„Drzewo Roku” 2026 Klubu Gaja / Działamy! (dla naszych topól)

Ale ten czas zasuwa… Z początkiem miesiąca wystartowało głosowanie w tegorocznej edycji „Drzewa Roku” – ogólnopolskiego plebiscytu organizowanego przez Klub Gaja, jedną z najstarszych krajowych niezależnych organizacji pozarządowych, zajmujących się tematyką ekologiczną. W związku z tym, przez cały czerwiec internauci mogą oddawać głosy na szesnaście wyjątkowych drzew z całej Polski. Z mojego punktu widzenia najistotniejsze jest to, że w gronie finalistów (obok dębów, lip, sosny i klonu francuskiego) znalazły się dwie topole – grudziądzka Marzanna oraz tzw. Topola Obrońców z warszawskiej Ochoty – „Warszawskie Drzewo Roku 2025” – zgłoszona przez Zarząd Zieleni m.st. Warszawy.

Ci, którzy śledzą wpisy na moim blogu, wiedzą, że „Marzanna” – nadwiślańska sokora o unikalnym pokroju – regularnie się przez nie przewija. To moja stara znajoma. Zetknąłem się z nią po raz pierwszy jako dzieciak i spotkanie głęboko mnie poruszyło. Od tamtej chwili upłynął szmat czasu, i choć od wielu lat nie mieszkam już w Grudziądzu, nie mogę przestać o niej myśleć. Niestety, obecnie jest ona tylko cieniem dawnej siebie. Dzisiejsze wizyty u niej mają w sobie coś z odwiedzin u bliskiego krewnego, który gaśnie w nadrzecznym hospicjum. Oglądanie kogoś, z kogo ucieka życie, a komu nie da się przywrócić dawnych sił, bywa przygnębiające. Jednocześnie w głowie kłębi się wiele innych uczuć – na pewno są wśród nich także czułość i wdzięczność. „Marzanna„, choć coraz bardziej rozpływa się w otaczającym ją krajobrazie – tracąc gałęzie i konary, zlewając się z płótnem nadrzecznej skarpy i samą Wisłą – wciąż w jakiś sposób go determinuje. Co więcej, wydaje się być coraz mniej drzewem w potocznym sensie, a coraz bardziej procesem – swoistą lekcją przemijania, której nie da się właściwie opisać słowami, czy uchwycić na zdjęciu. Wobec czegoś takiego nie da się przejść obojętnie.

Z wizytą u „Marzanny” – 2 maja bieżącego roku.

Oczywiście, nie mam złudzeń, że internetowe konkursy rozwiązują problemy ochrony przyrody. Jeśli chodzi o grudziądzką sokorę, to udział w plebiscycie nie przywróci jej dawnej korony, nie zabliźni ran będących dziełem wandali i żywiołów, ani nie cofnie procesu próchnienia. Może jednak przyczynić się do czegoś ważnego – poszerzyć krąg osób, dla których drzewa przestaną być anonimowym elementem tła. To naprawdę wiele – i chwała za to Klubowi Gaja. Od zauważenia kogoś lub czegoś bardzo często bowiem zaczyna się troska.

Drugą z topól, które znalazły się w finale, jest „Topola Obrońców” – warszawska topola kanadyjska odmiany późnej, żółtolistnej (Serotina Aurea), rosnąca przy ulicy Grójeckiej na Ochocie, w sąsiedztwie pomnika Barykada Września. To drzewo-pomnik w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Jest świadkiem miejsca, w którym splatają się pamięć o bohaterskich obrońcach Stolicy, dramat „Zieleniaka” oraz codzienność współczesnego miasta. Wokół niej wyrasta bezduszna zabudowa. Gdy patrzę na zdjęcia prezentujące jej sylwetkę, udostępnione na potrzeby „Drzewa Roku”, mam nieodparte wrażenie, że miejsce, w którym ją posadzono w okresie międzywojennym, przestaje być dla niej gościnne. Formalny status pomnika przyrody oczywiście ma znaczenie, ale nie jest magiczną tarczą. Stare drzewo rosnące w wielkim mieście potrzebuje czegoś więcej niż urzędowej tabliczki i wpisu w rejestrze. Wymaga uwagi, dobrego sąsiedztwa, odpowiedzialnych decyzji oraz społeczności, która nie tylko rozpoznaje, co jest ważne, ale – gdy okoliczności tego wymagają – potrafi to zdecydowanie artykułować.

Warszawska „Topola Obrońców” – jedno ze zdjęć, będących wizytówką drzewa na stronie prezentującej finalistów plebiscytu „Drzewo Roku” 2026 Klubu Gaja [źródło].

W świetle powyższego, gorąco zachęcam do wzięcia udziału w plebiscycie i oddania głosu na nasze topole. Nie będę jednak udawał bezstronnego – moje serce niezmiennie pozostaje przy grudziądzkiej sokorze. Nie pogniewam się jednak, jeżeli bliższa jest Wam opowieść warszawska i wybierzecie „Topolę Obrońców”.

Pierwszy ranking cząstkowy (opublikowany 6 czerwca) nie urywa głowy. „Marzanna” miała wówczas 63 głosy, a „Topola Obrońców” 69. Liderzy (głównie dęby) są znacznie dalej. Nie piszę tego, by się żalić, tylko by wskazać, iż mam świadomość istniejącego wyzwania. To jasne, że w tego rodzaju „wyborach” wygrywają nie tylko drzewa, ale przede wszystkim społeczności zgromadzone wokół nich. Bywam czasem naiwnym idealistą i chcę wierzyć, że ta nasza topolowa społeczność dopiero się zbiera. Nie mam zbyt dużych zasięgów, ale nie przeszkadza mi to w podejmowaniu zakulisowych działań, by była ona jak najszersza. W miarę możliwości inwestuję w materiały promocyjne – ulotki, plakaty, koszulki, równolegle piszę, przypominam i proszę. Wychodząc ze swojej introwertycznej strefy komfortu, podrzucam też informacje mediom, uruchamiam znajomości oraz odzywam się do ludzi, którym – mam nadzieję – los drzew nie jest obojętny.

Próbka moich materiałów promujących głosowanie na „Marzannę” w tegorocznej edycji plebiscytu „Drzewo Roku” Klubu Gaja.

Szczególnie zależy mi na aktywizacji placówek oświatowych. Wysyłając maile, zachęcam dyrekcje oraz nauczycieli, by potraktowali konkurs jako pretekst do kształtowania w swoich wychowankach postaw szczególnie ważnych w dzisiejszych czasach – troski o środowisko, uważności, empatii, odpowiedzialności za świat, czy budowania solidarnej wspólnoty. Aktywne włączenie się w akcję mogłoby pokazać, że szkoła, czy przedszkole może być miejscem, które nie tylko przekazuje „suchą” wiedzę, ale także formuje młodych ludzi wrażliwych na przyrodę, historię i sprawy społeczne. Dzieci i młodzież dopiero poznają, jak funkcjonuje świat. To, czego nauczą się teraz, może pozostać z nimi na całe życie. Jeśli sędziwe drzewo zostanie im przedstawione jako bezwartościowy szrot – przeszkoda przy budowie parkingu, obiekt zacieniający działkę albo kłopot administracyjny, w przyszłości mogą podejmować decyzje, patrząc dokładnie z takiej perspektywy. Jeśli jednak zobaczą w nim świadka przeszłości, sąsiada, część lokalnej opowieści, czy żywy organizm tworzący przestrzeń dla innych istot, natenczas jest szansa, że kiedyś zareagują inaczej.

Idealistycznie zakładam, że mądra szkoła może pokazać, że przyroda, o którą warto walczyć, jest wszędzie wokół nas – nad rzeką, w parku, przy ruchliwej ulicy, na dawnym targowisku, czy przy ścieżce, którą codziennie chodzimy, nie poświęcając jej zbytniej uwagi. Drzewa mogą być świetnymi nauczycielami, ale nie mówią wprost – należy się przy nich chociaż na moment zatrzymać i zadać sobie trud zastanowienia się, co mogłyby mieć do powiedzenia.

Na ile moje działania okażą się skuteczne? Niestety, idę trochę na wyczucie i niestety nie jestem w stanie przewidzieć skutków…

Kończąc ten wpis, pozostawiam Was z prośbą – jeśli możecie, zagłosujcie proszę na jedną z bohaterek dzisiejszej notatki i udostępniajcie informację dalej. Głosowanie odbywa się na stronie drzeworoku.pl. Należy wybrać drzewo, zaakceptować regulamin, podać adres e-mail, a następnie potwierdzić głos, klikając w link otrzymany w wiadomości.

Krótkie postscriptum do poprzedniej notatki (dendro-niespodzianka)

Pisząc poprzednią notatkę, nie chciałem rozbudowywać wątków pobocznych. Już po opublikowaniu tekstu uznałem jednak, że warto coś dopowiedzieć.

Podczas ubiegłorocznego wypadu do Trzęsacza nie trzymałem się ściśle planu. Wkrótce po rozstaniu z „Heksą”, idąc szosą w kierunku Bydgoszczy przez Strzelce Dolne – wieś znaną ze śliwkowych powideł – wypatrzyłem z daleka czuprynę innej sokory (rosła w pasie zadrzewień między polami). Gdy podszedłem bliżej, okazało się, że drzewo ma w „pasie” ponad osiem metrów (dokładnie 812 cm) i jedną z najbardziej imponujących koron, jakie dotychczas widziałem (zerknijcie proszę na fotografie, które załączam poniżej). Niestety, jego pień był uszkodzony i – podobnie, jak w przypadku wielu innych nadwiślańskich topoli – był naznaczony ogniem. Co ciekawe, na tę chwilę, sokory tej nie ma w żadnych rejestrach. Chciałbym powiedzieć to jasno – idąc ku temu drzewu, zupełnie nie spodziewałem się jego wielkości. Co więcej, już po powrocie do domu, sprawdzając, jak prezentuje się ono na zdjęciach satelitarnych, wciąż byłem zdziwiony. Bazując wyłącznie na nich, absolutnie nie zwróciłbym na nie uwagi.

Traktuję to jako lekcję na przyszłość. Coś mówi mi, że okolica może kryć jeszcze niejedną niespodziankę tego rodzaju. Trzeba będzie zatem jeszcze tu wrócić i dokładniej powęszyć 🙂

Kujawska „Heksa” – topola czarna, która ma twarz

Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o kolejnej godnej uwagi nadwiślańskiej sokorze. O drzewie tym, znanym głównie miejscowym i fanatykom buszującym po zakamarkach „Rejestru Polskich Drzew Pomnikowych”, możemy przeczytać, że jest to „(…) potężna topola czarna z wypalonym pniem, pokrytym licznymi naroślami i odrostami. Drzewo jest niemal całkowicie nieznane. Dobrze widać je z pobliskiej drogi, ale ze względu na zarośla z daleka ciężko zobaczyć, jak okazały jest pień topoli” [opis p. Bartosza Stoja, który w 2019 roku wprowadził je do Rejestru; LINK]. Powyższa charakterystyka jest prawdziwa, nie zawiera jednak całej prawdy o drzewie. Jest wszak coś frapującego, co zdecydowanie wyróżnia je spośród innych sędziwych topoli, na które można natrafić wędrując wzdłuż Wisły. Wiem to, ponieważ 26 grudnia ubiegłego roku wstałem grubo przed świtem i zafundowałem sobie wycieczkę na dwa pociągi, tramwaj oraz jakieś osiem kilometrów z buta w jedną stronę. Wszystko po to, by spotkać się z protagonistką niniejszej notatki i naocznie przekonać się, jaka ona naprawdę jest.

Poznajcie kujawską „Heksę” – jedną z najgrubszych i najciekawszych polskich topoli. Rośnie ona wśród nadrzecznych łąk i pól w miejscowości Trzęsacz w województwie kujawsko-pomorskim. Stosunkowo niedaleko znajdują się pozostałości po średniowiecznym grodzisku. Jest też opuszczony cmentarz oraz lokalna ciekawostka geologiczna – licząca kilkanaście metrów długości jaskinia „Bajka”.

Sokora z Trzęsacza, oglądana z daleka, przypomina trochę słynną „Topolę Mariańską”, rosnącą w Ostromecku, zaledwie osiem i pół kilometra w górę Rzeki. Oba drzewa na pewno łączy to, że wyrosły na otwartej przestrzeni, dobrze wykorzystując możliwości, wynikające z takiego układu. Nie wiem, czy są spokrewnione, ale gdyby tak było, Trzęsaczanka na pewno byłaby tą złą siostrą. Gdy podejdzie się bliżej, dość szybko orientujemy się bowiem, że mamy do czynienia z postacią rodem z mrocznej baśni – prawdziwą czarownicą.

Zima to odpowiedni czas na studiowanie sylwetek drzew. Wówczas wszystko podane jest wprost, bez zbędnych dekoracji. W przypadku „Heksy” najważniejszy jest pień – część, w której najmocniej zapisuje się czas. Jest on monstrualny (920 cm obwodu pierśnicowego), butelkowaty, pokryty rakowymi naroślami i gruzłowatą, nieprzyjemną w dotyku korą. Co istotne, od południowo-zachodniej strony ma potężny, otwarty ubytek wysoki na około pięć metrów. Wypalona, podłużna i przeszywająco mroczna dziura, wydaje się pochłaniać nie tylko światło, ale też wzrok obserwatora (wewnątrz ślady po ogniu, próchno i rozpieprzone gniazdo szerszeni). Ponad nią można zobaczyć osobliwie wyglądający, szarawy obszar „łysego” drewna. Uszkodzenie to – powstałe w wyniku oderwania się płata kory – jest duże i dość symetryczne. Zdobi je swoisty relief nierówności, spękań, zabrudzeń i zacieków, których układ ma kluczowe znaczenie. Najważniejsze są dwie mniej więcej równoległe, guzowate struktury, z których niegdyś wyrastały wiązki pędów odroślowych oraz ciemniejsza, pionowa wstęga biegnąca między nimi. Całość sprawia wrażenie maski. I właśnie w tym miejscu zaczyna się pareidolia – prosta sztuczka percepcji, w której mózg układa przypadkowe kształty w znane wzory. W przypadku sokory z Trzęsacza nie jest to subtelne „może coś tam widać”, tylko uparte, narzucające się wrażenie, że pień ma twarz. Gdy to dostrzeżesz, wspomniane guzy wraz z dzielącą je wstęgą staną się oczami i nosem, a długa czarna szczelina – kuriozalnie szeroko otwartymi ustami.

Mrocznej aparycji dodatkowo dopełnia plątanina rosochatych gałęzi. Zwłaszcza te położone nisko – pokryte liszajem żółtawych porostów (złotorost) – są dziko roztańczone, błądzą wśród samosiejek tarniny i klonu jesionolistnego. Wygląda to trochę tak, jak gdyby topola zapamiętale miotała nimi w jakimś szaleńczym amoku. Jakby tego było mało, gdzieniegdzie zdobią je tzw. czarcie miotły – krzaczaste, spotworniałe skupiska pędów, ułożone inaczej niż należałoby spodziewać się po normalnych gałęziach.

Odnośnie dryfowania w kierunku upiornych skojarzeń, to ktoś, komu pokazałem kilka zdjęć „Heksy”, stwierdził, że przypomina mu ona „drzewo umarłych” z filmu „Jeździec bez głowy” (oryg. „Sleepy Hollow”). Osobiście nie do końca podzielam tę opinię (gdy patrzę na plątwę odsłoniętych napływów korzeniowych polistyrenowej makiety z dzieła Burtona, widzę więcej wizualnych punktów stycznych z sylwetką grudziądzkiej „Marzanny” [link]), mimo to sugestia utkwiła mi w pamięci.

Kadr z filmu „Jeździec bez głowy” (reż. Tim Burton), na którym widać tytułowe widmo oraz tzw. „drzewo umarłych” [źródło].

Filmowy rekwizyt był zarazem grobem i przejściem między światami. Z jamy ziejącej u jego podstawy wyjeżdżał bowiem tytułowy upiór bez głowy. Może się to wydawać zaskakujące, ale stąd już niedaleko do miejscowego folkloru. Zabawne, lecz jakiś miesiąc temu wpadła mi w ręce książka Natalii Zacharek, zatytułowana „Duchy i demony ziemi chełmińskiej” (wydawnictwo Region, 2022). Czytając ją, trafiłem na wzmiankę, że nocne manifestacje podobnej, pozbawionej czerepu postaci rzekomo miały miejsce po drugiej stronie Wisły – zaledwie kilkanaście kilometrów na północny-wschód od Trzęsacza. Obecność tego rodzaju gości w dawnych wierzeniach na ogół wiązana bywa ze starymi cmentarzyskami czy rozstajami dróg. Osobiście nie widzę jednak przeszkód, by uczynić wypalony pień „Heksy” siedzibą regionalnego upiora. Moim zdaniem jej wygląd doskonale predestynuje ją do włączenia w mozaikę lokalnych folklorystycznych osobliwości. Niedaleko miejsca, w którym rośnie, są przecież „Diabelce”, zwane też „Czarcimi Górami” – pasmo morenowych wzgórz opadających ku Wiśle, obrosłe mrocznymi opowieściami, a także tzw. diabelski kamień w miejscowości Leosia.

Zmierzając do brzegu, cieszę się ze spotkania z „Heksą” – spotworniałą sokorą, która ma twarz. W epoce scrollowania, gdy patrzenie dla wielu stało się aktem bezmyślnej konsumpcji, wymusza ona zupełnie inny rytm. Jest pretekstem, by przystanąć i spróbować zobaczyć coś więcej niż tylko drzewo. Chciałbym jednak, żebyście czytając niniejszy tekst, mieli na uwadze również to, że sędziwe topole to nie tylko interesujące obiekty fotografii czy osie, wokół których można zbudować jakąś niesamowitą opowieść. Wiele z nich nosi świadectwa upływu czasu i dramatycznych wydarzeń – martwice boczne, kominowe ubytki wewnątrz pni, odspojone płaty kory, wypełnione próchnem jamy po wyłamanych konarach czy stosy martwego drewna leżące u ich podstawy. Paradoksalnie to, co człowiekowi wydaje się ruiną, dla przyrody może być prawdziwym, pełnym życia mikrokosmosem.

Niewiele mniejsze znaczenie może mieć także to, że sylwetki starych drzew są również żywym pomnikiem miejsca – pokazują bowiem, że nieujarzmiony, pierwotny świat wciąż istnieje. Taki, którego nikt nie uporządkował, nie wyrównał, nie przyciął. By go doświadczyć, czasem nie potrzeba zbyt wiele…

Marcowe aktualności :D

Powietrze pachnie obietnicą wiosny.  Nareszcie ocieplenie.

Są też inne pozytywne informacje, którymi warto się podzielić. Na początku tego miesiąca podano do wiadomości publicznej listę finalistów tegorocznej edycji konkursu „Drzewo Roku”, organizowanego przez Klub Gaja – szesnaście drzew wybranych spośród niemal pięćdziesięciu zgłoszeń (https://swietodrzewa.pl/finalisci-konkursu-drzewo-roku-2026-w-polsce/). W tym zaszczytnym gronie znalazła się także moja Marzanna – przedziwna topola czarna, rosnąca nad grudziądzką Wisłą. Wiadomość o tym zdążyły podchwycić już lokalne media.

Oficjalny plakat promujący plebiscyt „Drzewo Roku 2026”, organizowany przez Klub Gaja.

Udział „Marzanny” w decydującym etapie ogólnopolskiego konkursu raduje bez względu na to, czy ma ona szansę na podium. Wieść o niej wypływa na szersze wody. Dzięki temu, być może, znajdą się kolejne osoby, które zwrócą uwagę na jej istnienie oraz będą w stanie docenić niesamowity nadwiślański krajobraz, w którym od kilku ludzkich pokoleń zakotwiczona jest jej obecność.

Oczywiście, bardzo cieszy mnie również zakwalifikowanie się do finału „Topoli Obrońców” z Ochoty – Warszawskiego Drzewa Roku 2026 (gratulacje dla Zarządu Zieleni m.st. Warszawy). Nie będę jednak udawał bezstronności. Moją bezsporną faworytką pozostaje bowiem grudziądzka sokora i do głosowania na nią będę przede wszystkim zachęcał.

Tymczasem proszę o strumień życzliwych myśli. Na aktywny udział w konkursie przyjdzie jeszcze czas…

Rosochata korona „Marzanny” nagrzana ciepłem marcowego słońca (zdjęcie wykonane przy użyciu kamery termowizyjnej).

Kołowanie (nie tylko myślami) wokół „Marzanny”

Trzynastego listopada przyjechałem do Grudziądza na dwie noce i jeden dzień. Zbyt krótko, by poczuć prawdziwy ciężar miejsca, ale wystarczająco długo, by zejść nad Wisłę i odwiedzić „Marzannę„. Gdy zbierałem jej butwiejące liście siąpił zimny deszcz, a świat – tymczasowo wyprany z zieleni – przyobleczony był w szarawy woal mgły. Uśmiechałem się pod nosem. Liście wkładałem bowiem między kartki zbioru opowiadań H. P. Lovecrafta. Wybór nie był zamierzony, ale wykorzystanie dzieła mistrza grozy jako bieda-zielnika wydawało się wyjątkowo pasować do okoliczności.

Aura była ponura, ale wśród nagich gałęzi mojej sokory kręciło się stado żwawych sikor. Nieopodal, na zalesionym stoku Kępy Strzemięcińskiej, widziałem też kilka saren. Smuci mnie, że stan drzewa z miesiąca na miesiąc pogarsza się, pocieszające jest jednak to, że w jego pobliżu zawsze można dostrzec jakieś przejawy dzikiego życia.

Mniej więcej w połowie października poprosiłem Rafała Liedke o kolejne udokumentowanie „Marzanny” z powietrza. Pogoda była wówczas o niebo lepsza niż teraz. Dość ciepło, przejrzyście, z tym miękkim, jesiennym światłem, które nadaje światu lekko bajkowego sznytu. Efekty lotu możecie zobaczyć poniżej.

Oglądając materiał na gorąco, pomyślałem, że jeśli gdzieś jest drzewo, które powinno znaleźć się w centrum uwagi, to jest nim właśnie nasza wyjątkowa grudziądzka sokora. Nie zastanawiając się długo postanowiłem, że zgłoszę ją do konkursu Drzewo Roku, organizowanego przez Klub Gaja, będący jedną z najstarszych polskich organizacji ekologicznych. Co istotne, w tym ogólnopolskim plebiscycie nie szuka się rekordzistów, ale drzew z opowieścią. Nie ma wątpliwości, że do takich drzew zaliczyć można również „Marzannę”.

Jeśli jesteście ciekawi, jej (sklecona przeze mnie na potrzeby plebiscytu) historia brzmi mniej więcej tak:

„(…) Zobaczyłem ją po raz pierwszy, gdy byłem małym chłopcem. Miałem wówczas najwyżej sześć lat i byłem obdarzony niezwykle bogatą wyobraźnią. Przedziwna topola czarna (Populus nigra L.), rosnąca nad brzegiem Wisły u podnóża grudziądzkiej Kępy Strzemięcińskiej, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i już na zawsze zapisała się w mej pamięci.

„Marzanna” to drzewo jedyne w swoim rodzaju. Stoi na granicy żywiołów i ludzkich ścieżek, jak strażniczka miejsca, które pamięta znacznie więcej niż my. Wpatrzona w rzekę, słuchająca rozmów dzikich gęsi, wędrujących tędy od pokoleń, istnieje prawdopodobnie od połowy XIX wieku.

To, co ją wyróżnia, to iście monstrualny, w dużej mierze odsłonięty system korzeniowy, który malowniczymi splotami opada ku Wiśle. Ten swoisty labirynt żył wyciągniętych ku światu stanowi pożywkę dla wyobraźni, niekiedy wywołując pareidoliczne przywidzenia. W czasach świetności miała ona niemal osiem metrów obwodu pierśnicowego pnia, a jej rozczapierzona korona była wyjątkowo szeroka.

Dzisiaj to już pieśń przeszłości. Utraciwszy większość konarów, z ogromną, murszejącą wyrwą w pniu i osmalonymi napływami korzeniowymi, powoli zamiera. Wbrew wandalom i niszczącej potędze natury, robi to jednak z wyjątkową godnością. Rozciągnięty w czasie proces jej odchodzenia przypomina bowiem rozbieranie się do snu. Jeżeli decydenci pozwolą, będzie nim ostateczne rozpłynięcie się w krajobrazie.

Gdy wracam do Grudziądza (…), zawsze ją odwiedzam. Nadałem jej imię „Marzanna” nie tylko dlatego, że na początku lat 90. ubiegłego stulecia dzieci z pobliskiej szkoły podstawowej topiły nieopodal kukły wyobrażające tę postać. To miano zobowiązuje. Przywołuje bowiem starą lekcję o odchodzeniu i powrocie. Przypomina, że przemijanie jest częścią naturalnego porządku, nie zaś jego pęknięciem.

Drzewo, które przetrwało tak wiele, nie kłóci się z czasem. Zamiast tego daje lekcję czułości, która nie jest ckliwa – cichego uznania dla tego, co kruche i silne zarazem. W cyklu utraty i odrodzenia dostrzec można uniwersalną mądrość, która nie potrzebuje wielkich słów.

Grudziądzka sokora jest drzewem prawdy. W kontrze do świata hołdującego kultowi młodości i piękna za wszelką cenę, nie udaje doskonałości, nie wygładza kantów. Jej rosochate konary rozchodzą się jak drogi, którymi idziemy, a każdy z nich zdaje się znać ciężar ptasich gniazd, uderzenia wiatru czy próby dziecięcych wspinaczek. Miejscowi przychodzą i odchodzą, rzeka czasu płynie, a ona – zmieniając swą postać – pokornie za nią podąża.

„Marzanna” nie zabiega o oklaski. Zgłaszam ją jednak do konkursu nie jako lokalną osobliwość, lecz unikalne zjawisko, które zasługuje na dostrzeżenie. Niebawem zapewne obumrze, tymczasem wciąż przypomina mieszkańcom Grudziądza, że krajobraz nie jest wyłącznie tłem, lecz relacją.

Jeśli szukamy znaku, który pomoże nam pogodzić się z biegiem rzeczy, wystarczy położyć dłoń na jej pniu lub odsłoniętych korzeniach. Patrząc na nią, nieco łatwiej zrozumieć, że życie nie polega na ocaleniu wszystkiego, lecz na mądrym poddaniu się temu, co nieuchronne – i na odwadze, by mimo wszystko wypuszczać nowe liście…” [fragment uzasadnienia, który wpisałem do formularza zgłoszeniowego]

Nie wiem, czy staruszce uda się przejść przez sito eliminacji. Być może jej historia przepadnie wśród innych opowieści, ale w zasadzie nie ma to większego znaczenia. Dla mnie sam fakt, że mogę akcentować jej istnienie, daje poczucie sprawczości (czasem go potrzebuję) i staje się jasnym punktem w okresie jesiennej depresji.

Chwilowo zostawiam Was sam na sam z powietrznym portretem autorstwa Rafała oraz z myślą, że gdzieś tam, nad brzegiem Wisły, u podnóża Kępy Strzemięcińskiej, stoi stare niesamowite drzewo i – na razie – wciąż nie poddaje się. Jeśli „Marzanna” trafi do finału konkursu, dam znać. Wtedy być może poproszę o to, byśmy razem powalczyli o to, by jej historia poniosła się dalej…

Zielona wieża na straży Ujścia (topola kanadyjska z Mikoszewa)

W połowie lipca tego roku kilka dni spędziliśmy na Wyspie Sobieszewskiej. Nasz pobyt zbiegł się w czasie z nadejściem niżu genueńskiego, który sprowadził do Polski cyklonalną pogodę.

W przerwach między opadami dwukrotnie odwiedziłem ujście Wisły. W okolice Świbna i Mikoszewa ciągnie mnie nie tylko z powodu Rzeki, ptaków i fok. Nieco ponad półtora kilometra na północ od przeprawy promowej – na prawym brzegu, znaleźć można też coś innego, ale również wartego uwagi. Maszerując ścieżką biegnącą równolegle do nabrzeża, w ciągu około trzydziestu minut można dotrzeć do pozostałości pomostu cumowniczego. Tuż obok stoją klockowaty bunkier oraz górująca nad otoczeniem stara topola kanadyjska (Populus × canadensis ‘Robusta’).

Co ciekawe, jeszcze do niedawna było tu trochę inaczej. Od stycznia 1949 roku w tym miejscu działała bowiem strażnica Wojsk Ochrony Pogranicza, później przekształcona w  Punkt  Obserwacji  Wzrokowo-Technicznej, podległy Straży Granicznej. Przeglądając  Wikimapię trafiłem na archiwalną fotografię, na której przy wspomnianym pomoście widać jednokondygnacyjny budynek kryty czerwonym gontem oraz wysoką wieżę obserwacyjną.

Dawna Strażnica nr 103 i 98 WOP oraz POWT nr 62 SG i PKRR (Mikoszewo) – przed 2012 rokiem; obecnie budynek i wieża już nie istnieją [źródło].

Zadaniem tutejszych pograniczników była kontrola jednostek kursujących między Przekopem a wodami Zatoki Gdańskiej oraz obserwacja okolicy, celem ochrony granicy morskiej. Po wejściu naszego kraju do strefy Schengen, ów punkt przestał być potrzebny. W efekcie, budynek i wieża sukcesywnie popadały w ruinę, by ponad dekadę temu zostać rozebrane.

Dzisiaj mamy ten komfort, że można wypływać Wisłą na morze bez formalności. Wojskowa infrastruktura powoli popada w zapomnienie, ale towarzysząca jej topola – niczym wysoka, zielona wieża niezłomnie stoi na straży Ujścia. Topole mieszańcowe mają opinię problematycznych, ale ta konkretna „kanadyjka” wydaje się być wyjątkowo na miejscu. Po pierwsze – to ostatnia wielka topola, jaką zobaczycie spływając Rzeką (rośnie zaledwie dwa kilometry od ujścia i dla mnie osobiście stanowi swoistą formę kilometrażu). Po drugie, gdy patrzy się na jej koronę, wyraźnie wystającą ponad linię okolicznych drzew, trudno oprzeć się wrażeniu, że posadzono ją po to, by z wyprzedzeniem wskazywała lokalizację ówczesnej Strażnicy.

Sylwetka bohaterki niniejszego wpisu, widoczna z pokładu promu dolnolinowego, kutra rybackiego oraz packrafta.

Oczywiście, to jedynie moje domniemania, ale faktem jest, że drzewa z rodzaju Populus rzeczywiście mogą pełnić tego typu rolę. Tristan Gooley – autorytet w dziedzinie naturalnej nawigacji – zwraca uwagę, że smukłe topole włoskie, niczym wysokie, zielone maszty od dawna służą jako ”landmark trees”, sygnalizując obecność zabudowań, z początku niewidocznych z rzeki czy morza. Dlaczego więc podobna funkcja nie miałaby przypaść topoli kanadyjskiej? Rośnie wyjątkowo szybko, prześcigając oba gatunki rodzicielskie. Już po dekadzie sadzonka będzie sporym drzewem, które w niedługim czasie osiągnie trzydzieści (lub więcej) metrów wysokości.

Wysoko osadzona, zbudowana z ukośnie wzniesionych konarów korona mikoszewskiego drzewa jest obwieszona jemiołą, która zaczyna je osłabiać. Niestety, to typowa przypadłość sędziwych „kanadyjek”. Nie zmienia to jednak tego, że jest ona jednym z głównych bohaterów zielonej scenerii końcowego odcinka Wisły. Moim zdaniem jest to wystarczający powód, by rozważyć złożenie wniosku o objęcie jej pomnikową ochroną. Przy tej okazji dobrze byłoby nadać topoli imię – może odwołujące się do jakiejś kobiecej postaci sprzyjającej rybakom, żeglarzom lub czuwającej na straży? Jestem ciekawy, czy macie jakieś pomysły. Jeśli tak, wpisujcie je śmiało w komentarzach…

Pareidolia łęgu i inne topolowe historie

Był to czas, gdy nasz kontynent budził się ze snu, niczym olbrzym przeciągający się po wiekach zlodowacenia. Ziemia, zrzucała białe brzemię w monumentalnym, lecz niespiesznym procesie. Kiedy jęzory lodowców, niby nieprzyjacielskie armie, wycofywały się – rzeki zyskiwały nowe koryta, a ich doliny stawały się korytarzami, którymi mogło podążyć życie. Gdy klimat ulegał ociepleniu, następowała powolna migracja roślinności. Jako jedne z pionierów, na podbój nowych terenów, ruszyły także nasiona topoli. Niesione przez wiatr i wodę, otoczone puchem drobiny – choć niepozorne – były skazane na sukces. Dzięki swej witalności oraz znakomitym zdolnościom adaptacyjnym, drzewa należące do rodzaju Populus, wraz z końcem epoki lodowcowej na dobre zadomowiły się w Europie i do dzisiaj ich sylwetki stanowią charakterystyczny element dolin naszych rzek. Tutaj też od niepamiętnych czasów stykali się z nimi nasi przodkowie.

Wisła i kilka topól (w środku kadru) rosnących u podnóża jednej z nadwiślańskich polodowcowych wysoczyzn; zdjęcie autorstwa ARTIDRON Photography.

Jedną z wrodzonych potrzeb człowieka jest pragnienie oswajania świata. Proces ten może odbywać się również poprzez tworzenie opowieści. Stojąc w obliczu potężnych i niezrozumiałych sił przyrody ludzie szukali wzorców, które nadawałyby rzeczywistości określony sens. Potężne topole – wyraziste z wyglądu, rosnące nad ciekami wodnymi (postrzeganymi jako linie graniczne między światem ludzi, a sferą nieznanego) z czasem wpisały się w kanon symboli związanych ze śmiercią, przemijaniem, czy różnego rodzaju przemianami. Finalnie, zakorzeniły się więc nie tylko w glebie realnego świata, ale też w sztafażu ludzkiej wyobraźni, stając się elementem mitów, przesądów i wierzeń.

Dzisiaj – poza echem dawnych podań, z niematerialnego dziedzictwa topól niewiele zostało. W stosunkowo krótkim czasie oblicze świata niewyobrażalnie zmieniło się, a one – odarte z tajemniczej aury – dla wielu osób stały się wręcz ledwie tolerowanymi chwastami. Osobiście, stoję po drugiej stronie barykady. Ten rodzaj drzew ogromnie mnie fascynuje (szczególną estymą darzę nasze nadwiślańskie sokory) i nie jestem w stanie pogodzić się z tym, jak niesprawiedliwie są one obecnie postrzegane. Jest dla mnie oczywiste, iż oprócz pełnienia funkcji ozdoby krajobrazu, stanowią też niezwykle ważną część środowiska naturalnego, ale im bardziej je poznaję, tym mocniej przekonuję się również, że to, jak postrzegali je nasi przodkowie mogło mieć określone podstawy. O drzewach często mówi się, że są one biernymi świadkami historii. Topole wydają mi się czymś więcej – widzę w nich żywy pomost między dawnymi wierzeniami a współczesnym rozumieniem otaczającego nas świata. Dzisiaj chciałbym pokazać Wam, że wciąż można dostrzec w nich coś interesującego. Poniżej znajdziecie zlepek kilku moich spostrzeżeń dotyczących tej kwestii.

Naśladowczynie błyskawic

Ludzkość od zawsze fascynowała się błyskawicami, przypisując im zarówno niszczycielską siłę, jak i życiodajną moc. W wielu kulturach pełniły one rolę oręża bogów, służącego do walki z siłami zła. Dla Słowian piorun był atrybutem Peruna – władcy nieba i błyskawic, a jego pierwsze wiosenne uderzenie w ziemię uznawano za akt zapładniający ją. Ktoś mógłby powiedzieć – „OK, ale co u licha błyskawice mają do topoli?” Otóż zaskakująco dużo. Zasadność tego twierdzenia znakomicie ilustrują efekty wypalania drewna tzw. metodą Lichtenberga. Ten nie do końca bezpieczny proces, stosowany przez niektórych artystów i rzemieślników, polega na poddawaniu wilgotnego (lub nasączonego roztworem elektrolitów) drewna działaniu prądu elektrycznego o wysokim napięciu. Prąd, przechodząc przez taki ośrodek, podąża drogą najmniejszego oporu, co finalnie prowadzi do powstania charakterystycznych, fraktalnych rysunków na powierzchni materiału poddawanego zdobieniu. Co istotne, owe czarne, kompleksowo rozgałęzione wzory, do złudzenia przypominają sylwetki sokor (ilustrują to zdjęcia zamieszczone poniżej). Gdy przyjrzysz się wiekowej, mocarnej topoli czarnej, której korony nie pokaleczono piłami, z łatwością zauważysz, że jej konary są rosochate, dynamicznie rozgałęzione, nierzadko tworzące nieregularny zygzakowaty wzór naśladujący właśnie kształt błyskawicy. Cecha ta może mieć zastosowanie praktyczne. Jeśli chodzi o mnie, to owo podobieństwo do błyskawic jest tym, co pomaga mi rozpoznawać „nigry” na zdjęciach satelitarnych oraz ortofotomapach (warunkiem jest, by fotografie były wykonywane w okresie, gdy drzewa są bezlistne). W taki sposób, zanim ruszyłem na rekonesans w terenie, udało mi się namierzyć Horpynę – najgrubszą przedstawicielkę swojego rodzaju w Polsce.

Rosochata sylwetka topoli czarnej (po lewej) [źródło]; deska do krojenia z wypalonymi wzorami Lichtenberga [źródło] (prawy górny róg) oraz kilka nadwiślańskich sokor na ortofotomapie wysokiej rozdzielczości (prawy dolny róg).

Zaskakująca cecha liścia sokory

Chyba każdy, kto spędza dużo czasu nad Wisłą przyzna, że bohaterki niniejszej notatki są niezwykle gadatliwymi drzewami. W okresie wegetacyjnym posiadają one tę właściwość, że w ich korony szumią nawet przy na pozór bezwietrznej pogodzie (celuje w tym zwłaszcza osika). Przyjemny dla ucha, srebrzysty dźwięk, który generują jest dynamiczny. Ma szeroki zakres częstotliwości (z dominującymi pasmami w okolicy 1000 Hz) i zmienny poziom głośności, co może potęgować skojarzenia ze swego rodzaju „mową”. Nietrudno zrozumieć, że mógł to być jeden z powodów, dla których dawni ludzie przypisywali topolom nadnaturalne moce. W szeleście ich liści, doszukiwano się bowiem przesłania z zaświatów. Dzisiaj rozumiemy prawdziwą przyczynę tego zjawiska. Chodzi o specyficzną budowę liści, które posiadają długie, spłaszczone ogonki, dzięki czemu szerokie blaszki liściowe mogą łopotać nawet przy najlżejszym ruchu powietrza. Powyższa cecha topolowego listowia jest znana, lecz chciałbym podzielić się z Wami inną, o której nigdzie indziej nie przeczytacie. Mam na myśli to, że kształt liścia topoli czarnej niemal każdy z nas może w prosty sposób ucieleśnić. W jaki sposób? Najlepiej będzie, jeśli spróbujesz zrobić to samodzielnie.

Wyciągnij przed siebie rozczapierzone dłonie, a następnie złącz je w taki sposób, aby oba palce wskazujące i oba kciuki stykały się ze sobą tak, jak zilustrowałem to na poniżej fotografii.

Dłonie ułożone w sposób odtwarzający romboidalny kształt liścia sokory.

I jak? Jestem pewien, że i Ty jesteś w stanie to dostrzec. Powyższe ćwiczenie wydaje się być pozbawioną głębszego sensu zabawą, mnie jednak składnia do refleksji, iż topole i związana z nimi symbolika mogą być nam bliższe, niż się wydaje.

Pareidolia nadwiślańskiego łęgu

Co ciekawe, okazuje się, że nawet w XXI wieku, gdy nasze związki ze światem przyrody są luźniejsze niż kiedykolwiek, istnieją okoliczności, w których wciąż można niemal namacalnie doświadczyć pewnego rodzaju topolowej mistyki. Jakiś czas temu przekonałem się o tym na własnej skórze. Naturalnym miejscem występowania bohaterek niniejszej notatki są nadrzeczne lasy łęgowe. Z uwagi na bujną roślinność i specyficzny mikroklimat, przyrównuje się je niekiedy do tropikalnych lasów deszczowych. W okresie wegetacyjnym zbiorowiska drzew, wchodzących w skład tego rodzaju ekosystemów (najczęściej są to wierzby i topole, ale też klony jesionolistne, wiązy, czy jesiony) wraz z towarzyszącymi im wiklinami, oglądane od strony rzeki, przypominają wyglądem formacje zielonych chmur o złożonej, wielowymiarowej strukturze.

Wielowymiarowa struktura nadwiślańskiego lasu łęgowego, gdzieś na Mazowszu.

W sierpniu ubiegłego roku miałem przedziwne doświadczenie. W trakcie samotnego spływu Wisłą z okolic Warszawy do Płocka nie oszczędzałem się. Dzień po dniu, od świtu prawie do zmierzchu, pracowicie „mąciłem” wodę pagajem. Dodatkowo, przez dwie noce z rzędu w zasadzie nie spałem. Przeszkadzały mi, między innymi, hałaśliwe skoki ryb, żerujących tuż przy brzegu, uderzenia o wodę bobrowych ogonów (bardzo nie podobała im się moja obecność), czy chrapliwe szczekanie kozłów saren, których kilka włóczyło się po okolicy. Dwukrotnie miałem też gości w obozowisku. Za pierwszym razem były to dwa młode lisy (na zmianę, bezczelnie próbowały podkradać mi rzeczy), a dzień później – w innym miejscu, odwiedziło mnie stadko jeleni. W efekcie, ostatniego dnia wyprawy byłem wypruty. Płynąłem przed siebie, chwilami mając naprawdę ciężkie powieki. Przesuwające się przed oczami monotonne widoki i powtarzalny rytm wiosłowania nie pomagały w utrzymaniu koncentracji. W pewnej chwili, gdzieś wśród wiślanych wysp za Wyszogrodem, z zaskoczeniem zorientowałem się, iż w ekranach nadrzecznej „zieleni” dostrzegam różne niesamowite kształty. Były to (m. in.) ogromne czaszki ziejące pustymi oczodołami, przeraźliwie wyglądające gargulce, głowy czarownic, goblinów lub trolli (często kilka, jedna przy drugiej, niczym głowy wykute w skale Mount Rashmore), a nawet złożone sceny z udziałem fantastycznych straszydeł. To nastąpiło nagle, jak gdyby w mojej głowie ktoś przełożył jakąś wajchę odpowiedzialną za percepcję. Wspomniane wyobrażenia były nad wyraz realistyczne i bez trudu byłem w stanie zobaczyć je niemal w każdym zgrupowaniu drzew. Efekt zapewne potęgowało to, iż świat oglądałem zza szkieł okularów polaryzacyjnych, mocno akcentujących grę światła i cienia. Ponadto, gałęzie poruszały się lekko na wietrze, co przydawało widziadłom pewnej dynamiki.

Czy zwariowałem? Oczywiście, że nie. Wytłumaczenie tego, co mnie spotkało, wbrew pozorom jest proste – dopadła mnie łęgowa pareidolia. Zasadniczo, pareidolia jest zjawiskiem psychologicznym, które polega na dostrzeganiu znanych kształtów w przypadkowych elementach otoczenia (m. in. chmury, skały, czy drzewa). Przyjmuje się, że jest to efekt ewolucyjnego mechanizmu ludzkiego mózgu, który w trosce o życie, preferuje błędnie identyfikować potencjalne zagrożenia (np. głowę drapieżnika w gęstwinie ulistnionych gałęzi) niż je przeoczyć.

Przykłady pareidolii ze świata roślin: słynne „myślące” drzewo oliwne z włoskiej Apulli [źródło], przywiędły kwiat róży [źródło], „drzewny demon” [źródło] oraz uschnięte kwiaty wyżlinu [źródło].

Szukając informacji o tym fenomenie, nie udało mi się natrafić na podobnie sugestywną, jak moja relację. Natknąłem się jednak na stwierdzenie, iż tendencja do interpretowania chaotycznych bodźców wzrokowych jako czegoś znajomego może nasilać się, gdy organizm jest zmęczony, a umysł działa na granicy percepcyjnej wydolności. Już wcześniej byłem świadomy, że „głowa” nie znosi pustki i może wypełniać ją własnymi projekcjami. Nie przypuszczałem jednak, iż zielona scenografia łęgu może wywoływać aż tak spektakularne efekty, oraz że osobiście będzie mi dane czegoś takiego doświadczyć. Współcześnie, lasy łęgowe – podobnie, jak cała dzika przyroda – przegrywają z nieustanną presją człowieka. Doszliśmy do momentu, że stanowią one tylko niewielki procent swojego pierwotnego areału. Niegdyś były jednak powszechne, prawdziwie dzikie i nieporównywalnie trudniej dostępne. Życie w dawnych czasach nie oszczędzało naszych poprzedników, ich przetrwanie wymagało bowiem wielokrotnie więcej wysiłku. W mniejszym stopniu niż my rozumieli, jak funkcjonuje świat i na pewno też nieporównanie częściej (w stosunku do nas) bywali wycieńczeni i głodni. Były to czynniki, które bez wątpienia mogły zwiększać podatność na różne pareidoliczne przeżycia. Po tym, czego doświadczyłem osobiście, jestem pewien, że mogły mieć one istotny wpływ na powstawanie mitów i wierzeń związanych z drzewami – szczególnie w kontekście symboliki związanej ze śmiercią i światem funkcjonującym poza przestrzenią dostępną zwyczajnemu postrzeganiu. Niestety, zagadnienie to wydaje się umykać ludziom zawodowo zajmującym się etnobotaniką, czy antropologią kulturową. Może warto byłoby zwrócić na podobne kwestie większą uwagę? Widzę tu ponadto potencjalne pole do badań z zakresu psychologii lub neurokogniwistyki nad wpływem naturalnej przestrzeni trójwymiarowej na ludzką percepcję.

Sokorowa menażeria

Latem, wałęsając się po nadwiślańskim łęgu wierzbowo-topolowym (Salici-populetum), nietrudno zrozumieć, dlaczego wielu określa go mianem „dżungli”. Oba ekosystemy charakteryzują się wszak wilgotnym mikroklimatem, bogactwem roślinności oraz złożonymi sieciami zależności, w których uczestniczą liczne gatunki roślin i zwierząt. Podobnie jak tropikalne lasy, łęgi pełnią ponadto istotną rolę w retencji wody, filtracji zanieczyszczeń, czy regulacji lokalnego klimatu, a cykliczne zalewanie ich sprzyja tworzeniu mozaiki różnych siedlisk przyrodniczych.

Typową cechą lasu, w którym w miarę niezakłócenie trwają naturalne procesy jest duża ilość martwego drewna. W zbiorowiskach leśnych nad Wisłą bezdyskusyjnie sprzyja temu obecność topoli. Jak wiadomo, są one mistrzyniami szybkiego wzrostu (mogą piąć się ku niebu nawet ponad dwa metry rocznie), ale zdolność ta ma swoją cenę. Ich drewno, mianowicie, ma niezbyt zwartą strukturę, co czyni je podatnym na różnego rodzaju uszkodzenia. Nie powinieneś być zatem zdziwiony, jeśli pod naprawdę wiekową nadrzeczną topolą zobaczysz swoisty krąg obłamanych konarów i gałęzi. Co ciekawe, fragmenty starych sokor (zwłaszcza, gdy są pozbawione kory) mogą mieć bardzo interesującą formę. Swym pokrojem nierzadko przypominają kości lub czaszki zwierząt. Dodatkowo, w odsłoniętych napływach korzeniowych, czy uszkodzonych fragmentach potężnych pni, nierzadko można dopatrzeć się też obecności różnych fantastycznych stworów (wracamy do tematu pareidolii).

Godne uwagi jest, że przebijając się przez gąszcz informacji o rodzaju Populus, nie natknąłem się dotychczas na podobne spostrzeżenia. Przyznaję – trochę mnie to dziwi, ponieważ studiując detale sylwetek protagonistek dzisiejszego wpisu, często miewam różne zoomorficzne skojarzenia i dla mnie są one czymś oczywistym (aby nie być gołosłownym, udostępniam garść fotografii obrazujących przedstawicieli owej topolowej menażerii).

Kilka pokazywanych już na tym blogu zoomorficznych fragmentów starych sokor.

Niewykluczone, że wspomniana luka informacyjna wynika stąd, iż ludzie na ogół obcują z miejskimi drzewami, które rzadko dożywają swych dni w spokoju i raczej nie osiągają rozmiarów maksymalnych dla swojego gatunku. W miastach obłamane konary zwykle są szybko usuwane, a uszkodzone, dziuplaste lub po prostu nietypowo wyglądające drzewa nierzadko wycina się pod pretekstem eliminowania potencjalnych zagrożeń. Ponadto, wielu z nas – w nieustannej pogoni za innymi sprawami – zwyczajnie nie poświęca przyrodzie zbyt wielkiej uwagi.

Kończąc powyższą dygresję – swoisty bestiariusz, zaklęty w topolowym drewnie naprawdę istnieje. Przypuszczam, że właśnie tego rodzaju widoki mogły być pierwotnym bodźcem, który doprowadził do powstania mitologicznych przekazów o istotach zamienionych w topole (Heliady opłakujące śmierć Faetona, czy też nimfa Leuke) lub do przekonania, że drzewa te mogą być siedzibami duchów, albo że w ich pobliżu łatwo o kontakt z takowymi. Jasne – może zbytnio się zapędzam (wysuwanych przeze mnie tez nie da się zweryfikować), ale faktem jest, że zwracanie uwagi na drzewa porastające łęgi może być siłą napędową dla wyobraźni czułego obserwatora. Mam nadzieję, że i Wy będziecie mogli się kiedyś o tym naocznie przekonać.

Od ptasiej czatowni do mitologii

Lubię samotne spływy środkową Wisłą. Oferują one nie tylko możliwość osobistego udziału w pasjonującej przygodzie, ale przede wszystkim umożliwiają nieskrępowane obcowanie z nieujarzmioną przyrodą. Naturalnym elementem takich „vistuliad” są obserwacje ptaków, dla których Rzeka stanowi niezwykle atrakcyjne siedlisko (zanotowano tu występowanie ponad 250 gatunków). Poruszam ten temat nie bez powodu. Mam mianowicie przypuszczenie, że do specyficznego sposobu, w jaki przez wieki postrzegano topole, pośrednio przyczynić się mogły także spotkania z niektórymi przedstawicielami tej pierzastej ferajny (oczywiście, nie tylko nad Wisłą, ale ogólnie nad rzekami).

Lustrując nadwiślański krajobraz z poziomu łodzi, bez trudu dostrzeżesz sokory i białodrzewy, które obumierają (lub już obumarły) stojąc. Ze względu na swoją strukturę oraz imponującą wysokość (nierzadko przekraczającą trzydzieści metrów), wystawiającą je ponad linię innych drzew, stanowią idealne czatownie dla bielików i kruków. Masywne, uschnięte konary, które straciły zdolność do fotosyntezy, zapewniają tym ptakom doskonały punkt obserwacyjny.

Martwa, nadwiślańska topola – wymarzona ptasia czatownia.

Podczas spływu, często widzę je właśnie w takich okolicznościach. Dla człowieka współczesnego, który zatracił potrzebę odczytywania sensu w gąszczu mitologicznych kontekstów, spotkanie z nimi nie wykroczy poza ramy atrakcyjnej obserwacji ornitologicznej. Warto jednak pamiętać, iż w wielu kulturach zarówno kruk, jak i bielik nie były zwyczajnymi ptakami. Orzeł – z racji swej siły i majestatu – przede wszystkim reprezentował potęgę bogów. Niekiedy był także strażnikiem, mającym baczenie na świat. Kruki, inteligentne i stroniące od ludzi, nad wyraz często kojarzone były z kolei ze śmiercią i wędrówką dusz między światami (podczas której niekiedy pełniły rolę przewodników). Biorąc to pod uwagę, wydaje się zrozumiałe, że ktoś wrażliwy i mocno zakorzeniony w dawnych wierzeniach, spotkanie z bielikiem lub krukiem mógł odczytywać jako moment mistyczny, niosący przesłanie od duchów przodków czy bogów. Jeżeli ptaki te będą szczególnie często obserwowane na wierzchołku topoli, to czy nie wydaje się logiczne, że również i ona z czasem stanie się elementem zbioru tych samych mitologicznych pojęć i znaczeń? Nie wiem, co o tym myślicie, ale do mnie przemawia taka koncepcja.

Podsumowując, mam nadzieję, że udało mi się na nowo zaczarować topole w Waszych oczach i pokazać, że nadal mogą kryć w sobie coś intrygującego. W dobie, gdy tempo życia zdaje się przytłaczać nasze zmysły, a ludzkość stoi na kolejnym rozdrożu, warto zatrzymać się na chwilę, by nawiązać bliższą więź z otaczającym nas światem. Pretekstem może być spotkanie z jakąś sędziwą topolą. Odkrywając ponownie piękno tego rodzaju drzew, mamy szansę na nowo (i po swojemu) odczytać w większości zapomniane konteksty. Obcowanie z nimi może budzić nie tylko echo głębokich skojarzeń z mitologicznymi opowieściami, które niegdyś kształtowały ludzką wyobraźnię, ale niewykluczone, że stanie się też karalizatorem, który pozwoli też lepiej zrozumieć siebie i odnaleźć równowagę wewnętrzną w harmonii z naturą. Kończąc ten wpis, właśnie tego sobie oraz wszystkim Wam życzę…

Jesienny lot nad „Marzanną” i kolejna lekcja przemijania

Jesień. Robi się ponuro i chłodno, a moje myśli niczym kruki, kołują wokół „Marzanny„. W tym roku bywałem w Grudziądzu wyjątkowo rzadko, stąd też nie miałem okazji jej zbyt często widywać. Szczęśliwie, od czasu do czasu, mogę pozwolić sobie na luksus spojrzenia na nią cudzymi oczami.

Nocą, szesnastego października, obejrzałem fotografie i niesamowity film, wykonane przy użyciu drona przez „ARTIDRON Photography”.

Wspomniane materiały pozwalają zobaczyć – niejako z orlej perspektywy – fenomenalny nadrzeczny krajobraz Basenu Grudziądzkiego, ale przede wszystkim stanowią cenny materiał dokumentujący postępujące zamieranie naszej wyjątkowej sokory. Staruszka wciąż stoi na straży wiślanego brzegu, ale nie da się ukryć, że jej sylwetka zmieniła się od czasu, kiedy byłem pod nią ostatnio. Tegoroczne wichury oraz gwałtowne burze przetaczające się przez okolicę dały jej się mocno we znaki. Z rozczapierzonej, pierwotnie dość nisko osadzonej korony ostał się tylko jeden przewodni konar (najgrubszy i najbardziej pionowy). Pozostałe – aktualnie wyłamane – leżą u podstawy drzewa, opierając się o jego masywną bryłę korzeniową. W okrytym szarawą korą pniu zieje przepastna, próchniejąca wyrwa, której dno – pełne wilgotnego murszu, zaczynają porastać ziołorośla.

Po obejrzeniu filmu, długo nie mogłem zasnąć. Wpadłem w krąg myśli o przemijaniu. Samolubnie pragnąłbym, żeby topola, którą znam od dzieciństwa trwała jak najdłużej, ale wiem, że czas i natura są nieubłagane. Obserwując, jak jej stan się sukcesywnie pogarsza, czuję smutek, podobny do tego, który towarzyszy byciu świadkiem starzenia się bliskiej osoby. Patrzenie na utratę sił i postępujące zniedołężnienie jest przygnębiające, ale jednocześnie odczuwa się ciche uznanie dla przeszłości i ciepło wspomnień.

Marzanna” zdaje się z godnością przyjmować swój los. Rozciągnięty w czasie proces jej umierania nie jest spektakularny. Przeciwnie – wydaje się, jakby świadomie wybrała, by odchodzić niespiesznie. W zgodzie z rytmem natury powoli tworzy przestrzeń dla nowego życia. Tracąc kolejne gałęzie i konary, niejako rozbiera się do snu. Rozmywa się w krajobrazie, który przez lata zdobiła, łagodnie osuwając się w ciszę. W jej uroczystym przemijaniu, sękatych, zniszczonych konarach i sponiewieranej sylwetce jest coś poruszającego. To mądrość czasu. Myślę, że można poczuć ją stając w jej cieniu, wsłuchując się w szum Wisły grającej na kamieniach u jej stóp i chrapliwe głosy wędrujących gęsi.

Odchodzenie sędziwej topoli jest dla mnie lekcją. W naturze nie ma wstydu w starości, ani rozpaczy w śmierci. Jest za to miejsce na godność i akceptację przemijania. Gdy grudziądzka sokora o wyjątkowym pokroju wreszcie upadnie, nie przepadnie bez śladu. Powróci do kręgu życia, dając szansę na życie innym istotom. Oglądanie jej na ostatniej prostej istnienia przypomina mi o cyklach natury – o odwiecznym rytmie narodzin i odchodzenia. W umieraniu drzewa jest bowiem coś więcej niż tylko smutny finał. Można dostrzec w nim także piękno – przypomnienie o nieustannym procesie odnowy…

Topola czarna z dziedzińca AWF – moja kandydatka na „Warszawskie Drzewo Roku” (2024)

„Łatwo jest pozbyć się drzewa. Wystarczy kilka cięć piły, by potężny pień, rosnący przez dziesięciolecia, legł z łoskotem na ziemi. To bolesne, ponieważ sędziwe drzewa mają w sobie coś magicznego. Tracąc je, pozbywamy się nie tylko elementu miejscowej „zieleni”, ale też przytuliska dla niezliczonych istot, niemego świadka upływającego czasu a także źródła wspomnień. Wydaje się, że nasze rozumienie świata pogłębia się, lecz w miastach wciąż bywa tak, że drzewa traktuje się przedmiotowo – jak meble, które można wyrzucić lub pod byle pretekstem wymienić. Nie musi tak jednak być. Pokazuje to przykład pewnej bielańskiej topoli.

Każdy, kto zawita na ogólnodostępny dziedziniec warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego, na pewno dostrzeże majestatyczną topolę czarną, zdobiącą jego serce. Wokół tego rozłożystego drzewa – niczym symbolicznej osi – ułożono tablice z nazwiskami wybitnych postaci polskiego sportu. Nie wiadomo dokładnie, ile lat liczy sobie ta sokora, nie ma jednak wątpliwości, że była już dorodnym drzewem w pierwszej połowie ubiegłego wieku, kiedy dopiero planowano budowę kampusu Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego (przekształconego później w AWF). Drzewo mogło pójść pod topór, przegrywając z ambitną wizją architektoniczną, ale na szczęście tak się nie stało. Architekt Edgar Aleksander Norwerth, jeden z głównych projektantów tego przedsięwzięcia, dokonując rekonesansu w terenie, w samotnym drzewie rosnącym na bielańskim ugorze niedaleko szosy, dostrzegł coś więcej niż tylko przeszkodę do usunięcia. Oczami wyobraźni ujrzał w nim niezwykły „akcent dekoracyjny przyszłego dziedzińca” oraz „obiekt wspaniale ożywiający skromny zarys murów” i tak też się stało. Chwała mu za to, ponieważ topola istnieje do dzisiaj, towarzysząc kolejnym pokoleniom studentów i wykładowców AWF-u oraz zachwycając wszystkich mieszkańców Warszawy, którzy są w stanie docenić piękno rodzimej przyrody.

Drzewo to – jako jeden z najbardziej znanych przedstawicieli swojego gatunku w Polsce – od 2009 roku cieszy się statusem pomnika przyrody i z pewnością zasługuje także na tytuł Warszawskiego Drzewa Roku. Jest ono rzeczywiście mocarne i piękne, ale jego istnienie to przede wszystkim wspaniała lekcja szacunku dla natury oraz przykład, że również w przestrzeni miejskiej można ją umiejętnie wykorzystać…”

Powyższym tekstem uzasadniłem zgłoszenie pomnikowej topoli czarnej, będącej ozdobą dziedzińca warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego do tegorocznej edycji plebiscytu „Warszawskie Drzewo Roku„. Konkurs ten stanowi część projektu – „W koronach miasta„, realizowanego przez warszawski Zarząd Zieleni od kilku lat, celem edukowania mieszkańców w zakresie tematyki miejskich drzew i przyrody. Moja kandydatka szczęśliwie przeszła eliminacje i wraz z dwunastoma innymi drzewami znalazła się w finale. Głosowanie ruszyło w minioną środę i będzie trwało do 25 września. Jeżeli podobnie, jak ja jesteście miłośnikami topoli, zachęcam do oddania głosu na sokorę z AWF-u. Można to zrobić za pośrednictwem formularza na stronie Zarządu Zieleni m. st. Warszawy [LINK]. Kliknięcie w link umożliwia także obejrzenie sylwetek oraz zapoznanie się z historią pozostałych drzew biorących udział w konkursie.