, martwiłem się o nią. Widząc ją żywą cieszę się, ale wciąż nie do końca potrafię pogodzić się z tym, że jej obecność w krajobrazie, mimo wszystko, coraz bardziej zaciera się.

Jeśli chodzi o około-wiślane tematy, to ten wyjazd zapamiętam również dlatego, że mogliśmy podziwiać flotyllę tradycyjnych łodzi, które zawitały do Grudziądza z okazji „Festiwalu Wisły”. Był wśród nich warszawski byk „Olęder„, którym – razem z Arturem – miałem przyjemność płynąć ubiegłego lata. Teraz młody dostał małpiego rozumu na widok barachła ze straganów z zabawkami i nic poza tym nie miało dla niego znaczenia. Na szczęście, nasz Darek (mający dopiero dwadzieścia miesięcy) – przeciwnie – obserwował wszystko z godną podziwu uwagą…

Noc spadających gwiazd (12/13 sierpnia)

Od jakiegoś czasu po głowie chodziła mi noc z 12 na 13 sierpnia. Namówiłem Marcina, by choć na kilka godzin wyskoczyć z dzieciakami za miasto. W Łomnej, nad brzegiem Wisły, rozłożyliśmy się z karimatami i kocem, aby oglądać coroczne maksimum roju Perseidów. W teorii można zobaczyć nawet sto meteorów w godzinę… w praktyce – księżyc świecił jak reflektor, więc naliczyliśmy ledwie kilka. Artur, wierny tradycji, szeptał życzenia. Najbardziej oryginalne? „Żeby zmienić się w pingwina„. Rankiem okazało się, że magia nie zadziałała. Uf! Już się bałem, że będziemy musieli zainwestować w kostkarkę do lodu i hodowlę karasi 😉

W załączeniu – rysunek pingwina, wykonany przez zainteresowanego.