wciąż wraca do mnie myśl, że wczoraj pożegnaliśmy Karola. Dobrego człowieka, charyzmatycznego nauczyciela, naukowca pełną gębą. Był gościem, który z właściwym sobie luzem – w rytmie perkusji – szedł własną drogą. Nie pamiętam, kiedy spotkałem się z „Carlosem” po raz ostatni, ale z pewnością trudno będzie mi przywyknąć do tego, że odtąd będziemy mówić o nim w czasie przeszłym. Niestety, przegrał walkę z paskudnym „raczyskiem”. W każdym razie lubiłem i szanowałem go.
Wracając z Gdyni, postanowiłem zahaczyć o Grudziądz. Stęskniłem się za widokiem „Marzanny” i chciałem sprawdzić, co się z nią dzieje. Byłem na miejscu i mogę potwierdzić – drzewo mojego dzieciństwa wciąż żyje, a w plątaninie jego korzeni nadal można wypatrzyć osobliwe kształty – znajome, choć zapewne nie dla każdego tak samo czytelne. Ilekroć wracam widzę, że mojej topoli nieustannie ubywa. Tak było też wczoraj. Wielki, wyłamany konar, który przez kilka ostatnich lat opierał się o podstawę jej pnia, teraz leżał na ziemi – rozpieprzony na kilka murszejących fragmentów. Gdy Wisła przybierze, zapewne zabierze je i poniesie dalej, być może ostatecznie grzebiąc gdzieś w swych odmętach.
Wszystko wokół rozpływa się, wiruje, przeistacza. Mimo to chciałbym wierzyć, że nasz stary, nieidealny, ale mimo wszystko znajomy świat, jeszcze przez jakiś czas wciąż będzie trwał…
