Zjednoczeni wokół drzew – garść wrażeń dotyczących tegorocznej inauguracji „Święta Drzewa” Klubu Gaja

Świat schodzi na psy i my jako jednostki niewiele możemy z tym zrobić. Nieustannie przybywa powodów do niepokoju, a społeczeństwo – miast się jednoczyć – ulega coraz mocniejszej polaryzacji. Także i u nas coraz trudniej ze sobą rozmawiać bez ustalania przynależności, do któregoś z walczących ze sobą obozów. W takich warunkach łatwo stracić z oczu sprawy, które mogą nas łączyć i ludzi, którzy mimo różnic potrafią się porozumieć. „Klecę” ten wpis, ponieważ o czymś takim chciałbym dzisiaj pokrótce Wam opowiedzieć.

We wtorek, 13 października, wziąłem dzień urlopu i pojechałem do Służewskiego Domu Kultury, by wziąć udział w inauguracji „Święta Drzewa” Klubu Gaja. Tegoroczna edycja odbywa się pod hasłem „Odporni klimatycznie”, kierując uwagę na rolę drzew w łagodzeniu negatywnych skutków zmian klimatu, których coraz częściej doświadczamy. Ta kontynuowana od ponad dwudziestu lat inicjatywa ma jasny cel – angażuje szkoły, organizacje społeczne, samorządy, firmy i osoby prywatne w akcje sadzenia drzew oraz różnorodne działania związane z ich ochroną. Uczestnicy akcji tradycyjnie spotykają się na corocznej inauguracji Święta. Wówczas wspólnie sadzi się drzewo (w tym roku była to czeremcha zwyczajna, Prunus padus L.), wymienia doświadczenia oraz celebruje dotychczasowe sukcesy. Ważną częścią uroczystości jest gala konkursów Klubu Gaja, w tym „Drzewa Roku” – ogólnopolskiego plebiscytu akcentującego przede wszystkim przyrodniczą i kulturową wartość drzew.

Jeżeli chodzi o mój udział w tym wszystkim, to nie chcę koncentrować się zbytnio na sobie. Dopełniając obrazu wydarzeń napiszę jednak, że zaproszenie zawdzięczam „Marzannie„ – niesamowitej nadwiślańskiej sokorze z mojego rodzinnego miasta, która była jedną z finalistek wspomnianego konkursu. To dzięki niej mogłem poznać ludzi, o których działalności dotychczas tylko słyszałem.

Plakat promujący tegoroczne „Święto Drzewa” Klubu Gaja [źródło] oraz pamiątkowy dyplom, który otrzymałem w związku ze zgłoszeniem do plebiscytu „Drzewo Roku” mojej topoli.

Nie ukrywam, że oprócz zobaczenia na własne oczy, kto stoi za na niektórymi biorącymi udział w plebiscycie drzewami, ucieszyła mnie możliwość spotkania się z zespołem Klubu Gaja, w tym Jackiem Bożkiem – współzałożycielem i prezesem tego stowarzyszenia. „Gaja” jest jedną z najstarszych i najbardziej znanych krajowych organizacji ekologicznych. Działa nieprzerwanie od 1988 roku, zajmując się przede wszystkim szeroko pojętą ochroną przyrody oraz prawami zwierząt. Z racji moich sympatii oraz osobistych doświadczeń, szczególnie bliska jest mi jej praca na rzecz rzek. Nie każdy ma tego świadomość, a warto to podkreślić – prowadzona od 1994 roku kampania „Teraz Wisła„, która przyczyniła się do odstąpienia przez nasz rząd na początku lat dwutysięcznych od ówczesnych planów budowy tzw. „Kaskady Dolnej Wisły” była zainicjowana właśnie przez Klub Gaja. Był to ważny krok w obronie Rzeki przed kolejnymi zaporami, dzięki czemu wciąż zachowuje ona w dużej mierze naturalny charakter. Wieloletnie, rzetelne i prowadzone na wielu frontach działania wymagają konsekwencji. Mając to na uwadze, tym bardziej ujmuje mnie energia, z jaką Jacek nadal „popycha” kolejne osoby do aktywności.

Gaja Gają, ale pośród gości przybyłych na Służew, szczególnie mocno zapadły mi w pamięć osoby ze Stowarzyszenia Integracji Osób Niepełnosprawnych SION w Bartoszycach. To za ich sprawą do plebiscytu „Drzewo Roku” trafił 120-letni dąb „Bartosz”. Drzewo to, nazywane opiekunem ich miasta, jest dla nich swoistym symbolem dobroci i bezpieczeństwa. Podobno przychodzą do niego z życzeniami i są przekonani, że przynajmniej niektóre z nich spełniają się. Gdy stali na scenie, a wcześniej pozowali do zdjęć z aktorami, będącymi ambasadorami Święta (Dagmara Bąk, Bartek Topa), z autentycznym wzruszeniem patrzyłem na ich dumę i radość. Widać było, jak wiele znaczy dla nich to, iż mogą tu być – że historia ich drzewa została dostrzeżona, a zaangażowanie docenione. Osobiście bardzo mnie to zbudowało. Pomyślałem – jeżeli ktokolwiek ma wątpliwości, czy organizowanie podobnych wydarzeń ma sens, to takie chwile powinny stanowić jednoznaczną odpowiedź.

Ekipa SION z Bartoszyc, na inauguracji tegorocznego „Święta Drzewa” Klubu Gaja w Służewskim Domu Kultury [źródło].

Płynąc z nurtem notatki chciałbym wspomnieć też o tym, że miałem okazję zamienić kilka słów z Mateuszem Dąbrowskim – pomysłodawcą zgłoszenia do plebiscytu dębu „Fusia” z Sobna. To niesamowicie zdeterminowany facet, który wraz z innymi zabiega m. in. o ochronę tamtejszego lasu przed wycinkami. Starania te przynoszą konkretne efekty: decyzją Rady Gminy Łukta pomnikami przyrody ustanowiono aż 136 drzew (!). Co istotne, (z tego co zrozumiałem) działalność ta ma dla Mateusza również osobisty wymiar – „Fusia” upamiętnia bowiem jego tragicznie zmarłą siostrę, której pragnieniem było ocalenie lasu. Mam wielki szacunek do ludzi biorących na swoje barki odpowiedzialność za podobne wyzwania. Mając świadomość, jak wiele czasu, odwagi i cierpliwości wymagają trudne niekiedy rozmowy, przygotowywanie dokumentacji oraz nieustanne powracanie do sprawy mimo pozornego braku postępów, pozostaje jedynie wyrazić najwyższe uznanie – chapeau bas!

Ze spotkania wróciłem podniesiony na duchu. Dobrze było przez kilka godzin pobyć w gronie osób, które łączy troska o coś konkretnego. Dla nas tematem przewodnim były drzewa, ale nie ma przeszkód, by podobne porozumienia dotyczyły także innych strzępków naszego świata. Nie jestem zbyt mocny w puentach, ale wydaje mi się, że jeżeli istnieje coś wartościowego, wokół czego warto się jednoczyć – zwyczajnie wypada to robić…

Teraz, kiedy sen nie chce przyjść… (4 października)

wciąż wraca do mnie myśl, że wczoraj pożegnaliśmy Karola. Dobrego człowieka, charyzmatycznego nauczyciela, naukowca pełną gębą. Był gościem, który z właściwym sobie luzem – w rytmie perkusji – szedł własną drogą. Nie pamiętam, kiedy spotkałem się z „Carlosem” po raz ostatni, ale z pewnością trudno będzie mi przywyknąć do tego, że odtąd będziemy mówić o nim w czasie przeszłym. Niestety, przegrał walkę z paskudnym „raczyskiem”. W każdym razie lubiłem i szanowałem go.

Wracając z Gdyni, postanowiłem zahaczyć o Grudziądz. Stęskniłem się za widokiem „Marzanny” i chciałem sprawdzić, co się z nią dzieje. Byłem na miejscu i mogę potwierdzić – drzewo mojego dzieciństwa wciąż żyje, a w plątaninie jego korzeni nadal można wypatrzyć osobliwe kształty – znajome, choć zapewne nie dla każdego tak samo czytelne. Ilekroć wracam widzę, że mojej topoli nieustannie ubywa. Tak było też wczoraj. Wielki, wyłamany konar, który przez kilka ostatnich lat opierał się o podstawę jej pnia, teraz leżał na ziemi – rozpieprzony na kilka murszejących fragmentów. Gdy Wisła przybierze, zapewne zabierze je i poniesie dalej, być może ostatecznie grzebiąc gdzieś w swych odmętach.

Wszystko wokół rozpływa się, wiruje, przeistacza. Mimo to chciałbym wierzyć, że nasz stary, nieidealny, ale mimo wszystko znajomy świat, jeszcze przez jakiś czas wciąż będzie trwał…

Kołowanie (nie tylko myślami) wokół „Marzanny”

Trzynastego listopada przyjechałem do Grudziądza na dwie noce i jeden dzień. Zbyt krótko, by poczuć prawdziwy ciężar miejsca, ale wystarczająco długo, by zejść nad Wisłę i odwiedzić „Marzannę„. Gdy zbierałem jej butwiejące liście siąpił zimny deszcz, a świat – tymczasowo wyprany z zieleni – przyobleczony był w szarawy woal mgły. Uśmiechałem się pod nosem. Liście wkładałem bowiem między kartki zbioru opowiadań H. P. Lovecrafta. Wybór nie był zamierzony, ale wykorzystanie dzieła mistrza grozy jako bieda-zielnika wydawało się wyjątkowo pasować do okoliczności.

Aura była ponura, ale wśród nagich gałęzi mojej sokory kręciło się stado żwawych sikor. Nieopodal, na zalesionym stoku Kępy Strzemięcińskiej, widziałem też kilka saren. Smuci mnie, że stan drzewa z miesiąca na miesiąc pogarsza się, pocieszające jest jednak to, że w jego pobliżu zawsze można dostrzec jakieś przejawy dzikiego życia.

Mniej więcej w połowie października poprosiłem Rafała Liedke o kolejne udokumentowanie „Marzanny” z powietrza. Pogoda była wówczas o niebo lepsza niż teraz. Dość ciepło, przejrzyście, z tym miękkim, jesiennym światłem, które nadaje światu lekko bajkowego sznytu. Efekty lotu możecie zobaczyć poniżej.

Oglądając materiał na gorąco, pomyślałem, że jeśli gdzieś jest drzewo, które powinno znaleźć się w centrum uwagi, to jest nim właśnie nasza wyjątkowa grudziądzka sokora. Nie zastanawiając się długo postanowiłem, że zgłoszę ją do konkursu „Drzewo Roku”, organizowanego przez Klub Gaja, będący jedną z najstarszych polskich organizacji ekologicznych. Co istotne, w tym ogólnopolskim plebiscycie nie szuka się rekordzistów, ale drzew z opowieścią. Nie ma wątpliwości, że do takich drzew zaliczyć można również „Marzannę”.

Jeśli jesteście ciekawi, jej (sklecona przeze mnie na potrzeby plebiscytu) historia brzmi mniej więcej tak:

„(…) Zobaczyłem ją po raz pierwszy, gdy byłem małym chłopcem. Miałem wówczas najwyżej sześć lat i byłem obdarzony niezwykle bogatą wyobraźnią. Przedziwna topola czarna (Populus nigra L.), rosnąca nad brzegiem Wisły u podnóża grudziądzkiej Kępy Strzemięcińskiej, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i już na zawsze zapisała się w mej pamięci.

„Marzanna” to drzewo jedyne w swoim rodzaju. Stoi na granicy żywiołów i ludzkich ścieżek, jak strażniczka miejsca, które pamięta znacznie więcej niż my. Wpatrzona w rzekę, słuchająca rozmów dzikich gęsi, wędrujących tędy od pokoleń, istnieje prawdopodobnie od połowy XIX wieku.

To, co ją wyróżnia, to iście monstrualny, w dużej mierze odsłonięty system korzeniowy, który malowniczymi splotami opada ku Wiśle. Ten swoisty labirynt żył wyciągniętych ku światu stanowi pożywkę dla wyobraźni, niekiedy wywołując pareidoliczne przywidzenia. W czasach świetności miała ona niemal osiem metrów obwodu pierśnicowego pnia, a jej rozczapierzona korona była wyjątkowo szeroka.

Dzisiaj to już pieśń przeszłości. Utraciwszy większość konarów, z ogromną, murszejącą wyrwą w pniu i osmalonymi napływami korzeniowymi, powoli zamiera. Wbrew wandalom i niszczącej potędze natury, robi to jednak z wyjątkową godnością. Rozciągnięty w czasie proces jej odchodzenia przypomina bowiem rozbieranie się do snu. Jeżeli decydenci pozwolą, będzie nim ostateczne rozpłynięcie się w krajobrazie.

Gdy wracam do Grudziądza (…), zawsze ją odwiedzam. Nadałem jej imię „Marzanna” nie tylko dlatego, że na początku lat 90. ubiegłego stulecia dzieci z pobliskiej szkoły podstawowej topiły nieopodal kukły wyobrażające tę postać. To miano zobowiązuje. Przywołuje bowiem starą lekcję o odchodzeniu i powrocie. Przypomina, że przemijanie jest częścią naturalnego porządku, nie zaś jego pęknięciem.

Drzewo, które przetrwało tak wiele, nie kłóci się z czasem. Zamiast tego daje lekcję czułości, która nie jest ckliwa – cichego uznania dla tego, co kruche i silne zarazem. W cyklu utraty i odrodzenia dostrzec można uniwersalną mądrość, która nie potrzebuje wielkich słów.

Grudziądzka sokora jest drzewem prawdy. W kontrze do świata hołdującego kultowi młodości i piękna za wszelką cenę, nie udaje doskonałości, nie wygładza kantów. Jej rosochate konary rozchodzą się jak drogi, którymi idziemy, a każdy z nich zdaje się znać ciężar ptasich gniazd, uderzenia wiatru czy próby dziecięcych wspinaczek. Miejscowi przychodzą i odchodzą, rzeka czasu płynie, a ona – zmieniając swą postać – pokornie za nią podąża.

„Marzanna” nie zabiega o oklaski. Zgłaszam ją jednak do konkursu nie jako lokalną osobliwość, lecz unikalne zjawisko, które zasługuje na dostrzeżenie. Niebawem zapewne obumrze, tymczasem wciąż przypomina mieszkańcom Grudziądza, że krajobraz nie jest wyłącznie tłem, lecz relacją.

Jeśli szukamy znaku, który pomoże nam pogodzić się z biegiem rzeczy, wystarczy położyć dłoń na jej pniu lub odsłoniętych korzeniach. Patrząc na nią, nieco łatwiej zrozumieć, że życie nie polega na ocaleniu wszystkiego, lecz na mądrym poddaniu się temu, co nieuchronne – i na odwadze, by mimo wszystko wypuszczać nowe liście…” [fragment uzasadnienia, który wpisałem do formularza zgłoszeniowego]

Nie wiem, czy staruszce uda się przejść przez sito eliminacji. Być może jej historia przepadnie wśród innych opowieści, ale w zasadzie nie ma to większego znaczenia. Dla mnie sam fakt, że mogę akcentować jej istnienie, daje poczucie sprawczości (czasem go potrzebuję) i staje się jasnym punktem w okresie jesiennej depresji.

Chwilowo zostawiam Was sam na sam z powietrznym portretem autorstwa Rafała oraz z myślą, że gdzieś tam, nad brzegiem Wisły, u podnóża Kępy Strzemięcińskiej, stoi stare niesamowite drzewo i – na razie – wciąż nie poddaje się. Jeśli „Marzanna” trafi do finału konkursu, dam znać. Wtedy być może poproszę o to, byśmy razem powalczyli o to, by jej historia poniosła się dalej…

Nowy rok hydrologiczny, nowe „zero” na wodowskazie

Cześć! Ci, którzy na bieżąco śledzą wskazania wodowskazu „Warszawa Bulwary„, zapewne z początkiem tego miesiąca wychwycili pewną anomalię. Mianowicie, wędrując wzrokiem wzdłuż przebiegu krzywej ilustrującej zmiany poziomu Wisły w funkcji czasu na stronie Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej (IMiGW), można zobaczyć, że linia ta w pewnej chwili gwałtownie szybuje w górę (na pułap wyższy o 100 centymetrów), po czym bez dalszych „akrobacji” kontynuuje swój bieg.

Wskazania wodowskazu „Warszawa Bulwary” w okresie od 29 października do 5 listopada br. [źródło]

Oczywiście, nikt magicznie nie dolał wody do Rzeki. Okazuje się, że wraz z nadejściem nowego roku hydrologicznego (w Polsce – 1 listopada), IMiGW oraz Wody Polskie postanowiły dokonać korekty rzędnej wodowskazu. Dodatkowo, poza zmianą punktu odniesienia, skorygowano również próg ostrzegawczy i alarmowy. W zasadzie można było się tego (prędzej lub później) spodziewać, biorąc pod uwagę tegoroczne rekordowo niskie odczyty oraz związany z nimi medialny szum.

Ok, w Stolicy nastąpiła mini hydro-rewolucja, ale jakie ma to właściwie znaczenie? Choć Wisły nam nie przybyło, trzeba przyznać, że wspomniane działanie porządkuje jednak pomiary tak, by lepiej oddawały realia – zwłaszcza w okresie przewlekłej suszy. Dla ludzi Wisły to dobry moment, by odświeżyć dotychczasowe nawyki. Planując aktywności na wodzie warto zwracać uwagę na przepływ i komunikaty żeglugowe, które wydają się bardziej informatywne niż „goły” stan wody. Realna głębokość Rzeki nadal bowiem zależeć będzie od lokalnych warunków, nie zaś od punktowego wskazania wodowskazu. Dodatkowo, jeśli z jakiegoś powodu będziecie bawić się w porównywanie bieżących odczytów z tymi, które zarejestrowano w przeszłości, odtąd trzeba będzie pamiętać o konieczności dodawania / odejmowania tych feralnych stu centymetrów (w zależności od daty). W przeciwnym razie, wyjdą Wam przysłowiowe cuda na kiju 🙂

Tymczasem, do zobaczenia. Być może nad warszawską Wisłą, z nowym „zerem” wodowskazu w głowie, ale starym szacunkiem do Rzeki…