Kujawska „Heksa” – topola czarna, która ma twarz

Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o kolejnej godnej uwagi nadwiślańskiej sokorze. O drzewie tym, znanym głównie miejscowym i fanatykom buszującym po zakamarkach „Rejestru Polskich Drzew Pomnikowych”, możemy przeczytać, że jest to „(…) potężna topola czarna z wypalonym pniem, pokrytym licznymi naroślami i odrostami. Drzewo jest niemal całkowicie nieznane. Dobrze widać je z pobliskiej drogi, ale ze względu na zarośla z daleka ciężko zobaczyć, jak okazały jest pień topoli” [opis p. Bartosza Stoja, który w 2019 roku wprowadził je do Rejestru; LINK]. Powyższa charakterystyka jest prawdziwa, nie zawiera jednak całej prawdy o drzewie. Jest wszak coś frapującego, co zdecydowanie wyróżnia je spośród innych sędziwych topoli, na które można natrafić wędrując wzdłuż Wisły. Wiem to, ponieważ 26 grudnia ubiegłego roku wstałem grubo przed świtem i zafundowałem sobie wycieczkę na dwa pociągi, tramwaj oraz jakieś osiem kilometrów z buta w jedną stronę. Wszystko po to, by spotkać się z protagonistką niniejszej notatki i naocznie przekonać się, jaka ona naprawdę jest.

Poznajcie kujawską „Heksę” – jedną z najgrubszych i najciekawszych polskich topoli. Rośnie ona wśród nadrzecznych łąk i pól w miejscowości Trzęsacz w województwie kujawsko-pomorskim. Stosunkowo niedaleko znajdują się pozostałości po średniowiecznym grodzisku. Jest też opuszczony cmentarz oraz lokalna ciekawostka geologiczna – licząca kilkanaście metrów długości jaskinia „Bajka”.

Sokora z Trzęsacza, oglądana z daleka, przypomina trochę słynną „Topolę Mariańską”, rosnącą w Ostromecku, zaledwie osiem i pół kilometra w górę Rzeki. Oba drzewa na pewno łączy to, że wyrosły na otwartej przestrzeni, dobrze wykorzystując możliwości, wynikające z takiego układu. Nie wiem, czy są spokrewnione, ale gdyby tak było, Trzęsaczanka na pewno byłaby tą złą siostrą. Gdy podejdzie się bliżej, dość szybko orientujemy się bowiem, że mamy do czynienia z postacią rodem z mrocznej baśni – prawdziwą czarownicą.

Zima to odpowiedni czas na studiowanie sylwetek drzew. Wówczas wszystko podane jest wprost, bez zbędnych dekoracji. W przypadku „Heksy” najważniejszy jest pień – część, w której najmocniej zapisuje się czas. Jest on monstrualny (920 cm obwodu pierśnicowego), butelkowaty, pokryty rakowymi naroślami i gruzłowatą, nieprzyjemną w dotyku korą. Co istotne, od południowo-zachodniej strony ma potężny, otwarty ubytek wysoki na około pięć metrów. Wypalona, podłużna i przeszywająco mroczna dziura, wydaje się pochłaniać nie tylko światło, ale też wzrok obserwatora (wewnątrz ślady po ogniu, próchno i rozpieprzone gniazdo szerszeni). Ponad nią można zobaczyć osobliwie wyglądający, szarawy obszar „łysego” drewna. Uszkodzenie to – powstałe w wyniku oderwania się płata kory – jest duże i dość symetryczne. Zdobi je swoisty relief nierówności, spękań, zabrudzeń i zacieków, których układ ma kluczowe znaczenie. Najważniejsze są dwie mniej więcej równoległe, guzowate struktury, z których niegdyś wyrastały wiązki pędów odroślowych oraz ciemniejsza, pionowa wstęga biegnąca między nimi. Całość sprawia wrażenie maski. I właśnie w tym miejscu zaczyna się pareidolia – prosta sztuczka percepcji, w której mózg układa przypadkowe kształty w znane wzory. W przypadku sokory z Trzęsacza nie jest to subtelne „może coś tam widać”, tylko uparte, narzucające się wrażenie, że pień ma twarz. Gdy to dostrzeżesz, wspomniane guzy wraz z dzielącą je wstęgą staną się oczami i nosem, a długa czarna szczelina – kuriozalnie szeroko otwartymi ustami.

Mrocznej aparycji dodatkowo dopełnia plątanina rosochatych gałęzi. Zwłaszcza te położone nisko – pokryte liszajem żółtawych porostów (złotorost) – są dziko roztańczone, błądzą wśród samosiejek tarniny i klonu jesionolistnego. Wygląda to trochę tak, jak gdyby topola zapamiętale miotała nimi w jakimś szaleńczym amoku. Jakby tego było mało, gdzieniegdzie zdobią je tzw. czarcie miotły – krzaczaste, spotworniałe skupiska pędów, ułożone inaczej niż należałoby spodziewać się po normalnych gałęziach.

Odnośnie dryfowania w kierunku upiornych skojarzeń, to ktoś, komu pokazałem kilka zdjęć „Heksy”, stwierdził, że przypomina mu ona „drzewo umarłych” z filmu „Jeździec bez głowy” (oryg. „Sleepy Hollow”). Osobiście nie do końca podzielam tę opinię (gdy patrzę na plątwę odsłoniętych napływów korzeniowych polistyrenowej makiety z dzieła Burtona, widzę więcej wizualnych punktów stycznych z sylwetką grudziądzkiej „Marzanny” [link]), mimo to sugestia utkwiła mi w pamięci.

Kadr z filmu „Jeździec bez głowy” (reż. Tim Burton), na którym widać tytułowe widmo oraz tzw. „drzewo umarłych” [źródło].

Filmowy rekwizyt był zarazem grobem i przejściem między światami. Z jamy ziejącej u jego podstawy wyjeżdżał bowiem tytułowy upiór bez głowy. Może się to wydawać zaskakujące, ale stąd już niedaleko do miejscowego folkloru. Zabawne, lecz jakiś miesiąc temu wpadła mi w ręce książka Natalii Zacharek, zatytułowana „Duchy i demony ziemi chełmińskiej” (wydawnictwo Region, 2022). Czytając ją, trafiłem na wzmiankę, że nocne manifestacje podobnej, pozbawionej czerepu postaci rzekomo miały miejsce po drugiej stronie Wisły – zaledwie kilkanaście kilometrów na północny-wschód od Trzęsacza. Obecność tego rodzaju gości w dawnych wierzeniach na ogół wiązana bywa ze starymi cmentarzyskami czy rozstajami dróg. Osobiście nie widzę jednak przeszkód, by uczynić wypalony pień „Heksy” siedzibą regionalnego upiora. Moim zdaniem jej wygląd doskonale predestynuje ją do włączenia w mozaikę lokalnych folklorystycznych osobliwości. Niedaleko miejsca, w którym rośnie, są przecież „Diabelce”, zwane też „Czarcimi Górami” – pasmo morenowych wzgórz opadających ku Wiśle, obrosłe mrocznymi opowieściami, a także tzw. diabelski kamień w miejscowości Leosia.

Zmierzając do brzegu, cieszę się ze spotkania z „Heksą” – spotworniałą sokorą, która ma twarz. W epoce scrollowania, gdy patrzenie dla wielu stało się aktem bezmyślnej konsumpcji, wymusza ona zupełnie inny rytm. Jest pretekstem, by przystanąć i spróbować zobaczyć coś więcej niż tylko drzewo. Chciałbym jednak, żebyście czytając niniejszy tekst, mieli na uwadze również to, że sędziwe topole to nie tylko interesujące obiekty fotografii czy osie, wokół których można zbudować jakąś niesamowitą opowieść. Wiele z nich nosi świadectwa upływu czasu i dramatycznych wydarzeń – martwice boczne, kominowe ubytki wewnątrz pni, odspojone płaty kory, wypełnione próchnem jamy po wyłamanych konarach czy stosy martwego drewna leżące u ich podstawy. Paradoksalnie to, co człowiekowi wydaje się ruiną, dla przyrody może być prawdziwym, pełnym życia mikrokosmosem.

Niewiele mniejsze znaczenie może mieć także to, że sylwetki starych drzew są również żywym pomnikiem miejsca – pokazują bowiem, że nieujarzmiony, pierwotny świat wciąż istnieje. Taki, którego nikt nie uporządkował, nie wyrównał, nie przyciął. By go doświadczyć, czasem nie potrzeba zbyt wiele…

Pragnienie wody (opowiastka dziecięca)

Dawno temu, w czasach, gdy świat był jeszcze młody, a zwierzęta, rośliny oraz żywioły jawnie posługiwały się mową, na rozległym, spalonym słońcem pustkowiu żył pewien wąż. Był bardzo stary, a morze piasku, które było mu domem, nie miało przed nim tajemnic. Jego ciało – smukłe i gibkie, lśniło niczym wypolerowana miedź. Dzień po dniu, pełznąc, przemierzał bezwodną krainę, pozostawiając za sobą długi, wijący się ślad. W którąkolwiek stronę by się jednak nie udał, na miejscu zastawał jedynie pustać i piach. Mijały lata, oblicze pustyni pozostawało tak samo surowe i dzikie, lecz w międzyczasie coś innego zaczęło się zmieniać – w sercu węża zaczęło tlić się zarzewie jakiejś przedziwnej myśli.

Pewnego dnia, kiedy słońce kryło się za linią horyzontu, a piaski zaczynały stygnąć, wąż przypadkowo natknął się na starą kobietę. Była dziwna. Jej twarz, poradlona siecią głębokich zmarszczek i bruzd, przypominała maskę z błota, które wyschło zbyt szybko, a oczy emanowały niepokojącą jasnością. Ubrana w znoszoną, szarą szatę, wyglądała, jakby była integralną częścią tej ziemi, ale jednocześnie było w niej coś absolutnie obcego. Nieznajoma siedziała na szczycie wydmy ze wzrokiem utkwionym w dal tak, jakby kogoś lub czegoś wypatrywała.

Mieszkaniec pustyni ostrożnie zbliżył się do niej – nie wiedział bowiem, kim jest ta postać, ani czego można się po niej spodziewać. Czuł się niepewnie, ale zarazem coś w niej go przyciągało.

–Kim jesteś? – zapytał w końcu, a jego głos brzmiał, jak osypujący się piasek.

Staruszka nie spojrzała na niego od razu. W milczeniu wpatrywała się w linię horyzontu, jakby tylko to miało dla niej jakieś znaczenie. Po dłuższej chwili odwróciła się jednak, a na jej twarzy zagościł tajemniczy uśmiech.

–Jestem tą, która zna odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie zadałeś – powiedziała spokojnie, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.

Gad zwinął się w ciasną spiralę i patrzył na nią badawczo.

–Czego tu szukasz? – zapytał.

Kobieta zaśmiała się cicho, a jej śmiech przypominał szum ożywczego deszczu.

A może to nie ja czegoś szukam, tylko ty? – odpowiedziała z przekorą. – Czego pragniesz, wężu z pustyni?

Wąż zamyślił się. Pragnienie… To dziwne słowo, wywołało w jego umyśle nieprzyjemny dysonans. Czyżby naprawdę czegoś pragnął? Całe życie spędził na tej jałowej ziemi, która nie pozostawiała miejsca na marzenia. A jednak… Od pewnego czasu nosił w sobie niejasną tęsknotę za czymś, czego nigdy nie widział. Po chwili zastanowienia odrzekł:

Pragnę wody. Pragnę płynąć, tak jak te mityczne rzeki, o których słyszałem w opowieściach wiatru. Chcę płynąć, nie pełzać. Marzę o tym, by zanurzyć się w ruchu, który nie ma końca. Być czymś więcej niż tylko zimnokrwistym dziecięciem pustyni.

Kobieta spojrzała na niego uważnie, a jej oczy były jak dwa niewielkie, ale pełne sekretów jeziora.

–A co, jeśli powiem ci, że możesz stać się rzeką? – zapytała. – Czy oddałbyś wszystko, czym jesteś teraz, aby urzeczywistnić swoje pragnienie?

Zwierzęciem wstrząsnął dreszcz niepokoju. Zawsze był wężem. Znał swoją naturę i postać oraz akceptował ją w pełni. Myśl o przemianie w coś innego, większego, rozbrzmiała w jego sercu, jak echo w ciemności. Co to znaczy, stać się rzeką? Czy to w ogóle możliwe?

–Jak to możliwe? – zapytał.

Tajemnicza postać podniosła się, a wiatr, który nagle się zerwał, zatrzepotał połami jej szaty.

Aby stać się rzeką, musisz oddać swoją skórę. Musisz wyrzec się wszystkiego, co znasz, co dotychczas stanowiło twoje jestestwo. W zamian otrzymasz płynność oraz nieograniczoną przestrzeń do przemieszczania się. Ale… – zawahała się na moment – musisz wiedzieć, że rzeka, choć posiada zdolność ruchu, nigdy nie wraca. Nie odzyskasz więc tego, co poświęcisz.

Wąż zamyślił się. Mógł zrzucić skórę, co było dla niego czymś naturalnym. Ale, czy był gotów bezpowrotnie oddać wszystko inne? Ta myśl przeraziła go, ale jednocześnie była pociągająca.

Następnej nocy, gdy niebo nad pustynią rozbłysło gwiazdami, wąż podjął decyzję. Powoli zaczął zrzucać swoją skórę. Czuł, że każdy jej centymetr schodzi z trudem, jakby zdzierał z siebie nie tylko zewnętrzną powłokę, ale całe swoje dotychczasowe życie. Z każdym ruchem stawał się lżejszy, a jego ciało zaczynało tracić dotychczasową formę. Przestał być wężem – stał się czymś płynnym, co ma za nic granice. Z początku był tylko drobną strużką wody, która wsiąkała w piasek, ale im więcej siebie oddawał, tym bardziej też się rozlewał. Płynął coraz szybciej i szerzej, wypełniając zarówno rozległe doliny, jak i małe zagłębienia terenu. Kraina, która jeszcze do niedawna była jałowa, teraz obficie spłynęła wodą.

Tymczasem, stara kobieta obserwowała z boku tę spektakularną przemianę i uśmiechała się smutno. Jak nikt inny rozumiała, że każda metamorfoza ma swoją cenę. Wąż – teraz rzeka – spełnił swe pragnienie, ale czy był szczęśliwy? To, niestety, na zawsze pozostanie w sferze naszych dociekań…

O rzece, wietrze, topolach i wierzbach (opowiastka dziecięca)

Stare kruki powiadają, że na początku była tylko kropla wody. Spadła z nieba podczas gwałtownej burzy, która przetoczyła się przez góry pewnego upalnego lata. Wędrując w dół po skalistych zboczach, połączyła się z innymi kroplami, tworząc maleńki strumyk. Strumyczek płynąc przed siebie, łączył się z podobnymi sobie strugami, stopniowo nabierając masy i siły. Kiedy w końcu dotarł na rozległą nizinę był już wielką, dostojną Rzeką.

Młoda Rzeka, choć potężna i piękna, była jednak samotna. Jej strapienie zwróciło uwagę Wiatru, który co jakiś czas zjawiał się w jej dolinie. Ten, choć bywał niecnotą, ulitował się nad nią i postanowił, że zrobi, co w jego mocy, żeby jej pomóc. Pewnego dnia dmuchnął na jej powierzchnię ubranymi w biały puch nasionami wierzb i topoli. Psotnik dobrze wiedział, co robi. Nasiona niesione prądem, wkrótce bowiem osiadły wzdłuż brzegów, a po pewnym czasie z piaszczystej ziemi zaczęła wyrastać ogromna ilość małych drzewek. Rzeka uradowała się niezmiernie. Nazwała je swoimi córkami i odtąd dbała o nie, zapewniając im życiodajną wodę i żyzne namuły.

Topole i wierzby rosły, jak na drożdżach, szybko stając się wysokimi i pięknymi drzewami. Ich obecność w krótkim czasie przyciągnęła nad Rzekę mnóstwo roślin, zwierząt oraz różnych innych form życia. Drzewa stały się opiekunkami, które dbały o to, by każdy mieszkaniec nadrzecznego lasu miał swoje miejsce i mógł istnieć w harmonii z innymi. Wkrótce, w dolinie, którą płynęła Rzeka zjawili się również ludzie. Zakładając swoje osady z wdzięcznością dostrzegli, że topole i wierzby miały jeszcze jedno ważne zadanie. Kiedy deszcze były szczególnie obfite, a woda niebezpiecznie wzbierała, niczym mocarne strażniczki trzymały one ziemię korzeniami, nie pozwalając na jej wymycie.

I tak oto mijały kolejne stulecia, a topole i wierzby – Córki Rzeki, pozostawały ważnym elementem nadrzecznego krajobrazu. Ich liście szeptały na wietrze, opowiadając historię o tym, jak Wiatr i Rzeka ofiarowały im życie, a one w zamian dbały o bioróżnorodność, zapewniając schronienie i pożywienie wielu stworzeniom oraz czyniły sąsiedztwo Rzeki bezpiecznym, zmniejszając skutki niszczycielskich powodzi. Dzieci z doliny często przychodziły, aby posłuchać ich opowieści, ucząc się od nich o pięknie i mądrości natury, a potem powtarzały je innym. Dzięki nim wszyscy mieszkańcy krainy mogli dowiedzieć się, jak ważne są drzewa i Rzeka, i że tak naprawdę wszyscy jesteśmy połączeni w wielkiej sieci życia…