Zjednoczeni wokół drzew – garść wrażeń dotyczących tegorocznej inauguracji „Święta Drzewa” Klubu Gaja

Świat schodzi na psy i my jako jednostki niewiele możemy z tym zrobić. Nieustannie przybywa powodów do niepokoju, a społeczeństwo – miast się jednoczyć – ulega coraz mocniejszej polaryzacji. Także i u nas coraz trudniej ze sobą rozmawiać bez ustalania przynależności, do któregoś z walczących ze sobą obozów. W takich warunkach łatwo stracić z oczu sprawy, które mogą nas łączyć i ludzi, którzy mimo różnic potrafią się porozumieć. „Klecę” ten wpis, ponieważ o czymś takim chciałbym dzisiaj pokrótce Wam opowiedzieć.

We wtorek, 13 października, wziąłem dzień urlopu i pojechałem do Służewskiego Domu Kultury, by wziąć udział w inauguracji „Święta Drzewa” Klubu Gaja. Tegoroczna edycja odbywa się pod hasłem „Odporni klimatycznie”, kierując uwagę na rolę drzew w łagodzeniu negatywnych skutków zmian klimatu, których coraz częściej doświadczamy. Ta kontynuowana od ponad dwudziestu lat inicjatywa ma jasny cel – angażuje szkoły, organizacje społeczne, samorządy, firmy i osoby prywatne w akcje sadzenia drzew oraz różnorodne działania związane z ich ochroną. Uczestnicy akcji tradycyjnie spotykają się na corocznej inauguracji Święta. Wówczas wspólnie sadzi się drzewo (w tym roku była to czeremcha zwyczajna, Prunus padus L.), wymienia doświadczenia oraz celebruje dotychczasowe sukcesy. Ważną częścią uroczystości jest gala konkursów Klubu Gaja, w tym „Drzewa Roku” – ogólnopolskiego plebiscytu akcentującego przede wszystkim przyrodniczą i kulturową wartość drzew.

Jeżeli chodzi o mój udział w tym wszystkim, to nie chcę koncentrować się zbytnio na sobie. Dopełniając obrazu wydarzeń napiszę jednak, że zaproszenie zawdzięczam „Marzannie„ – niesamowitej nadwiślańskiej sokorze z mojego rodzinnego miasta, która była jedną z finalistek wspomnianego konkursu. To dzięki niej mogłem poznać ludzi, o których działalności dotychczas tylko słyszałem.

Plakat promujący tegoroczne „Święto Drzewa” Klubu Gaja [źródło] oraz pamiątkowy dyplom, który otrzymałem w związku ze zgłoszeniem do plebiscytu „Drzewo Roku” mojej topoli.

Nie ukrywam, że oprócz zobaczenia na własne oczy, kto stoi za na niektórymi biorącymi udział w plebiscycie drzewami, ucieszyła mnie możliwość spotkania się z zespołem Klubu Gaja, w tym Jackiem Bożkiem – współzałożycielem i prezesem tego stowarzyszenia. „Gaja” jest jedną z najstarszych i najbardziej znanych krajowych organizacji ekologicznych. Działa nieprzerwanie od 1988 roku, zajmując się przede wszystkim szeroko pojętą ochroną przyrody oraz prawami zwierząt. Z racji moich sympatii oraz osobistych doświadczeń, szczególnie bliska jest mi jej praca na rzecz rzek. Nie każdy ma tego świadomość, a warto to podkreślić – prowadzona od 1994 roku kampania „Teraz Wisła„, która przyczyniła się do odstąpienia przez nasz rząd na początku lat dwutysięcznych od ówczesnych planów budowy tzw. „Kaskady Dolnej Wisły” była zainicjowana właśnie przez Klub Gaja. Był to ważny krok w obronie Rzeki przed kolejnymi zaporami, dzięki czemu wciąż zachowuje ona w dużej mierze naturalny charakter. Wieloletnie, rzetelne i prowadzone na wielu frontach działania wymagają konsekwencji. Mając to na uwadze, tym bardziej ujmuje mnie energia, z jaką Jacek nadal „popycha” kolejne osoby do aktywności.

Gaja Gają, ale pośród gości przybyłych na Służew, szczególnie mocno zapadły mi w pamięć osoby ze Stowarzyszenia Integracji Osób Niepełnosprawnych SION w Bartoszycach. To za ich sprawą do plebiscytu „Drzewo Roku” trafił 120-letni dąb „Bartosz”. Drzewo to, nazywane opiekunem ich miasta, jest dla nich swoistym symbolem dobroci i bezpieczeństwa. Podobno przychodzą do niego z życzeniami i są przekonani, że przynajmniej niektóre z nich spełniają się. Gdy stali na scenie, a wcześniej pozowali do zdjęć z aktorami, będącymi ambasadorami Święta (Dagmara Bąk, Bartek Topa), z autentycznym wzruszeniem patrzyłem na ich dumę i radość. Widać było, jak wiele znaczy dla nich to, iż mogą tu być – że historia ich drzewa została dostrzeżona, a zaangażowanie docenione. Osobiście bardzo mnie to zbudowało. Pomyślałem – jeżeli ktokolwiek ma wątpliwości, czy organizowanie podobnych wydarzeń ma sens, to takie chwile powinny stanowić jednoznaczną odpowiedź.

Ekipa SION z Bartoszyc, na inauguracji tegorocznego „Święta Drzewa” Klubu Gaja w Służewskim Domu Kultury [źródło].

Płynąc z nurtem notatki chciałbym wspomnieć też o tym, że miałem okazję zamienić kilka słów z Mateuszem Dąbrowskim – pomysłodawcą zgłoszenia do plebiscytu dębu „Fusia” z Sobna. To niesamowicie zdeterminowany facet, który wraz z innymi zabiega m. in. o ochronę tamtejszego lasu przed wycinkami. Starania te przynoszą konkretne efekty: decyzją Rady Gminy Łukta pomnikami przyrody ustanowiono aż 136 drzew (!). Co istotne, (z tego co zrozumiałem) działalność ta ma dla Mateusza również osobisty wymiar – „Fusia” upamiętnia bowiem jego tragicznie zmarłą siostrę, której pragnieniem było ocalenie lasu. Mam wielki szacunek do ludzi biorących na swoje barki odpowiedzialność za podobne wyzwania. Mając świadomość, jak wiele czasu, odwagi i cierpliwości wymagają trudne niekiedy rozmowy, przygotowywanie dokumentacji oraz nieustanne powracanie do sprawy mimo pozornego braku postępów, pozostaje jedynie wyrazić najwyższe uznanie – chapeau bas!

Ze spotkania wróciłem podniesiony na duchu. Dobrze było przez kilka godzin pobyć w gronie osób, które łączy troska o coś konkretnego. Dla nas tematem przewodnim były drzewa, ale nie ma przeszkód, by podobne porozumienia dotyczyły także innych strzępków naszego świata. Nie jestem zbyt mocny w puentach, ale wydaje mi się, że jeżeli istnieje coś wartościowego, wokół czego warto się jednoczyć – zwyczajnie wypada to robić…

Teraz, kiedy sen nie chce przyjść… (4 października)

wciąż wraca do mnie myśl, że wczoraj pożegnaliśmy Karola. Dobrego człowieka, charyzmatycznego nauczyciela, naukowca pełną gębą. Był gościem, który z właściwym sobie luzem – w rytmie perkusji – szedł własną drogą. Nie pamiętam, kiedy spotkałem się z „Carlosem” po raz ostatni, ale z pewnością trudno będzie mi przywyknąć do tego, że odtąd będziemy mówić o nim w czasie przeszłym. Niestety, przegrał walkę z paskudnym „raczyskiem”. W każdym razie lubiłem i szanowałem go.

Wracając z Gdyni, postanowiłem zahaczyć o Grudziądz. Stęskniłem się za widokiem „Marzanny” i chciałem sprawdzić, co się z nią dzieje. Byłem na miejscu i mogę potwierdzić – drzewo mojego dzieciństwa wciąż żyje, a w plątaninie jego korzeni nadal można wypatrzyć osobliwe kształty – znajome, choć zapewne nie dla każdego tak samo czytelne. Ilekroć wracam widzę, że mojej topoli nieustannie ubywa. Tak było też wczoraj. Wielki, wyłamany konar, który przez kilka ostatnich lat opierał się o podstawę jej pnia, teraz leżał na ziemi – rozpieprzony na kilka murszejących fragmentów. Gdy Wisła przybierze, zapewne zabierze je i poniesie dalej, być może ostatecznie grzebiąc gdzieś w swych odmętach.

Wszystko wokół rozpływa się, wiruje, przeistacza. Mimo to chciałbym wierzyć, że nasz stary, nieidealny, ale mimo wszystko znajomy świat, jeszcze przez jakiś czas wciąż będzie trwał…

Warszawskie Drzewo Roku 2026: zagłosuj na majestatyczną bielańską topolę

Do trzech razy sztuka – chciałoby się powiedzieć, zgłaszając po raz kolejny sędziwą topolę czarną, rosnącą na terenie Akademii Wychowania Fizycznego. W poprzednich edycjach plebiscytu „Warszawskie Drzewo Roku” nie było jej dane sięgnąć po laur zwycięstwa. Nie zmienia to jednak faktu, że pozostaje ona jedną z najważniejszych zielonych bohaterek Warszawy.

Majestatyczna sokora, będąca ozdobą dziedzińca warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego (źródło zdjęcia – oficjalna strona internetowa AWF [LINK]).

Pozbycie się drzewa jest łatwe. Trudniej dostrzec w nim coś więcej niż tylko element krajobrazu, źródło surowca albo kłopotliwy punkt na mapie inwestycji.

Każdy, kto znajdzie się na dziedzińcu warszawskiej AWF, na pewno zwróci uwagę na potężną sokorę, która stanowi jego niewątpliwą ozdobę. Nie musiało tak jednak być. Nie wiemy dokładnie, ile lat liczy sobie to drzewo. Wiadomo jednak, że było dorodne już w pierwszej połowie ubiegłego wieku, kiedy planowano budowę kampusu ówczesnego Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego. W tej historii ważne jest to, że sokora ta mogła zostać usunięta, przegrywając z rozmachem architektonicznej wizji, a jednak tak się nie stało. Jeden z projektantów (Edgar Aleksander Norwerth), miał bowiem odwagę dostrzec w niej nie zawadę, ale ważny dekoracyjny akcent przyszłego dziedzińca i żywy element architektury. Dzięki temu nasza topola nie tylko ocalała, ale stała się sercem miejsca, znakiem ciągłości i przykładem tego, że nowoczesność nie musi oznaczać wycinki. To lekcja, która nie straciła na aktualności. Dzisiaj warto o niej pamiętać tym bardziej, że znów mówi się o dużych planach inwestycyjnych na terenie AWF (w otulinie Lasu Bielańskiego – przyrodniczego skarbu Warszawy – ma powstać Narodowe Centrum Sportu), a wiele przyrodniczych autorytetów ma do nich uzasadnione zastrzeżenia.

Od 2009 roku drzewo ma status pomnika przyrody. Jest stare, piękne i rozpoznawalne, ale jego znaczenie nie kończy się na wieku, rozmiarach czy botanicznej wartości. Zasługuje na tytuł Warszawskiego Drzewa Roku przede wszystkim dlatego, że opowiada mądrą historię o relacji człowieka z naturą. O tym, że można rozwijać się, nie tracąc pamięci; budować, nie niszcząc; planować przyszłość, nie odcinając przyrodniczych korzeni…

Głosowanie trwa do 16 sierpnia br. i odbywa się za pośrednictwem formularza online na stronie internetowej Zarządu Zieleni m.st. Warszawy. Po oddaniu głosu należy go potwierdzić, klikając w link przesłany na adres e-mail podany podczas głosowania. To ważne, ponieważ jedynie potwierdzone głosy będą uwzględniane w wynikach plebiscytu.

„Drzewo Roku” 2026 Klubu Gaja; i po finale

Cześć! Za nami tegoroczny finał plebiscytu „Drzewo Roku”, organizowanego przez Klub Gaja.

Mimo, że walczyliśmy o głosy dla naszych topoli, jak lwy, wynik był z grubsza taki, jakiego się spodziewałem: „Topola Obrońców” zajęła dziesiąte miejsce, a „Marzanna” – dwunaste. Generalnie nie jest łatwo konkurować z lipami i dębami, które w zbiorowej wyobraźni Polaków mają wielokrotnie mocniejszą pozycję – są dostojne i długowieczne, jednocześnie będąc mocno zakorzenione w historii, literaturze, czy narodowych symbolach.

Z topolami jest inaczej. Dużo trudniej je „sprzedać”, w dodatku operując jedynie krótkimi komunikatami. Jeszcze ciężej przekonać do nich ludzi, którzy mają o nich ugruntowaną – zwykle niezbyt pochlebną – opinię. Jest w tym pewien bezwład – przyzwyczajenie do tego, co znane, i kompletny brak otwartości na alternatywę. Faktem jest, że topola na ogół nie olśniewa natychmiast, ale prawdą jest też, że potrafi nagrodzić uwagę.

Miejsce w konkursie nie było jednak najważniejszą kwestią 🙂 Super informacją jest przede wszystkim to, że ponad 850 osób postanowiło dać szansę naszym topolom. Chcę wierzyć, że są wśród nich takie, z którymi ich historie zostaną na dłużej.

Co do zwycięzcy plebiscytu: 3929 głosami wygrała „Lipa Sobieskiego”. Według legendy miała zostać posadzona ręką Jana III Sobieskiego. Rośnie w zespole pałacowo-parkowym w Przeworsku, ma ponad 300 lat i jest pomnikiem przyrody. To czytelna, łatwa do przekazania historia, osadzona w symbolice, którą większość osób zrozumie bez potrzeby dodatkowych tłumaczeń. Co więcej, drzewo miało społeczność, która potrafiła się wokół niego naprawdę skutecznie zmobilizować – i nie można mieć o to pretensji.

Lipa Sobieskiego z Przeworska – Drzewo Roku 2026, wyłonione w plebiscycie organizowanym przez Klub Gaja [źródło zdjęcia].

Korzystając z okazji, chciałbym gorąco pogratulować osobom, którym udało się zawalczyć o swoje drzewo, i jednocześnie serdecznie dziękuję wszystkim, którzy głosowali oraz na różne sposoby wspierali nasze topole. Każdy głos, każde dobre słowo, każdy artykuł i udostępnienie miały znaczenie. Nie sposób tych działań przecenić…

„Drzewo Roku” 2026 Klubu Gaja / Działamy! (dla naszych topól)

Ale ten czas zasuwa… Z początkiem miesiąca wystartowało głosowanie w tegorocznej edycji „Drzewa Roku” – ogólnopolskiego plebiscytu organizowanego przez Klub Gaja, jedną z najstarszych krajowych niezależnych organizacji pozarządowych, zajmujących się tematyką ekologiczną. W związku z tym, przez cały czerwiec internauci mogą oddawać głosy na szesnaście wyjątkowych drzew z całej Polski. Z mojego punktu widzenia najistotniejsze jest to, że w gronie finalistów (obok dębów, lip, sosny i klonu francuskiego) znalazły się dwie topole – grudziądzka „Marzanna” oraz tzw. „Topola Obrońców” z warszawskiej Ochoty – „Warszawskie Drzewo Roku 2025” – zgłoszona przez Zarząd Zieleni m.st. Warszawy.

Ci, którzy śledzą wpisy na moim blogu, wiedzą, że „Marzanna” – nadwiślańska sokora o unikalnym pokroju – regularnie się przez nie przewija. To moja stara znajoma. Zetknąłem się z nią po raz pierwszy jako dzieciak i spotkanie głęboko mnie poruszyło. Od tamtej chwili upłynął szmat czasu, i choć od wielu lat nie mieszkam już w Grudziądzu, nie mogę przestać o niej myśleć. Niestety, obecnie jest ona tylko cieniem dawnej siebie. Dzisiejsze wizyty u niej mają w sobie coś z odwiedzin u bliskiego krewnego, który gaśnie w nadrzecznym hospicjum. Oglądanie kogoś, z kogo ucieka życie, a komu nie da się przywrócić dawnych sił, bywa przygnębiające. Jednocześnie w głowie kłębi się wiele innych uczuć – na pewno są wśród nich także czułość i wdzięczność. „Marzanna„, choć coraz bardziej rozpływa się w otaczającym ją krajobrazie – tracąc gałęzie i konary, zlewając się z płótnem nadrzecznej skarpy i samą Wisłą – wciąż w jakiś sposób go determinuje. Co więcej, wydaje się być coraz mniej drzewem w potocznym sensie, a coraz bardziej procesem – swoistą lekcją przemijania, której nie da się właściwie opisać słowami, czy uchwycić na zdjęciu. Wobec czegoś takiego nie da się przejść obojętnie.

Z wizytą u „Marzanny” – 2 maja bieżącego roku.

Oczywiście, nie mam złudzeń, że internetowe konkursy rozwiązują problemy ochrony przyrody. Jeśli chodzi o grudziądzką sokorę, to udział w plebiscycie nie przywróci jej dawnej korony, nie zabliźni ran będących dziełem wandali i żywiołów, ani nie cofnie procesu próchnienia. Może jednak przyczynić się do czegoś ważnego – poszerzyć krąg osób, dla których drzewa przestaną być anonimowym elementem tła. To naprawdę wiele – i chwała za to Klubowi Gaja. Od zauważenia kogoś lub czegoś bardzo często bowiem zaczyna się troska.

Drugą z topól, które znalazły się w finale, jest „Topola Obrońców” – warszawska topola kanadyjska odmiany późnej, żółtolistnej (Serotina Aurea), rosnąca przy ulicy Grójeckiej na Ochocie, w sąsiedztwie pomnika Barykada Września. To drzewo-pomnik w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Jest świadkiem miejsca, w którym splatają się pamięć o bohaterskich obrońcach Stolicy, dramat „Zieleniaka” oraz codzienność współczesnego miasta. Wokół niej wyrasta bezduszna zabudowa. Gdy patrzę na zdjęcia prezentujące jej sylwetkę, udostępnione na potrzeby „Drzewa Roku”, mam nieodparte wrażenie, że miejsce, w którym ją posadzono w okresie międzywojennym, przestaje być dla niej gościnne. Formalny status pomnika przyrody oczywiście ma znaczenie, ale nie jest magiczną tarczą. Stare drzewo rosnące w wielkim mieście potrzebuje czegoś więcej niż urzędowej tabliczki i wpisu w rejestrze. Wymaga uwagi, dobrego sąsiedztwa, odpowiedzialnych decyzji oraz społeczności, która nie tylko rozpoznaje, co jest ważne, ale – gdy okoliczności tego wymagają – potrafi to zdecydowanie artykułować.

Warszawska „Topola Obrońców” – jedno ze zdjęć, będących wizytówką drzewa na stronie prezentującej finalistów plebiscytu „Drzewo Roku” 2026 Klubu Gaja [źródło].

W świetle powyższego, gorąco zachęcam do wzięcia udziału w plebiscycie i oddania głosu na nasze topole. Nie będę jednak udawał bezstronnego – moje serce niezmiennie pozostaje przy grudziądzkiej sokorze. Nie pogniewam się jednak, jeżeli bliższa jest Wam opowieść warszawska i wybierzecie „Topolę Obrońców”.

Pierwszy ranking cząstkowy (opublikowany 6 czerwca) nie urywa głowy. „Marzanna” miała wówczas 63 głosy, a „Topola Obrońców” 69. Liderzy (głównie dęby) są znacznie dalej. Nie piszę tego, by się żalić, tylko by wskazać, iż mam świadomość istniejącego wyzwania. To jasne, że w tego rodzaju „wyborach” wygrywają nie tylko drzewa, ale przede wszystkim społeczności zgromadzone wokół nich. Bywam czasem naiwnym idealistą i chcę wierzyć, że ta nasza topolowa społeczność dopiero się zbiera. Nie mam zbyt dużych zasięgów, ale nie przeszkadza mi to w podejmowaniu zakulisowych działań, by była ona jak najszersza. W miarę możliwości inwestuję w materiały promocyjne – ulotki, plakaty, koszulki, równolegle piszę, przypominam i proszę. Wychodząc ze swojej introwertycznej strefy komfortu, podrzucam też informacje mediom, uruchamiam znajomości oraz odzywam się do ludzi, którym – mam nadzieję – los drzew nie jest obojętny.

Próbka moich materiałów promujących głosowanie na „Marzannę” w tegorocznej edycji plebiscytu „Drzewo Roku” Klubu Gaja.

Szczególnie zależy mi na aktywizacji placówek oświatowych. Wysyłając maile, zachęcam dyrekcje oraz nauczycieli, by potraktowali konkurs jako pretekst do kształtowania w swoich wychowankach postaw szczególnie ważnych w dzisiejszych czasach – troski o środowisko, uważności, empatii, odpowiedzialności za świat, czy budowania solidarnej wspólnoty. Aktywne włączenie się w akcję mogłoby pokazać, że szkoła, czy przedszkole może być miejscem, które nie tylko przekazuje „suchą” wiedzę, ale także formuje młodych ludzi wrażliwych na przyrodę, historię i sprawy społeczne. Dzieci i młodzież dopiero poznają, jak funkcjonuje świat. To, czego nauczą się teraz, może pozostać z nimi na całe życie. Jeśli sędziwe drzewo zostanie im przedstawione jako bezwartościowy szrot – przeszkoda przy budowie parkingu, obiekt zacieniający działkę albo kłopot administracyjny, w przyszłości mogą podejmować decyzje, patrząc dokładnie z takiej perspektywy. Jeśli jednak zobaczą w nim świadka przeszłości, sąsiada, część lokalnej opowieści, czy żywy organizm tworzący przestrzeń dla innych istot, natenczas jest szansa, że kiedyś zareagują inaczej.

Idealistycznie zakładam, że mądra szkoła może pokazać, że przyroda, o którą warto walczyć, jest wszędzie wokół nas – nad rzeką, w parku, przy ruchliwej ulicy, na dawnym targowisku, czy przy ścieżce, którą codziennie chodzimy, nie poświęcając jej zbytniej uwagi. Drzewa mogą być świetnymi nauczycielami, ale nie mówią wprost – należy się przy nich chociaż na moment zatrzymać i zadać sobie trud zastanowienia się, co mogłyby mieć do powiedzenia.

Na ile moje działania okażą się skuteczne? Niestety, idę trochę na wyczucie i niestety nie jestem w stanie przewidzieć skutków…

Kończąc ten wpis, pozostawiam Was z prośbą – jeśli możecie, zagłosujcie proszę na jedną z bohaterek dzisiejszej notatki i udostępniajcie informację dalej. Głosowanie odbywa się na stronie drzeworoku.pl. Należy wybrać drzewo, zaakceptować regulamin, podać adres e-mail, a następnie potwierdzić głos, klikając w link otrzymany w wiadomości.

Krótkie postscriptum do poprzedniej notatki (dendro-niespodzianka)

Pisząc poprzednią notatkę, nie chciałem rozbudowywać wątków pobocznych. Już po opublikowaniu tekstu uznałem jednak, że warto coś dopowiedzieć.

Podczas ubiegłorocznego wypadu do Trzęsacza nie trzymałem się ściśle planu. Wkrótce po rozstaniu z „Heksą”, idąc szosą w kierunku Bydgoszczy przez Strzelce Dolne – wieś znaną ze śliwkowych powideł – wypatrzyłem z daleka czuprynę innej sokory (rosła w pasie zadrzewień między polami). Gdy podszedłem bliżej, okazało się, że drzewo ma w „pasie” ponad osiem metrów (dokładnie 812 cm) i jedną z najbardziej imponujących koron, jakie dotychczas widziałem (zerknijcie proszę na fotografie, które załączam poniżej). Niestety, jego pień był uszkodzony i – podobnie, jak w przypadku wielu innych nadwiślańskich topoli – był naznaczony ogniem. Co ciekawe, na tę chwilę, sokory tej nie ma w żadnych rejestrach. Chciałbym powiedzieć to jasno – idąc ku temu drzewu, zupełnie nie spodziewałem się jego wielkości. Co więcej, już po powrocie do domu, sprawdzając, jak prezentuje się ono na zdjęciach satelitarnych, wciąż byłem zdziwiony. Bazując wyłącznie na nich, absolutnie nie zwróciłbym na nie uwagi.

Traktuję to jako lekcję na przyszłość. Coś mówi mi, że okolica może kryć jeszcze niejedną niespodziankę tego rodzaju. Trzeba będzie zatem jeszcze tu wrócić i dokładniej powęszyć 🙂

Kujawska „Heksa” – topola czarna, która ma twarz

Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o kolejnej godnej uwagi nadwiślańskiej sokorze. O drzewie tym, znanym głównie miejscowym i fanatykom buszującym po zakamarkach „Rejestru Polskich Drzew Pomnikowych”, możemy przeczytać, że jest to „(…) potężna topola czarna z wypalonym pniem, pokrytym licznymi naroślami i odrostami. Drzewo jest niemal całkowicie nieznane. Dobrze widać je z pobliskiej drogi, ale ze względu na zarośla z daleka ciężko zobaczyć, jak okazały jest pień topoli” [opis p. Bartosza Stoja, który w 2019 roku wprowadził je do Rejestru; LINK]. Powyższa charakterystyka jest prawdziwa, nie zawiera jednak całej prawdy o drzewie. Jest wszak coś frapującego, co zdecydowanie wyróżnia je spośród innych sędziwych topoli, na które można natrafić wędrując wzdłuż Wisły. Wiem to, ponieważ 26 grudnia ubiegłego roku wstałem grubo przed świtem i zafundowałem sobie wycieczkę na dwa pociągi, tramwaj oraz jakieś osiem kilometrów z buta w jedną stronę. Wszystko po to, by spotkać się z protagonistką niniejszej notatki i naocznie przekonać się, jaka ona naprawdę jest.

Poznajcie kujawską „Heksę” – jedną z najgrubszych i najciekawszych polskich topoli. Rośnie ona wśród nadrzecznych łąk i pól w miejscowości Trzęsacz w województwie kujawsko-pomorskim. Stosunkowo niedaleko znajdują się pozostałości po średniowiecznym grodzisku. Jest też opuszczony cmentarz oraz lokalna ciekawostka geologiczna – licząca kilkanaście metrów długości jaskinia „Bajka”.

Sokora z Trzęsacza, oglądana z daleka, przypomina trochę słynną „Topolę Mariańską”, rosnącą w Ostromecku, zaledwie osiem i pół kilometra w górę Rzeki. Oba drzewa na pewno łączy to, że wyrosły na otwartej przestrzeni, dobrze wykorzystując możliwości, wynikające z takiego układu. Nie wiem, czy są spokrewnione, ale gdyby tak było, Trzęsaczanka na pewno byłaby tą złą siostrą. Gdy podejdzie się bliżej, dość szybko orientujemy się bowiem, że mamy do czynienia z postacią rodem z mrocznej baśni – prawdziwą czarownicą.

Zima to odpowiedni czas na studiowanie sylwetek drzew. Wówczas wszystko podane jest wprost, bez zbędnych dekoracji. W przypadku „Heksy” najważniejszy jest pień – część, w której najmocniej zapisuje się czas. Jest on monstrualny (920 cm obwodu pierśnicowego), butelkowaty, pokryty rakowymi naroślami i gruzłowatą, nieprzyjemną w dotyku korą. Co istotne, od południowo-zachodniej strony ma potężny, otwarty ubytek wysoki na około pięć metrów. Wypalona, podłużna i przeszywająco mroczna dziura, wydaje się pochłaniać nie tylko światło, ale też wzrok obserwatora (wewnątrz ślady po ogniu, próchno i rozpieprzone gniazdo szerszeni). Ponad nią można zobaczyć osobliwie wyglądający, szarawy obszar „łysego” drewna. Uszkodzenie to – powstałe w wyniku oderwania się płata kory – jest duże i dość symetryczne. Zdobi je swoisty relief nierówności, spękań, zabrudzeń i zacieków, których układ ma kluczowe znaczenie. Najważniejsze są dwie mniej więcej równoległe, guzowate struktury, z których niegdyś wyrastały wiązki pędów odroślowych oraz ciemniejsza, pionowa wstęga biegnąca między nimi. Całość sprawia wrażenie maski. I właśnie w tym miejscu zaczyna się pareidolia – prosta sztuczka percepcji, w której mózg układa przypadkowe kształty w znane wzory. W przypadku sokory z Trzęsacza nie jest to subtelne „może coś tam widać”, tylko uparte, narzucające się wrażenie, że pień ma twarz. Gdy to dostrzeżesz, wspomniane guzy wraz z dzielącą je wstęgą staną się oczami i nosem, a długa czarna szczelina – kuriozalnie szeroko otwartymi ustami.

Mrocznej aparycji dodatkowo dopełnia plątanina rosochatych gałęzi. Zwłaszcza te położone nisko – pokryte liszajem żółtawych porostów (złotorost) – są dziko roztańczone, błądzą wśród samosiejek tarniny i klonu jesionolistnego. Wygląda to trochę tak, jak gdyby topola zapamiętale miotała nimi w jakimś szaleńczym amoku. Jakby tego było mało, gdzieniegdzie zdobią je tzw. czarcie miotły – krzaczaste, spotworniałe skupiska pędów, ułożone inaczej niż należałoby spodziewać się po normalnych gałęziach.

Odnośnie dryfowania w kierunku upiornych skojarzeń, to ktoś, komu pokazałem kilka zdjęć „Heksy”, stwierdził, że przypomina mu ona „drzewo umarłych” z filmu „Jeździec bez głowy” (oryg. „Sleepy Hollow”). Osobiście nie do końca podzielam tę opinię (gdy patrzę na plątwę odsłoniętych napływów korzeniowych polistyrenowej makiety z dzieła Burtona, widzę więcej wizualnych punktów stycznych z sylwetką grudziądzkiej „Marzanny” [link]), mimo to sugestia utkwiła mi w pamięci.

Kadr z filmu „Jeździec bez głowy” (reż. Tim Burton), na którym widać tytułowe widmo oraz tzw. „drzewo umarłych” [źródło].

Filmowy rekwizyt był zarazem grobem i przejściem między światami. Z jamy ziejącej u jego podstawy wyjeżdżał bowiem tytułowy upiór bez głowy. Może się to wydawać zaskakujące, ale stąd już niedaleko do miejscowego folkloru. Zabawne, lecz jakiś miesiąc temu wpadła mi w ręce książka Natalii Zacharek, zatytułowana „Duchy i demony ziemi chełmińskiej” (wydawnictwo Region, 2022). Czytając ją, trafiłem na wzmiankę, że nocne manifestacje podobnej, pozbawionej czerepu postaci rzekomo miały miejsce po drugiej stronie Wisły – zaledwie kilkanaście kilometrów na północny-wschód od Trzęsacza. Obecność tego rodzaju gości w dawnych wierzeniach na ogół wiązana bywa ze starymi cmentarzyskami czy rozstajami dróg. Osobiście nie widzę jednak przeszkód, by uczynić wypalony pień „Heksy” siedzibą regionalnego upiora. Moim zdaniem jej wygląd doskonale predestynuje ją do włączenia w mozaikę lokalnych folklorystycznych osobliwości. Niedaleko miejsca, w którym rośnie, są przecież „Diabelce”, zwane też „Czarcimi Górami” – pasmo morenowych wzgórz opadających ku Wiśle, obrosłe mrocznymi opowieściami, a także tzw. diabelski kamień w miejscowości Leosia.

Zmierzając do brzegu, cieszę się ze spotkania z „Heksą” – spotworniałą sokorą, która ma twarz. W epoce scrollowania, gdy patrzenie dla wielu stało się aktem bezmyślnej konsumpcji, wymusza ona zupełnie inny rytm. Jest pretekstem, by przystanąć i spróbować zobaczyć coś więcej niż tylko drzewo. Chciałbym jednak, żebyście czytając niniejszy tekst, mieli na uwadze również to, że sędziwe topole to nie tylko interesujące obiekty fotografii czy osie, wokół których można zbudować jakąś niesamowitą opowieść. Wiele z nich nosi świadectwa upływu czasu i dramatycznych wydarzeń – martwice boczne, kominowe ubytki wewnątrz pni, odspojone płaty kory, wypełnione próchnem jamy po wyłamanych konarach czy stosy martwego drewna leżące u ich podstawy. Paradoksalnie to, co człowiekowi wydaje się ruiną, dla przyrody może być prawdziwym, pełnym życia mikrokosmosem.

Niewiele mniejsze znaczenie może mieć także to, że sylwetki starych drzew są również żywym pomnikiem miejsca – pokazują bowiem, że nieujarzmiony, pierwotny świat wciąż istnieje. Taki, którego nikt nie uporządkował, nie wyrównał, nie przyciął. By go doświadczyć, czasem nie potrzeba zbyt wiele…

Marcowe aktualności :D

Powietrze pachnie obietnicą wiosny.  Nareszcie ocieplenie.

Są też inne pozytywne informacje, którymi warto się podzielić. Na początku tego miesiąca podano do wiadomości publicznej listę finalistów tegorocznej edycji konkursu „Drzewo Roku”, organizowanego przez Klub Gaja – szesnaście drzew wybranych spośród niemal pięćdziesięciu zgłoszeń (https://swietodrzewa.pl/finalisci-konkursu-drzewo-roku-2026-w-polsce/). W tym zaszczytnym gronie znalazła się także moja „Marzanna” – przedziwna topola czarna, rosnąca nad grudziądzką Wisłą. Wiadomość o tym zdążyły podchwycić już lokalne media.

Oficjalny plakat promujący plebiscyt „Drzewo Roku 2026”, organizowany przez Klub Gaja.

Udział „Marzanny” w decydującym etapie ogólnopolskiego konkursu raduje bez względu na to, czy ma ona szansę na podium. Wieść o niej wypływa na szersze wody. Dzięki temu, być może, znajdą się kolejne osoby, które zwrócą uwagę na jej istnienie oraz będą w stanie docenić niesamowity nadwiślański krajobraz, w którym od kilku ludzkich pokoleń zakotwiczona jest jej obecność.

Oczywiście, bardzo cieszy mnie również zakwalifikowanie się do finału „Topoli Obrońców” z Ochoty – „Warszawskiego Drzewa Roku 2026” (gratulacje dla Zarządu Zieleni m.st. Warszawy). Nie będę jednak udawał bezstronności. Moją bezsporną faworytką pozostaje bowiem grudziądzka sokora i do głosowania na nią będę przede wszystkim zachęcał.

Tymczasem proszę o strumień życzliwych myśli. Na aktywny udział w konkursie przyjdzie jeszcze czas…

Rosochata korona „Marzanny” nagrzana ciepłem marcowego słońca (zdjęcie wykonane przy użyciu kamery termowizyjnej).

Kołowanie (nie tylko myślami) wokół „Marzanny”

Trzynastego listopada przyjechałem do Grudziądza na dwie noce i jeden dzień. Zbyt krótko, by poczuć prawdziwy ciężar miejsca, ale wystarczająco długo, by zejść nad Wisłę i odwiedzić „Marzannę„. Gdy zbierałem jej butwiejące liście siąpił zimny deszcz, a świat – tymczasowo wyprany z zieleni – przyobleczony był w szarawy woal mgły. Uśmiechałem się pod nosem. Liście wkładałem bowiem między kartki zbioru opowiadań H. P. Lovecrafta. Wybór nie był zamierzony, ale wykorzystanie dzieła mistrza grozy jako bieda-zielnika wydawało się wyjątkowo pasować do okoliczności.

Aura była ponura, ale wśród nagich gałęzi mojej sokory kręciło się stado żwawych sikor. Nieopodal, na zalesionym stoku Kępy Strzemięcińskiej, widziałem też kilka saren. Smuci mnie, że stan drzewa z miesiąca na miesiąc pogarsza się, pocieszające jest jednak to, że w jego pobliżu zawsze można dostrzec jakieś przejawy dzikiego życia.

Mniej więcej w połowie października poprosiłem Rafała Liedke o kolejne udokumentowanie „Marzanny” z powietrza. Pogoda była wówczas o niebo lepsza niż teraz. Dość ciepło, przejrzyście, z tym miękkim, jesiennym światłem, które nadaje światu lekko bajkowego sznytu. Efekty lotu możecie zobaczyć poniżej.

Oglądając materiał na gorąco, pomyślałem, że jeśli gdzieś jest drzewo, które powinno znaleźć się w centrum uwagi, to jest nim właśnie nasza wyjątkowa grudziądzka sokora. Nie zastanawiając się długo postanowiłem, że zgłoszę ją do konkursu „Drzewo Roku”, organizowanego przez Klub Gaja, będący jedną z najstarszych polskich organizacji ekologicznych. Co istotne, w tym ogólnopolskim plebiscycie nie szuka się rekordzistów, ale drzew z opowieścią. Nie ma wątpliwości, że do takich drzew zaliczyć można również „Marzannę”.

Jeśli jesteście ciekawi, jej (sklecona przeze mnie na potrzeby plebiscytu) historia brzmi mniej więcej tak:

„(…) Zobaczyłem ją po raz pierwszy, gdy byłem małym chłopcem. Miałem wówczas najwyżej sześć lat i byłem obdarzony niezwykle bogatą wyobraźnią. Przedziwna topola czarna (Populus nigra L.), rosnąca nad brzegiem Wisły u podnóża grudziądzkiej Kępy Strzemięcińskiej, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i już na zawsze zapisała się w mej pamięci.

„Marzanna” to drzewo jedyne w swoim rodzaju. Stoi na granicy żywiołów i ludzkich ścieżek, jak strażniczka miejsca, które pamięta znacznie więcej niż my. Wpatrzona w rzekę, słuchająca rozmów dzikich gęsi, wędrujących tędy od pokoleń, istnieje prawdopodobnie od połowy XIX wieku.

To, co ją wyróżnia, to iście monstrualny, w dużej mierze odsłonięty system korzeniowy, który malowniczymi splotami opada ku Wiśle. Ten swoisty labirynt żył wyciągniętych ku światu stanowi pożywkę dla wyobraźni, niekiedy wywołując pareidoliczne przywidzenia. W czasach świetności miała ona niemal osiem metrów obwodu pierśnicowego pnia, a jej rozczapierzona korona była wyjątkowo szeroka.

Dzisiaj to już pieśń przeszłości. Utraciwszy większość konarów, z ogromną, murszejącą wyrwą w pniu i osmalonymi napływami korzeniowymi, powoli zamiera. Wbrew wandalom i niszczącej potędze natury, robi to jednak z wyjątkową godnością. Rozciągnięty w czasie proces jej odchodzenia przypomina bowiem rozbieranie się do snu. Jeżeli decydenci pozwolą, będzie nim ostateczne rozpłynięcie się w krajobrazie.

Gdy wracam do Grudziądza (…), zawsze ją odwiedzam. Nadałem jej imię „Marzanna” nie tylko dlatego, że na początku lat 90. ubiegłego stulecia dzieci z pobliskiej szkoły podstawowej topiły nieopodal kukły wyobrażające tę postać. To miano zobowiązuje. Przywołuje bowiem starą lekcję o odchodzeniu i powrocie. Przypomina, że przemijanie jest częścią naturalnego porządku, nie zaś jego pęknięciem.

Drzewo, które przetrwało tak wiele, nie kłóci się z czasem. Zamiast tego daje lekcję czułości, która nie jest ckliwa – cichego uznania dla tego, co kruche i silne zarazem. W cyklu utraty i odrodzenia dostrzec można uniwersalną mądrość, która nie potrzebuje wielkich słów.

Grudziądzka sokora jest drzewem prawdy. W kontrze do świata hołdującego kultowi młodości i piękna za wszelką cenę, nie udaje doskonałości, nie wygładza kantów. Jej rosochate konary rozchodzą się jak drogi, którymi idziemy, a każdy z nich zdaje się znać ciężar ptasich gniazd, uderzenia wiatru czy próby dziecięcych wspinaczek. Miejscowi przychodzą i odchodzą, rzeka czasu płynie, a ona – zmieniając swą postać – pokornie za nią podąża.

„Marzanna” nie zabiega o oklaski. Zgłaszam ją jednak do konkursu nie jako lokalną osobliwość, lecz unikalne zjawisko, które zasługuje na dostrzeżenie. Niebawem zapewne obumrze, tymczasem wciąż przypomina mieszkańcom Grudziądza, że krajobraz nie jest wyłącznie tłem, lecz relacją.

Jeśli szukamy znaku, który pomoże nam pogodzić się z biegiem rzeczy, wystarczy położyć dłoń na jej pniu lub odsłoniętych korzeniach. Patrząc na nią, nieco łatwiej zrozumieć, że życie nie polega na ocaleniu wszystkiego, lecz na mądrym poddaniu się temu, co nieuchronne – i na odwadze, by mimo wszystko wypuszczać nowe liście…” [fragment uzasadnienia, który wpisałem do formularza zgłoszeniowego]

Nie wiem, czy staruszce uda się przejść przez sito eliminacji. Być może jej historia przepadnie wśród innych opowieści, ale w zasadzie nie ma to większego znaczenia. Dla mnie sam fakt, że mogę akcentować jej istnienie, daje poczucie sprawczości (czasem go potrzebuję) i staje się jasnym punktem w okresie jesiennej depresji.

Chwilowo zostawiam Was sam na sam z powietrznym portretem autorstwa Rafała oraz z myślą, że gdzieś tam, nad brzegiem Wisły, u podnóża Kępy Strzemięcińskiej, stoi stare niesamowite drzewo i – na razie – wciąż nie poddaje się. Jeśli „Marzanna” trafi do finału konkursu, dam znać. Wtedy być może poproszę o to, byśmy razem powalczyli o to, by jej historia poniosła się dalej…

15-18 sierpnia; Grudziądz

Kilka wizyt nad Wisłą i wałęsanie się z aparatem po zalesionym zboczu Kępy Strzemięcińskiej (bywając przekąską dla bandy wyjątkowo zajadłych komarów). Na zdjęciu „Marzanna” i ja (jako cień) w świetle zachodzącego słońca. Jak widać, staruszka wciąż stoi. Tego lata miały miejsce ekstremalne zjawiska pogodowe i nie ukrywam, że nie będąc w Grudziądzu od maja, martwiłem się o nią. Widząc ją żywą cieszę się, ale wciąż nie do końca potrafię pogodzić się z tym, że jej obecność w krajobrazie, mimo wszystko, coraz bardziej zaciera się.

Jeśli chodzi o około-wiślane tematy, to ten wyjazd zapamiętam również dlatego, że mogliśmy podziwiać flotyllę tradycyjnych łodzi, które zawitały do Grudziądza z okazji „Festiwalu Wisły”. Był wśród nich warszawski byk „Olęder„, którym – razem z Arturem – miałem przyjemność płynąć ubiegłego lata. Teraz młody dostał małpiego rozumu na widok barachła ze straganów z zabawkami i nic poza tym nie miało dla niego znaczenia. Na szczęście, nasz Darek (mający dopiero dwadzieścia miesięcy) – przeciwnie – obserwował wszystko z godną podziwu uwagą…