Zjednoczeni wokół drzew – garść wrażeń dotyczących tegorocznej inauguracji „Święta Drzewa” Klubu Gaja

Świat schodzi na psy i my jako jednostki niewiele możemy z tym zrobić. Nieustannie przybywa powodów do niepokoju, a społeczeństwo – miast się jednoczyć – ulega coraz mocniejszej polaryzacji. Także i u nas coraz trudniej ze sobą rozmawiać bez ustalania przynależności, do któregoś z walczących ze sobą obozów. W takich warunkach łatwo stracić z oczu sprawy, które mogą nas łączyć i ludzi, którzy mimo różnic potrafią się porozumieć. „Klecę” ten wpis, ponieważ o czymś takim chciałbym dzisiaj pokrótce Wam opowiedzieć.

We wtorek, 13 października, wziąłem dzień urlopu i pojechałem do Służewskiego Domu Kultury, by wziąć udział w inauguracji „Święta Drzewa” Klubu Gaja. Tegoroczna edycja odbywa się pod hasłem „Odporni klimatycznie”, kierując uwagę na rolę drzew w łagodzeniu negatywnych skutków zmian klimatu, których coraz częściej doświadczamy. Ta kontynuowana od ponad dwudziestu lat inicjatywa ma jasny cel – angażuje szkoły, organizacje społeczne, samorządy, firmy i osoby prywatne w akcje sadzenia drzew oraz różnorodne działania związane z ich ochroną. Uczestnicy akcji tradycyjnie spotykają się na corocznej inauguracji Święta. Wówczas wspólnie sadzi się drzewo (w tym roku była to czeremcha zwyczajna, Prunus padus L.), wymienia doświadczenia oraz celebruje dotychczasowe sukcesy. Ważną częścią uroczystości jest gala konkursów Klubu Gaja, w tym „Drzewa Roku” – ogólnopolskiego plebiscytu akcentującego przede wszystkim przyrodniczą i kulturową wartość drzew.

Jeżeli chodzi o mój udział w tym wszystkim, to nie chcę koncentrować się zbytnio na sobie. Dopełniając obrazu wydarzeń napiszę jednak, że zaproszenie zawdzięczam „Marzannie„ – niesamowitej nadwiślańskiej sokorze z mojego rodzinnego miasta, która była jedną z finalistek wspomnianego konkursu. To dzięki niej mogłem poznać ludzi, o których działalności dotychczas tylko słyszałem.

Plakat promujący tegoroczne „Święto Drzewa” Klubu Gaja [źródło] oraz pamiątkowy dyplom, który otrzymałem w związku ze zgłoszeniem do plebiscytu „Drzewo Roku” mojej topoli.

Nie ukrywam, że oprócz zobaczenia na własne oczy, kto stoi za na niektórymi biorącymi udział w plebiscycie drzewami, ucieszyła mnie możliwość spotkania się z zespołem Klubu Gaja, w tym Jackiem Bożkiem – współzałożycielem i prezesem tego stowarzyszenia. „Gaja” jest jedną z najstarszych i najbardziej znanych krajowych organizacji ekologicznych. Działa nieprzerwanie od 1988 roku, zajmując się przede wszystkim szeroko pojętą ochroną przyrody oraz prawami zwierząt. Z racji moich sympatii oraz osobistych doświadczeń, szczególnie bliska jest mi jej praca na rzecz rzek. Nie każdy ma tego świadomość, a warto to podkreślić – prowadzona od 1994 roku kampania „Teraz Wisła„, która przyczyniła się do odstąpienia przez nasz rząd na początku lat dwutysięcznych od ówczesnych planów budowy tzw. „Kaskady Dolnej Wisły” była zainicjowana właśnie przez Klub Gaja. Był to ważny krok w obronie Rzeki przed kolejnymi zaporami, dzięki czemu wciąż zachowuje ona w dużej mierze naturalny charakter. Wieloletnie, rzetelne i prowadzone na wielu frontach działania wymagają konsekwencji. Mając to na uwadze, tym bardziej ujmuje mnie energia, z jaką Jacek nadal „popycha” kolejne osoby do aktywności.

Gaja Gają, ale pośród gości przybyłych na Służew, szczególnie mocno zapadły mi w pamięć osoby ze Stowarzyszenia Integracji Osób Niepełnosprawnych SION w Bartoszycach. To za ich sprawą do plebiscytu „Drzewo Roku” trafił 120-letni dąb „Bartosz”. Drzewo to, nazywane opiekunem ich miasta, jest dla nich swoistym symbolem dobroci i bezpieczeństwa. Podobno przychodzą do niego z życzeniami i są przekonani, że przynajmniej niektóre z nich spełniają się. Gdy stali na scenie, a wcześniej pozowali do zdjęć z aktorami, będącymi ambasadorami Święta (Dagmara Bąk, Bartek Topa), z autentycznym wzruszeniem patrzyłem na ich dumę i radość. Widać było, jak wiele znaczy dla nich to, iż mogą tu być – że historia ich drzewa została dostrzeżona, a zaangażowanie docenione. Osobiście bardzo mnie to zbudowało. Pomyślałem – jeżeli ktokolwiek ma wątpliwości, czy organizowanie podobnych wydarzeń ma sens, to takie chwile powinny stanowić jednoznaczną odpowiedź.

Ekipa SION z Bartoszyc, na inauguracji tegorocznego „Święta Drzewa” Klubu Gaja w Służewskim Domu Kultury [źródło].

Płynąc z nurtem notatki chciałbym wspomnieć też o tym, że miałem okazję zamienić kilka słów z Mateuszem Dąbrowskim – pomysłodawcą zgłoszenia do plebiscytu dębu „Fusia” z Sobna. To niesamowicie zdeterminowany facet, który wraz z innymi zabiega m. in. o ochronę tamtejszego lasu przed wycinkami. Starania te przynoszą konkretne efekty: decyzją Rady Gminy Łukta pomnikami przyrody ustanowiono aż 136 drzew (!). Co istotne, (z tego co zrozumiałem) działalność ta ma dla Mateusza również osobisty wymiar – „Fusia” upamiętnia bowiem jego tragicznie zmarłą siostrę, której pragnieniem było ocalenie lasu. Mam wielki szacunek do ludzi biorących na swoje barki odpowiedzialność za podobne wyzwania. Mając świadomość, jak wiele czasu, odwagi i cierpliwości wymagają trudne niekiedy rozmowy, przygotowywanie dokumentacji oraz nieustanne powracanie do sprawy mimo pozornego braku postępów, pozostaje jedynie wyrazić najwyższe uznanie – chapeau bas!

Ze spotkania wróciłem podniesiony na duchu. Dobrze było przez kilka godzin pobyć w gronie osób, które łączy troska o coś konkretnego. Dla nas tematem przewodnim były drzewa, ale nie ma przeszkód, by podobne porozumienia dotyczyły także innych strzępków naszego świata. Nie jestem zbyt mocny w puentach, ale wydaje mi się, że jeżeli istnieje coś wartościowego, wokół czego warto się jednoczyć – zwyczajnie wypada to robić…

Teraz, kiedy sen nie chce przyjść… (4 października)

wciąż wraca do mnie myśl, że wczoraj pożegnaliśmy Karola. Dobrego człowieka, charyzmatycznego nauczyciela, naukowca pełną gębą. Był gościem, który z właściwym sobie luzem – w rytmie perkusji – szedł własną drogą. Nie pamiętam, kiedy spotkałem się z „Carlosem” po raz ostatni, ale z pewnością trudno będzie mi przywyknąć do tego, że odtąd będziemy mówić o nim w czasie przeszłym. Niestety, przegrał walkę z paskudnym „raczyskiem”. W każdym razie lubiłem i szanowałem go.

Wracając z Gdyni, postanowiłem zahaczyć o Grudziądz. Stęskniłem się za widokiem „Marzanny” i chciałem sprawdzić, co się z nią dzieje. Byłem na miejscu i mogę potwierdzić – drzewo mojego dzieciństwa wciąż żyje, a w plątaninie jego korzeni nadal można wypatrzyć osobliwe kształty – znajome, choć zapewne nie dla każdego tak samo czytelne. Ilekroć wracam widzę, że mojej topoli nieustannie ubywa. Tak było też wczoraj. Wielki, wyłamany konar, który przez kilka ostatnich lat opierał się o podstawę jej pnia, teraz leżał na ziemi – rozpieprzony na kilka murszejących fragmentów. Gdy Wisła przybierze, zapewne zabierze je i poniesie dalej, być może ostatecznie grzebiąc gdzieś w swych odmętach.

Wszystko wokół rozpływa się, wiruje, przeistacza. Mimo to chciałbym wierzyć, że nasz stary, nieidealny, ale mimo wszystko znajomy świat, jeszcze przez jakiś czas wciąż będzie trwał…

Kołowanie (nie tylko myślami) wokół „Marzanny”

Trzynastego listopada przyjechałem do Grudziądza na dwie noce i jeden dzień. Zbyt krótko, by poczuć prawdziwy ciężar miejsca, ale wystarczająco długo, by zejść nad Wisłę i odwiedzić „Marzannę„. Gdy zbierałem jej butwiejące liście siąpił zimny deszcz, a świat – tymczasowo wyprany z zieleni – przyobleczony był w szarawy woal mgły. Uśmiechałem się pod nosem. Liście wkładałem bowiem między kartki zbioru opowiadań H. P. Lovecrafta. Wybór nie był zamierzony, ale wykorzystanie dzieła mistrza grozy jako bieda-zielnika wydawało się wyjątkowo pasować do okoliczności.

Aura była ponura, ale wśród nagich gałęzi mojej sokory kręciło się stado żwawych sikor. Nieopodal, na zalesionym stoku Kępy Strzemięcińskiej, widziałem też kilka saren. Smuci mnie, że stan drzewa z miesiąca na miesiąc pogarsza się, pocieszające jest jednak to, że w jego pobliżu zawsze można dostrzec jakieś przejawy dzikiego życia.

Mniej więcej w połowie października poprosiłem Rafała Liedke o kolejne udokumentowanie „Marzanny” z powietrza. Pogoda była wówczas o niebo lepsza niż teraz. Dość ciepło, przejrzyście, z tym miękkim, jesiennym światłem, które nadaje światu lekko bajkowego sznytu. Efekty lotu możecie zobaczyć poniżej.

Oglądając materiał na gorąco, pomyślałem, że jeśli gdzieś jest drzewo, które powinno znaleźć się w centrum uwagi, to jest nim właśnie nasza wyjątkowa grudziądzka sokora. Nie zastanawiając się długo postanowiłem, że zgłoszę ją do konkursu „Drzewo Roku”, organizowanego przez Klub Gaja, będący jedną z najstarszych polskich organizacji ekologicznych. Co istotne, w tym ogólnopolskim plebiscycie nie szuka się rekordzistów, ale drzew z opowieścią. Nie ma wątpliwości, że do takich drzew zaliczyć można również „Marzannę”.

Jeśli jesteście ciekawi, jej (sklecona przeze mnie na potrzeby plebiscytu) historia brzmi mniej więcej tak:

„(…) Zobaczyłem ją po raz pierwszy, gdy byłem małym chłopcem. Miałem wówczas najwyżej sześć lat i byłem obdarzony niezwykle bogatą wyobraźnią. Przedziwna topola czarna (Populus nigra L.), rosnąca nad brzegiem Wisły u podnóża grudziądzkiej Kępy Strzemięcińskiej, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i już na zawsze zapisała się w mej pamięci.

„Marzanna” to drzewo jedyne w swoim rodzaju. Stoi na granicy żywiołów i ludzkich ścieżek, jak strażniczka miejsca, które pamięta znacznie więcej niż my. Wpatrzona w rzekę, słuchająca rozmów dzikich gęsi, wędrujących tędy od pokoleń, istnieje prawdopodobnie od połowy XIX wieku.

To, co ją wyróżnia, to iście monstrualny, w dużej mierze odsłonięty system korzeniowy, który malowniczymi splotami opada ku Wiśle. Ten swoisty labirynt żył wyciągniętych ku światu stanowi pożywkę dla wyobraźni, niekiedy wywołując pareidoliczne przywidzenia. W czasach świetności miała ona niemal osiem metrów obwodu pierśnicowego pnia, a jej rozczapierzona korona była wyjątkowo szeroka.

Dzisiaj to już pieśń przeszłości. Utraciwszy większość konarów, z ogromną, murszejącą wyrwą w pniu i osmalonymi napływami korzeniowymi, powoli zamiera. Wbrew wandalom i niszczącej potędze natury, robi to jednak z wyjątkową godnością. Rozciągnięty w czasie proces jej odchodzenia przypomina bowiem rozbieranie się do snu. Jeżeli decydenci pozwolą, będzie nim ostateczne rozpłynięcie się w krajobrazie.

Gdy wracam do Grudziądza (…), zawsze ją odwiedzam. Nadałem jej imię „Marzanna” nie tylko dlatego, że na początku lat 90. ubiegłego stulecia dzieci z pobliskiej szkoły podstawowej topiły nieopodal kukły wyobrażające tę postać. To miano zobowiązuje. Przywołuje bowiem starą lekcję o odchodzeniu i powrocie. Przypomina, że przemijanie jest częścią naturalnego porządku, nie zaś jego pęknięciem.

Drzewo, które przetrwało tak wiele, nie kłóci się z czasem. Zamiast tego daje lekcję czułości, która nie jest ckliwa – cichego uznania dla tego, co kruche i silne zarazem. W cyklu utraty i odrodzenia dostrzec można uniwersalną mądrość, która nie potrzebuje wielkich słów.

Grudziądzka sokora jest drzewem prawdy. W kontrze do świata hołdującego kultowi młodości i piękna za wszelką cenę, nie udaje doskonałości, nie wygładza kantów. Jej rosochate konary rozchodzą się jak drogi, którymi idziemy, a każdy z nich zdaje się znać ciężar ptasich gniazd, uderzenia wiatru czy próby dziecięcych wspinaczek. Miejscowi przychodzą i odchodzą, rzeka czasu płynie, a ona – zmieniając swą postać – pokornie za nią podąża.

„Marzanna” nie zabiega o oklaski. Zgłaszam ją jednak do konkursu nie jako lokalną osobliwość, lecz unikalne zjawisko, które zasługuje na dostrzeżenie. Niebawem zapewne obumrze, tymczasem wciąż przypomina mieszkańcom Grudziądza, że krajobraz nie jest wyłącznie tłem, lecz relacją.

Jeśli szukamy znaku, który pomoże nam pogodzić się z biegiem rzeczy, wystarczy położyć dłoń na jej pniu lub odsłoniętych korzeniach. Patrząc na nią, nieco łatwiej zrozumieć, że życie nie polega na ocaleniu wszystkiego, lecz na mądrym poddaniu się temu, co nieuchronne – i na odwadze, by mimo wszystko wypuszczać nowe liście…” [fragment uzasadnienia, który wpisałem do formularza zgłoszeniowego]

Nie wiem, czy staruszce uda się przejść przez sito eliminacji. Być może jej historia przepadnie wśród innych opowieści, ale w zasadzie nie ma to większego znaczenia. Dla mnie sam fakt, że mogę akcentować jej istnienie, daje poczucie sprawczości (czasem go potrzebuję) i staje się jasnym punktem w okresie jesiennej depresji.

Chwilowo zostawiam Was sam na sam z powietrznym portretem autorstwa Rafała oraz z myślą, że gdzieś tam, nad brzegiem Wisły, u podnóża Kępy Strzemięcińskiej, stoi stare niesamowite drzewo i – na razie – wciąż nie poddaje się. Jeśli „Marzanna” trafi do finału konkursu, dam znać. Wtedy być może poproszę o to, byśmy razem powalczyli o to, by jej historia poniosła się dalej…

Nadwiślańskie topole w białej oprawie (Grudziądz, 4 stycznia)

Wizyta w „Mieście Ułanów”, celem załatwienia rodzinnych spraw. Przy okazji, pospieszny wypad nad Wisłę, akurat by zobaczyć, jak świt maluje różem jej szeroką wstęgę. W przelocie udało się sportretować też kilka miejscowych sokor w prawdziwie zimowej scenerii (nocą nad okolicą przeszła burza śnieżna z piorunami). Odnośnie „Marzanny”, to nie licząc śladów po ogniu, których wcześniej nie widziałem, wyglądała ona mniej więcej tak samo, jak na filmie nakręconym jesienią. W zakamarkach jej oprószonych śniegiem, splątanych napływów korzeniowych – niczym rezolutny duszek – buszował strzyżyk. Zauważyłem także, iż ktoś zaiwanił tabliczkę „pomnik przyrody” przybitą do najpotężniejszego z jej wyłamanych konarów…

Jesienny lot nad „Marzanną” i kolejna lekcja przemijania

Jesień. Robi się ponuro i chłodno, a moje myśli niczym kruki, kołują wokół „Marzanny„. W tym roku bywałem w Grudziądzu wyjątkowo rzadko, stąd też nie miałem okazji jej zbyt często widywać. Szczęśliwie, od czasu do czasu, mogę pozwolić sobie na luksus spojrzenia na nią cudzymi oczami.

Nocą, szesnastego października, obejrzałem fotografie i niesamowity film, wykonane przy użyciu drona przez „ARTIDRON Photography”.

Wspomniane materiały pozwalają zobaczyć – niejako z orlej perspektywy – fenomenalny nadrzeczny krajobraz Basenu Grudziądzkiego, ale przede wszystkim stanowią cenny materiał dokumentujący postępujące zamieranie naszej wyjątkowej sokory. Staruszka wciąż stoi na straży wiślanego brzegu, ale nie da się ukryć, że jej sylwetka zmieniła się od czasu, kiedy byłem pod nią ostatnio. Tegoroczne wichury oraz gwałtowne burze przetaczające się przez okolicę dały jej się mocno we znaki. Z rozczapierzonej, pierwotnie dość nisko osadzonej korony ostał się tylko jeden przewodni konar (najgrubszy i najbardziej pionowy). Pozostałe – aktualnie wyłamane – leżą u podstawy drzewa, opierając się o jego masywną bryłę korzeniową. W okrytym szarawą korą pniu zieje przepastna, próchniejąca wyrwa, której dno – pełne wilgotnego murszu, zaczynają porastać ziołorośla.

Po obejrzeniu filmu, długo nie mogłem zasnąć. Wpadłem w krąg myśli o przemijaniu. Samolubnie pragnąłbym, żeby topola, którą znam od dzieciństwa trwała jak najdłużej, ale wiem, że czas i natura są nieubłagane. Obserwując, jak jej stan się sukcesywnie pogarsza, czuję smutek, podobny do tego, który towarzyszy byciu świadkiem starzenia się bliskiej osoby. Patrzenie na utratę sił i postępujące zniedołężnienie jest przygnębiające, ale jednocześnie odczuwa się ciche uznanie dla przeszłości i ciepło wspomnień.

„Marzanna” zdaje się z godnością przyjmować swój los. Rozciągnięty w czasie proces jej umierania nie jest spektakularny. Przeciwnie – wydaje się, jakby świadomie wybrała, by odchodzić niespiesznie. W zgodzie z rytmem natury powoli tworzy przestrzeń dla nowego życia. Tracąc kolejne gałęzie i konary, niejako rozbiera się do snu. Rozmywa się w krajobrazie, który przez lata zdobiła, łagodnie osuwając się w ciszę. W jej uroczystym przemijaniu, sękatych, zniszczonych konarach i sponiewieranej sylwetce jest coś poruszającego. To mądrość czasu. Myślę, że można poczuć ją stając w jej cieniu, wsłuchując się w szum Wisły grającej na kamieniach u jej stóp i chrapliwe głosy wędrujących gęsi.

Odchodzenie sędziwej topoli jest dla mnie lekcją. W naturze nie ma wstydu w starości, ani rozpaczy w śmierci. Jest za to miejsce na godność i akceptację przemijania. Gdy grudziądzka sokora o wyjątkowym pokroju wreszcie upadnie, nie przepadnie bez śladu. Powróci do kręgu życia, dając szansę na życie innym istotom. Oglądanie jej na ostatniej prostej istnienia przypomina mi o cyklach natury – o odwiecznym rytmie narodzin i odchodzenia. W umieraniu drzewa jest bowiem coś więcej niż tylko smutny finał. Można dostrzec w nim także piękno – przypomnienie o nieustannym procesie odnowy…

„Marzanna” z powietrza (12 listopada)

Cześć! Dzisiaj mam przyjemność podzielić się z Wami serią wspaniałych fotografii „Marzanny”, wykonanych przez ARTI DRON & PHOTO.

Jesień to dobry czas na portretowanie tej przedziwnej grudziądzkiej topoli. Jej pozbawiona liści sylwetka wespół z przebarwiającymi się drzewami grądu zboczowego, porastającego stromiznę Kępy Strzemięcińskiej, tworzy niezwykle malowniczą kompozycję. Wokół drzewa feeria ciepłych barw – istny festiwal kolorów…

Grudziądz, końcówka października

W ubiegłym tygodniu udało mi się wygospodarować trochę czasu i wyskoczyć do Grudziądza na kilka dni. Przy okazji zajrzałem do niedawno otwartego Muzeum Handlu Wiślanego FLIS (polecam), mającego siedzibę w jednym ze średniowiecznych spichlerzy, z których słynie miasto. Wiadomo – nie mogłem też nie skorzystać ze sposobności złożenia kolejnej wizyty monumentalnej topoli czarnej, rosnącej przy Cytadeli. Miałem nadzieję, że tym razem uda mi się sportretować ją w całej okazałości. Niestety, wciąż nie było to możliwe. Wyjątkowo wysokie temperatury panujące tej jesieni spowodowały, że tegoroczny okres wegetacyjny wydłużył się o prawie miesiąc (!) i sylwetkę sokory nadal przesłaniały ulistnione gałęzie okolicznych krzewów oraz drzew. Spędziwszy trochę czasu w towarzystwie tej topolowej matrony, przyszło mi na myśl, że jej mroczna aparycja oraz rozmiary sprawiają, iż może kojarzyć się ona z sienkiewiczowską Horpyną. Co ciekawe, rosła wiedźma z powieści „Ogniem i mieczem„, wieszcząca z koła młyńskiego, mieszkała w „Czarcim Jarze”. W pobliżu naszego drzewa – idąc na północ – także można znaleźć coś w rodzaju jaru. Biegnie on ku Wiśle stromym zboczem Kępy Fortecznej i płynie nim (okresowo?) niewielki ciek wodny. W przypadku, gdyby nazwy drzewa zaproponowane we wniosku o objęcie go pomnikową ochroną nie przyjęły się, to „Horpyna” mogłaby stanowić atrakcyjną, nieobojętną dla wyobraźni alternatywę.

Aura raczej nie sprzyjała wędrówkom po lesie (siąpił nieprzyjemny deszcz), ale nie odwiodło mnie to od przeprowadzenia małego rekonesansu zbocza Kępy Fortecznej. W drodze powrotnej moją uwagę zwróciły liczne lisie nory, lipa drobnolistna o intrygującym pokroju oraz pewien okazały jesion.

Odwiedziny u sokory spod grudziądzkiej Cytadeli (27 października br.) i fotografia intrygująco rozgałęzionej lipy drobnolistnej (ostatnie zdjęcie), rosnącej w Lesie Garnizonowym na Kępie Fortecznej.

Tymczasem, po przeciwnej stronie miasta, u stóp drugiej z kęp, między którymi pierwotnie usytuowany był Grudziądz, moja Marzanna wciąż trwa, dumnie eksponując swoją okaleczoną, ale jakże niesamowitą sylwetkę. Czasem, gdy studiuję szczegóły jej postaci, zastanawiam się, czy mieszkańcy pobliskiego osiedla biorą w ogóle pod uwagę, że mają pod nosem jedno z najdziwniejszych krajowych drzew. Sebastian Czeremcha (pozdrowienia) – autor m. in. bloga „Szepty Kniei” (LINK), określił ją mianem dostojnej królowej na tronie powstałym z historii jej próchna. Na zdjęciach obrazujących jej masywne, spływające ku Wiśle, splątane napływy korzeniowe dostrzegł twarze, istoty i stwory. Wśród nich były smok, ośmiornica, czy gnomy grające na trąbkach. Według Sebastiana, Marzanna niesie, jakieś przesłanie od tych swoistych leśnych skrzatów, które strzegą jej przestrzeni. Twierdzi on, że wyjątkowo licznie zgromadziły się wokół drzewa. Czasem straszą, innym razem psocą, ale z natury są dobre.

Faktem jest, że niecodzienna fizjonomia tej topoli potrafi działać na wyobraźnię – zwłaszcza, jeżeli obserwator jest osobą wysoce wrażliwą. Wiem o tym od czasów mojego wczesnego dzieciństwa 🙂 Teraz, wiele lat później – mimo ograniczonych zasięgów tego bloga i moich zdolności pisarskich – staram się pokazywać ją światu, wziąwszy na siebie rolę jednego z jej kronikarzy i orędowników. Niestety, kondycja Marzanny stale pogarsza się. Osobiście, szczególnie niepokoi mnie paskudne uszkodzenie pnia, będące skutkiem wyłamania jednego z potężnych, nisko osadzonych konarów. Feralne miejsce coraz bardziej próchnieje i aktualnie ma postać wielkiej, ziejącej jamy (z jej krawędzi wyrastają korzenie przybyszowe), która niebawem będzie w stanie pomieścić dorosłą osobę. Pośrednim dowodem na postęp rozkładu jest również to, że spory czerwonawy otoczak, tkwiący w splotach jej korzeni, niedawno zapadł się do wnętrza i teraz umiejscowiony jest dużo niżej. Nie ulega wątpliwości, że czas gra na szkodę drzewa, ale z drugiej strony, warto mieć na uwadze, że przemijanie wpisane jest w życie każdej istoty. Marzanna daje nam lekcję odchodzenia, ale jednocześnie wydaje się mieć w sobie jakiś pierwiastek buntu, który – wbrew przeciwnościom – pomaga jej ciągle trwać…

Topola Marzanna i kadry „strzelone” na wysokości Kępy Strzemięcińskiej (na jednym ze zdjęć widać odchody wydry); 26-29 października 2023 roku.

„Światowy Dzień Drzewa” / garść topolowych wieści

Serwus! Dziesiątego października to „Światowy Dzień Drzewa”. Celem tej inicjatywy jest zwrócenie uwagi społeczeństwa na rolę drzew dla funkcjonowania naszej planety. Obecnie intensywnie wylesiamy Ziemię, nierzadko odsuwając od siebie myśl, iż bez roślin drzewiastych nie przetrwalibyśmy zbyt długo. Biorąc pod uwagę wyłącznie podstawowe kwestie, to uczestnicząc w szeregu naturalnych procesów produkują one tlen i pożywienie, regulują lokalny klimat, oczyszczają wodę, zapobiegają erozji gleby oraz stanowią dom dla nieprzebranej liczby istnień. Myśląc o drzewach, które nas otaczają warto o tym pamiętać.

Korzystając ze sposobności, chciałbym podzielić się z Wami garścią dobrych wieści, dotyczących trzech „moich” drzew.

Siódmego października w Warszawie, na łąkach golędzinowskich odbył się Piknik Dendrologiczny. Oprócz innych wydarzeń z nim związanych, w pawilonie edukacyjnym „Kamień” zaprezentowano zdjęcia drzew, które zakwalifikowały się do finału konkursu na „Warszawskie Drzewo Roku„. Wśród trzynastu osobników, reprezentujących poszczególne dzielnice Stolicy (prawie połowę stanowiły dęby szypułkowe) znalazło się też drzewo, które już znacie. Topola „Piastunka” reprezentuje Bielany, ale nieformalnie występuje także w imieniu wszystkich warszawskich topoli. Co ciekawe, do konkursu zgłosiłem ją jako topolę holenderską (Populus xcanadensis 'Marilandica’; taką „etykietę” pierwotnie przypiął jej jeden z topolowych ekspertów poproszonych przeze mnie o opinię), i ku mojemu zdziwieniu warszawscy dendrolodzy po przeprowadzeniu oględzin w terenie stwierdzili, że jest ona rodzimą topolą czarną. To świetne wieści. Co do błędnego oznaczenia, to jeżeli chodzi o systematykę rodzaju Populus, rozpoznawanie poszczególnych gatunków i kultywarów bywa karkołomnym zadaniem. Wynika to z dużej zmienności morfologicznej w obrębie rodzaju, gatunku, jak również pomiędzy poszczególnymi osobnikami. Sprawę dodatkowo komplikuje występowanie mieszańców.

Piękna fotografia autorstwa p. Krzysztofa Babickiego, prezentująca sylwetkę „Piastunki” na potrzeby tegorocznej edycji konkursu „Warszawskie Drzewo Roku” [źródło].

Pozostałe wiadomości dotyczą dwóch grudziądzkich sokor znad Wisły, którym szczególnie kibicuję. Na początku tego miesiąca zostałem poinformowany, że znacznik poświęcony „Marzannie” na mapach Google, kliknęło ponad 200 000 osób (!). To znakomity wynik (liczba ta ponad dwukrotnie przewyższa liczbę mieszkańców Grudziądza), pokazujący, że ta topola o unikalnym pokroju cieszy się sporym zainteresowaniem i wciąż zyskuje na uwadze.

Topola „Marzanna” (w środku kadru), uwieczniona z powietrza latem tego roku (zdjęcie publikuję dzięki uprzejmości „ARTI DRON & PHOTO”).

Ponadto, niespodziewanie szybko otrzymałem odpowiedź na moje sierpniowe pismo, kierowane do Prezydenta Grudziądza z prośbą o objęcie topoli spod Cytadeli (aktualnie najgrubsza znana topola w Polsce) pomnikową ochroną, w którym poinformowano mnie, że „(…) tut. Organ przeprowadzi procedurę ustanowienia w/w drzewa pomnikiem przyrody„. Po raz kolejny przekonałem się zatem, że warto aktywnie działać na rzecz ochrony nadwiślańskiej przyrody, do czego i Was gorąco zachęcam. Wciąż zdarzają się decydenci otwarci na oddolne inicjatywy, czego najlepszym przykładem są przedstawiciele grudziądzkiego magistratu. Jakiś czas temu Grudziądz otrzymał nowe hasło promocyjne. Brzmi ono „Grudziądz – Miasto Otwarte” i na przykładzie moich doświadczeń widzę, że może być ono realizowane w praktyce… Jeżeli i Wam nieobojętny jest los naszych rodzimych topoli, trzymajcie proszę kciuki za pomyślny finał tej sprawy.

—

PS. Jeśli chcecie, możecie wesprzeć „Piastunkę” w tegorocznej edycji konkursu „Warszawskie Drzewo Roku” i oddać na nią swój głos (LINK). Rozpropagowanie wiedzy o jej istnieniu, docelowo może zwiększyć szanse na ustanowienie jej pomnikiem przyrody (wniosek w tej sprawie został złożony przeze mnie w ubiegłym roku i jest nadal rozpatrywany).