Teraz, kiedy sen nie chce przyjść… (4 października)

wciąż wraca do mnie myśl, że wczoraj pożegnaliśmy Karola. Dobrego człowieka, charyzmatycznego nauczyciela, naukowca pełną gębą. Był gościem, który z właściwym sobie luzem – w rytmie perkusji – szedł własną drogą. Nie pamiętam, kiedy spotkałem się z „Carlosem” po raz ostatni, ale z pewnością trudno będzie mi przywyknąć do tego, że odtąd będziemy mówić o nim w czasie przeszłym. Niestety, przegrał walkę z paskudnym „raczyskiem”. W każdym razie lubiłem i szanowałem go.

Wracając z Gdyni, postanowiłem zahaczyć o Grudziądz. Stęskniłem się za widokiem „Marzanny” i chciałem sprawdzić, co się z nią dzieje. Byłem na miejscu i mogę potwierdzić – drzewo mojego dzieciństwa wciąż żyje, a w plątaninie jego korzeni nadal można wypatrzyć osobliwe kształty – znajome, choć zapewne nie dla każdego tak samo czytelne. Ilekroć wracam widzę, że mojej topoli nieustannie ubywa. Tak było też wczoraj. Wielki, wyłamany konar, który przez kilka ostatnich lat opierał się o podstawę jej pnia, teraz leżał na ziemi – rozpieprzony na kilka murszejących fragmentów. Gdy Wisła przybierze, zapewne zabierze je i poniesie dalej, być może ostatecznie grzebiąc gdzieś w swych odmętach.

Wszystko wokół rozpływa się, wiruje, przeistacza. Mimo to chciałbym wierzyć, że nasz stary, nieidealny, ale mimo wszystko znajomy świat, jeszcze przez jakiś czas wciąż będzie trwał…

26 marca; Warszawa

Nocą deszcz stukał o parapet. Będąc w półśnie, wyobrażałem sobie, jak ziemia opija się wodą, by zmartwychwstający świat miał siłę się zielenić.

Kilkanaście godzin później – wracając z pracy – starałem się nie myśleć o niczym. Wychodząc z tunelu koło GUS-u, widziałem kałużę, która, wypisz-wymaluj, wyglądała jak popiersie jakiegoś garbatego łysola…

15 marca; ptasia grypa i sztuka epoki antropocenu po grudziądzku

Współczesna grudziądzka sztuka „naskalna” nie ma wiele wspólnego z tym, co można zobaczyć w słynnym Lascaux. Ruiny w nadwiślańskim buszu pomazane sprayem, gdzie ludowe sacrum bez cienia żenady idzie pod rękę z profanum. Papież Polak, wszędobylskie chuje, tu i ówdzie pokraczny kosmolud. Nieopodal, w swoistej kontrze do osobliwej tubylczej ikonografii, niebieszczą się pierwsze kwiaty przylaszczek (między puchami po piwsku).

Idąc zboczem wzdłuż Wisły, na odcinku kilkuset metrów naliczyłem aż pięć ciał myszołowów. Wiatr rozwiewał pióra z obojętnością godną natury.

Nie interesują go lokalne symbole, nie wydaje także wyroków…