Między Drzewami (28 grudnia)

Ostatnio bardziej niż zwykle czuję zew, który ciągnie mnie ku nadwiślańskim łęgom. Dzisiaj był on na tyle silny, że nie byłem w stanie dłużej mu się opierać i – zarzuciwszy plecak na grzbiet – na kilka godzin wywędrowałem do lasu. Zima to dobry czas na takie eskapady. Zielona chwała splątanego zielska, które w cieplejszych miesiącach stanowi trudną do przebrnięcia barierę, chwilowo przeminęła. Nie uświadczysz też kleszczy ani chmar natrętnych komarów. Warto zatem ruszyć między drzewa. Choćby po to, by w spokoju pokontemplować ich przejściowo odsłonięte sylwetki.

Lubię wyszukiwać stare białodrzewy i sokory o pomnikowych rozmiarach lub intrygującym pokroju, a potem po prostu siedzieć u ich podnóża. Tym razem sporo czasu spędziłem nieopodal pewnego topolowego weterana, o pniu naznaczonym wielką, wypaloną w środku szczeliną (w jej wnętrzu jakiś pacan zostawił zdezelowanego grilla). Sącząc szybko stygnącą kawę, wsłuchiwałem się w głosy dzięciołów czarnych. Niekiedy także wiatr wygrywał na gałęziach jakąś jękliwą melodię. Nieopodal, wśród połamanych konarów leżących na ziemi, ostrożnie kluczyły sarny. Mróz szczypał mi policzki, a spokój rozścielający się wokół sprawił, że zwierzę niepokoju we mnie zaczęło układać się do snu…

100 słów o jesiennej mistyce łęgu (10 listopada)

O tej porze roku w nadwiślańskim łęgu wierzbowo-topolowym jest jakaś mistyka, dla której warto wleźć między łany wysokich pokrzyw, wciąż parzących mimo zwarzonych przez nocny przymrozek liści. Wdowi welon pędów chmielu oplata posępnie wyglądające sylwetki topoli czarnych. Tu i tam kaplica dziuplastej wierzby, w pobliżu której – niby maleńcy aniołowie – kręcą się sikory, raniuszki i szczygły. Wpatrując się w zmętniałe oko łosia, który zasnął na zawsze w cieniu starych białodrzewów, mógłbyś pomyśleć, że równie dobrze wszystko to mogłoby mieć miejsce tysiąc lat temu. Siedząc na ramie roweru sączę herbatę i stukam ołówkiem o kartkę notatnika. Miałem tyle napisać, a kompletnie brakuje mi słów…

Słoneczna lekcja fizyki

Czy jest ktoś taki, kto chociaż raz w życiu nie przystanął na chwilę, żeby zachwycić się zachodem słońca? Ta iście magiczna chwila, stanowiąca element codziennego spektaklu odgrywanego przez naszą najbliższą gwiazdę, porusza w nas czułe struny, ale może stanowić także swoistą lekcję fizyki.

Podziwiając zachodzące słońce możemy zauważyć, że im bardziej zbliża się ono do horyzontu, tym bardziej jego barwa zmienia się na czerwono-brunatną, a błękitny kolor nieba zanika. „Dlaczego tak się dzieje?” – to pytanie, które często pada z ust dzieci w tym kontekście, jednak okazuje się, że nawet wielu dorosłych ma problem z udzieleniem na nie precyzyjnej odpowiedzi. Aby rozwikłać zagadkę, co właściwie odpowiada za tę efektowną przemianę, należy podjąć próbę zrozumienia, w jaki sposób światło słoneczne oddziałuje z ziemską atmosferą. Światło emitowane przez słońce to światło białe, w którego skład wchodzą wszystkie kolory tęczy (fioletowy, niebieski, zielony, żółty, pomarańczowy oraz czerwony). Wiadomo, że poszczególne barwy to fale elektromagnetyczne, charakteryzujące się różną długością (od 400 nanometrów w przypadku fioletu do 700 nanometrów dla czerwieni). Wielkość ta (tzn. długość fali) przekłada się z kolei na ich zdolność do rozpraszania. Najprościej mówiąc – im krótsza jest długość danej fali, tym łatwiej może ulegać ona rozproszeniu. Dysponując tą informacją można stosunkowo łatwo wyobrazić sobie, co dokładnie dzieje się podczas zachodu słońca. Gdy jego pozycja względem horyzontu stopniowo obniża się, światło musi pokonywać coraz grubszą warstwę atmosfery, na skutek czego wzrasta przewaga dłuższych, trudniej ulegających rozproszeniu fal, a do takich zaliczają się te, które są odbierane przez nasze oczy jako barwa pomarańczowa i czerwona.

Zachód słońca nad Martwą Wisłą. Na powierzchni wody – pokrytej siatką fal – rozciąga się migocząca jak brokat smuga słonecznego światła.

Inne ciekawe zjawisko optyczne związane ze słońcem można zobaczyć, gdy zachodzi ono nad zafalowaną powierzchnią wody. W takim przypadku, w pewnym momencie na wodzie pojawia się charakterystyczna, migocząca jak brokat smuga. Ten malowniczy efekt jest przejawem natury fal, które występując w dużej liczbie, stanowią tysiące niewielkich powierzchni zdolnych do odbijania światła. Owe powierzchnie działają, jak zwierciadła, powodujące powstawanie wielu pojedynczych błysków, które finalnie składają się na pojawienie się zniekształconego odbicia źródła światła (w tym przypadku słońca). Niewielkie odchylenia od kierunku poziomego względem obserwatora powodują, że powstające odbicie jest wydłużone, natomiast charakterystyczne migotanie jest oczywiście wynikiem nieustannego ruchu powierzchni wody. Proporcje tej świetlistej smugi można powiązać zarówno z kątem uniesienia słońca, jak i stopniem nachylenia fal. Generalnie, im niżej znajduje się słońce, tym tworzona przez nie świetlista ścieżka jest bardziej wydłużona. Z kolei wzrastająca stromizna fal, powoduje jej zauważalne poszerzenie. Co istotne, powyższe obserwacje można podeprzeć odpowiednimi wzorami matematycznymi, co sprawia, że wiedzę dotyczącą tego zjawiska z powodzeniem wykorzystuje się na przykład do precyzyjnego opisu prądów morskich.

Dlaczego w ogóle piszę o takich sprawach? Uważam, że ciekawość świata i otwartość na zrozumienie zachodzących w nim zjawisk jest czymś, co może uczynić naszą egzystencję bardziej interesującą i w wyższym stopniu świadomą (nie trzeba do tego formalnego wykształcenia :)). Są ludzie, którzy idąc przez życie patrzą głównie przez pryzmat serca, albo rozumu, ale ja należę do osób, które twierdzą, że zawsze warto wybierać drogę biegnącą mniej więcej pośrodku…

Łomna, 3 lipca

Zdarzają się takie dni, gdy ma się możliwość patrzenia na świat z pobłażaniem właściwym komuś, kto może wszystko, ale niczego nie musi. Zrzuciwszy z grzbietu balast plecaka nareszcie można pozwolić sobie na luksus „nicnierobienia”. Warto uwolnić się także od jarzma ciężkich buciorów i poszwendać się kapkę po piaszczystym nabrzeżu. A potem, półleżąc na piasku, nie trzeba martwić się o nic. Strugać łyżki z przyniesionych przez wodę topolowych gałęzi, jeść odgrzewaną naprędce fasolę, lub chłonąc wzrokiem chłostaną kańczugiem wiatru Rzekę do woli sycić się jej otwartą i dziką przestrzenią…

Myśląc o Rzece

Dorastałem w bliskim sąsiedztwie Wisły i jej obecność w moim życiu zawsze była czymś oczywistym, jednak dopiero jako osoba dorosła stałem się jej wiernym i świadomym wyznawcą. Moje postrzeganie Rzeki mocno pogłębiło się, gdy zacząłem samotnie spływać z jej nurtem. Wcielając się w rolę kogoś w rodzaju rzecznego włóczęgi przekonałem się, że jest ona także jednym z niewielu miejsc, które zapewniają pewien rodzaj pozytywnej osobności, pozwalającej strząsnąć z siebie codzienny kurz świata.

Rzeki od zawsze stanowiły granicę. Przede wszystkim geograficzną, ponieważ oddzielały od siebie przeciwległe brzegi, ale rozdział będący ich udziałem mógł dotyczyć także spraw metafizycznych. Przeprawa przez rzekę zawsze wiązała się z podejmowaniem ryzyka, jako że w jej trakcie zawsze można było pożegnać się z życiem. Możliwe, że jest to jeden z powodów, dlaczego w wielu kulturach powtarza się motyw cieku wodnego jako linii granicznej między światem realnym a domeną duchową. W minionych czasach żywiono przekonanie, że dusze zmarłych na drodze w zaświaty czekała przeprawa przez wodę, a później nie mogły one zza tej bariery tak łatwo powrócić. Obserwowanie wody w ruchu doprowadziło ludzi także do nadania jej rangi symbolu upływającego czasu i wiążącej się z nim nieuchronności.

Płynąc środkiem rzeki znajdujesz się więc niejako poza czasem, w stanie symbolicznego zawieszenia między dwoma rzeczywistościami. Samotne, kilkudniowe spływanie rzeką, taką jak Wisła, posługując się niepozorną, nadmuchiwaną łódeczką to unikalne i bardzo intymne doświadczenie. Składając swój los w ręce zmiennego żywiołu, jednocześnie prowokujesz spotkanie z samym sobą. Duża rzeka nizinna jest bowiem zwierciadłem, w którym masz szansę dokładnie przyjrzeć się sobie, ale na wiedzę, którą można zdobyć w ten sposób nie każdy będzie gotowy. Nad rzeką ważne są rzeczy proste. Pierwotne sytuacje wyciągają prawdę z człowieka, a zanurzenie się we własnych emocjach, słabościach i lękach oraz wzięcie pełnej odpowiedzialności za podejmowane działania jest tym, co zawsze wymaga odwagi. Pierwszego dnia twoje myśli będą zmącone, jak woda, która cię otacza, ale jeżeli będziesz otwarty na nadrzeczną harmonię oraz wystarczająco cierpliwy, jest szansa, że przebywając z Rzeką sam na sam odnajdziesz w sobie wewnętrzny spokój i zaczniesz cieszyć się chwilą. Razem z tym przychodzi także otwartość na dalszy rozwój wydarzeń, ale też na potencjalne spotkanie z drugim człowiekiem, który – choć obcy – nierzadko może okazać się osobą posiadającą zbliżone do twojego spojrzenie na świat. Podobnie jak poczucia wolności, tego nie da się kupić.

Niespieszna podróż łodzią to także rodzaj duchowego uniesienia. Płynąca woda wydaje się żywa i tak też postrzegali ją nasi przodkowie. Niegdyś wierzono, że rzeki mają osobowość. Były siostrami mórz i oceanów oraz życiodajnymi żyłami prababki Ziemi. Obcując z rzeką o naturalnym, lub zbliżonym do takowego charakterze, masz bezpośredni kontakt z czymś, co daleko wykracza poza ciebie. Czymś w zasadzie nieskończonym, nieokiełznanym oraz wymykającym się prostym do zdefiniowania schematom. Na przestrzeni dziejów ciekom wodnym ofiarowywano różnego rodzaju dary. Intencje oraz towarzyszące im rytuały były różne, jednak wszystkie łączyła pewność, że rzeka jest czymś więcej niż tylko jednym z wielu martwych tworów przyrody. Myśląc o Wiśle, Ty także możesz okazać należny jej szacunek. W jaki sposób? Przede wszystkim nie chciej jej sobie podporządkowywać. Niechaj pozostanie taką, jaką jest – także dla przyszłych pokoleń.

Topola „Marzanna”

Jest takie drzewo, którego obraz siedzi w mojej głowie prawie od zawsze. Zobaczyłem je po raz pierwszy, gdy miałem jakieś siedem lat i ten widok był dla mnie na tyle fascynujący, że już na trwałe zapisało się ono w mojej pamięci. Na przestrzeni kolejnych trzydziestu dwóch lat wielokrotnie do niego wracałem (nie tylko myślami). Tym wyjątkowym drzewem jest jedna z topól czarnych, rosnących na brzegu Wisły u podnóża grudziądzkiej Kępy Strzemięcińskiej. Nie znam dokładnego wieku tej konkretnej sokory (ustalenie go to zadanie dla dendrologa), ale gdybym miał szacować na oko, to dałbym jej jakieś 180 lat. Gdy byłem nastolatkiem, drzewo – choć sędziwe – wciąż było w niezłej kondycji, ale w ciągu kilkunastu ostatnich lat sporo się zmieniło. W międzyczasie „moja” nadwiślańska topola padła ofiarą kilku celowych podpaleń, które znacząco nadwątliły jej siły. Na szczęście jej sylwetka, choć mająca okres świetności za sobą, nadal stanowi wyrazisty element lokalnego krajobrazu i wciąż robi na mnie piorunujące wrażenie.

Sędziwa topola „Marzanna”, rosnąca u podnóża grudziądzkiej Kępy Strzemięcińskiej na wysokości osiedla „Rządz” (5 stycznia 2021 roku).

Możecie się ze mną nie zgodzić, ale twierdzę, że bohaterka dzisiejszego wpisu jest jednym z najbardziej godnych uwagi przedstawicieli swojego gatunku w Polsce. W chwili obecnej (stan na 5 stycznia 2021 roku), pomimo obłamania się jednego z głównych konarów, jej obwód na wysokości pierśnicy (130 cm od poziomu gruntu) wciąż wynosi około 700 cm. To oczywiście dużo, jednak tym, co decyduje o wyjątkowości tego drzewa, jest potężny, częściowo odsłonięty system korzeniowy, który malowniczo schodzi w dół skarpy, na której krawędzi ono wyrosło. Oglądając fotografie ilustrujące ten wpis możecie zobaczyć, że bryła korzeniowa wydatnie powiększa i tak już imponującą sylwetkę sokory. W dzieciństwie, razem z kumplami chowałem się w pustych przestrzeniach między tymi korzeniami i uważaliśmy to za fenomenalną zabawę. Pamiętam też, że swego czasu znajdowało się tu również gniazdo os, które nas bardzo interesowało.

Piszę ten post z perspektywy osoby wrażliwej na kwestie ochrony środowiska naturalnego, która wychowała się w Grudziądzu i z upływem lat, z rosnącym zaniepokojeniem obserwowała, jak jedna z najwspanialszych, nadwiślańskich topól jest systematycznie dewastowana przez miejscowych wandali. Nie podlega dyskusji, że obwód tego konkretnego drzewa znacząco przekracza wymiary określone w Rozporządzeniu Ministra Środowiska z dnia 4 grudnia 2017 r. w sprawie kryteriów uznawania tworów przyrody żywej i nieożywionej za pomniki przyrody. Jest także większy niż obwód każdego drzewa na terenie gminy, któremu nadano taki status. Tymczasem sokora, o której piszę, nie została nigdy objęta tą formą ochrony. Niedawno, przeglądając mapy Google z zaskoczeniem odkryłem, że ktoś oznaczył ją jako pomnik, ale ta informacja nie odpowiada stanowi faktycznemu. Widząc znacznik ucieszyłem się jednak, ponieważ ktoś oprócz mnie docenił jej nieprzeciętne walory. Postanowiłem ponadto potraktować powyższe odkrycie jako katalizator do konkretnego działania. Podjąłem decyzję, że pójdę za ciosem i samodzielnie zawnioskuję o ustanowienie nowego pomnika przyrody. Kilka tygodni później mój wniosek trafił do grudziądzkiego Urzędu Miejskiego i sprawa jest aktualnie rozpatrywana.

Zamaskowany autor (1,80 m wzrostu), stojący u podstawy pnia „Marzanny”.

Przygotowując dokumentację nie chciałem, aby ta szczególna dla mnie sokora pozostawała bezimienna. Pomyślałem, że to, czemu nadajemy imię, staje się mniej obce i z czasem zaczyna funkcjonować w ludzkiej świadomości jako coś swojskiego. Jest oczywiste, że o to, co bliskie, troszczymy się bardziej. Wybór imienia nie nastręczył mi większych trudności. Praktycznie od razu wiedziałem, że „Marzanna” to odpowiednie miano dla sędziwej, mocno okaleczonej topoli. Uważam tak z dwóch powodów. Po pierwsze, proponowana przeze mnie nazwa wprost idealnie wkomponowuje się w kontekst kulturowy i literacki, na gruncie którego osadzony jest ten rodzaj drzew (od starożytności przypisywano im atrybuty związane ze śmiercią i zaświatami, o czym wspominałem we wpisie poświęconym ich „odchwaszczaniu” (LINK)). Marzanna z kolei jest naszą rodzimą, silnie zakorzenioną w folklorze postacią mitologiczną, kojarzoną z zimą, śmiercią, ale też z odrodzeniem. Dodatkowym argumentem przemawiającym za moim wyborem jest to, że jeszcze w latach 90-tych ubiegłego wieku dzieci z pobliskiej szkoły podstawowej na wiosnę topiły kukłę Marzanny w Wiśle niedaleko tego drzewa.

Nie wiem, czy topola „Marzanna” ostatecznie uzyska status pomnika, ale na pewno warto o to zabiegać. Na nadwiślańskich terenach trudno jest aktywnie chronić drzewa, ale czasami już sam widok kawałka emaliowanej blachy z godłem, jakim jest tabliczka urzędowa, może być wystarczającym straszakiem, który powstrzyma ludzi przed głupimi zachowaniami (oczywiście nie zawsze).

Imponująca, odsłonięta bryła korzeniowa „Marzanny” (w centralnej części zdjęcia i na prawo od środka widoczne ślady po podpaleniach).

Zmierzając do końca wpisu, chciałbym podpowiedzieć, że być może i Wy znacie drzewa, które znajdują się w podobnej sytuacji, a które z racji wybitnych walorów powinny zostać otoczone ochroną prawną. Jeżeli możecie działać – róbcie to, choćby efekt końcowy był bardzo niepewny. Zapewniam, że bierność niczego nie zmieni.

Gdybyście kiedykolwiek znaleźli się w Grudziądzu (na przykład płynąc kajakiem lub kanadyjką ku ujściu Wisły), możecie zwrócić uwagę na „moje” drzewo (jego współrzędne geograficzne to: N 53°27’21,88”, E 18°42’47,59”). Naprawdę warto, a nie wiadomo, jak długo jeszcze postoi…

Naturalny rejestr wezbrania

Gdy spędza się dużo czasu w terenie, dobrze wyrobić sobie nawyk zwracania uwagi na szczegóły otoczenia. Współcześnie wielu patrzy na świat w bardzo pobieżny sposób, ale warto pamiętać, że w żyłach każdego człowieka płynie krew wielu pokoleń zbieraczy i łowców. W minionych wiekach umiejętność czytania naturalnych znaków, śladów oraz tropów była niezwykle istotnym elementem codzienności. Dla naszych przodków zmysł obserwacji był wszak tym, co mogło przesądzić o ich przetrwaniu. Egzystencja tych ludzi, w porównaniu z naszą, była o wiele ściślej związana z kapryśnym rytmem natury. Nie od dziś wiadomo, że różnego rodzaju cechy otoczenia mogą być świadectwem występowania określonych zjawisk lub niebezpieczeństw. Niektóre wskazują na to, jakie zwierzęta pojawiają się w okolicy, i stanowią historię ich zachowań, co może być istotne przy zdobywaniu pożywienia. Są też takie, które ułatwiają znalezienie wody pitnej. Inne bywają z kolei pomocne w ustalaniu stron świata, co jest niezbędne przy podejmowaniu wędrówek.

Czasy się zmieniły, a wraz z nimi nasz styl życia i sposób postrzegania przyrody. Stale otacza nas jednak cała masa naturalnych wskazówek, pośrednio świadczących o tym, że coś istnieje lub dzieje się wokół. Dużo osób nie czuje potrzeby odszyfrowywania zawartego w nich przekazu, ja jednak myślę, że wciąż warto być dociekliwym obserwatorem. Mogę zapewnić Was, że włócząc się wzdłuż brzegów Wisły natkniecie się na tysiące przeróżnych śladów. Temat jest szeroki, ja jednak, zabierając się za pisanie tej notatki, postanowiłem skupić się tylko na jednej rzeczy. Jeżeli jesteś osobą, która sporadycznie pojawia się nad rzeką, możesz zdziwić się, jak bardzo bywa ona zmienna (osobiście zawsze mnie to mocno fascynowało). Poddając się wahaniom rocznego cyklu opadów, wzbiera ona kilka razy do roku. Gdy prześledzi się wartości poziomu wody, zmierzone przy użyciu wodowskazów, widać, że stan Wisły w różnych okresach potrafi diametralnie się różnić. Chciałbym powiedzieć Wam jednak, że aby z grubsza ocenić, jak wysoko ostatnim razem podeszła woda, nie trzeba mieć dostępu do żadnej aparatury pomiarowej. Spacerując po międzywalu i przyglądając się otoczeniu, można czasami zauważyć śmieci, wiechcie trawy lub ogryzione przez bobry patyki, które zwieszają się z gałęzi nadrzecznych drzew i krzewów. Bywa tak, że można zobaczyć je ponad swoją głową, czasem w sporej odległości od aktualnej krawędzi brzegu. Wysoka woda niesie mnóstwo przedmiotów, które zatrzymawszy się na przeszkodach, mogą stanowić, jedyny w swoim rodzaju, naturalny rejestr ostatniego wezbrania. Może i Ty widziałeś kiedyś tego rodzaju ślady? Jeżeli nie, to jestem pewien, że następnym razem zwrócisz na nie uwagę.

Przybrzeżne wikliny w roli naturalnego rejestru wezbrania.

Ujście Rudawki – zły sen melioranta

Rudawka to przykład małej rzeki, która stała się ofiarą rozwijającego się miasta. Wspomniałem o niej przy okazji notatki dotyczącej Parku Olszyna, jednak myślę, że zasługuje ona na osobny wpis. W dawniejszych czasach ten jeden z kilku stałych cieków wodnych Warszawy wartko płynął ku Wiśle. Po drodze ze źródła, biegnąc przez teren Powązek, Słodowca i Marymontu napędzał młyny oraz zasilał w wodę stawy rybne. Z upływem lat, wskutek oczekiwań społecznych i zmian koncepcji urbanistycznych, koryto Rudawki coraz mocniej regulowano, czego rezultatem było ukrycie większości jej biegu pod poziomem ulic. W nielicznych miejscach, gdzie pozostawiono ją na powierzchni, nadano jej formę wąskiego kanału. W tej pożałowania godnej postaci możecie zobaczyć ją dzisiaj w Parku Olszyna, przy ulicy Klaudyny oraz wzdłuż Lasu Bielańskiego. Gdzie indziej, pozostały po niej tylko wspomnienia najstarszych mieszkańców warszawskich Bielan, nieliczne zdjęcia oraz formy ukształtowania terenu, w których od biedy można dopatrzeć się śladów będących pamiątką po jej starorzeczu.

Współczesne koryto Rudawki w Parku Olszyna (góra), przy ulicy Klaudyny (lewy dolny róg) oraz wzdłuż Lasu Bielańskiego (prawy dolny róg).

Szukając informacji o ujściu Rudawki do Wisły zdziwiło mnie, że na chwilę obecną w sieci można znaleźć zaledwie jedną fotografię, na której uwieczniono miejsce połączenia się obu rzek (możesz zobaczyć ją tu). Nikt też nie uznał za istotne, by zaznaczyć na Mapach Google dokładną lokalizację. W artykule zatytułowanym „STARORZECZE RUDAWKI”, który został opublikowany dwa lata temu na stronie Klubu Globtrotera Warszawa możemy przeczytać, że ujście „(…) znajduje się na tyłach dawnego klasztoru kamedułów na Bielanach. Oczywiście także w postaci zmeliorowanego kanałku”. Tymczasem, rzeczywistość, którą można zastać na miejscu nie do końca pokrywa się z tym opisem.

Ujście Rudawki do Wisły pod koniec grudnia 2020 roku.

W przypadku, gdybyś zechciał podjąć wysiłek przedarcia się przez pas nadwiślańskich zarośli, gdzieś między ujęciem wody dla huty, a Mostem Północnym, to możesz się zdziwić. Gdy dotrzesz w pobliże punktu, w którym Rudawka kończy swój bieg, przekonasz się naocznie, że na swoim końcowym odcinku – u podnóża Góry Polkowej – nie ma już formy, jaką nadali jej fachowcy od regulacji rzek. Nie jest tajemnicą, że w obrębie stolicy mieszka kilkanaście rodzin bobrowych. Jedna z nich, nie pytając nikogo o zgodę, wybudowała tu serię zmyślnych tam i po cichu przekształciła wąską, sztucznie ukształtowaną strugę w piękne rozlewisko. Bobry mają opinię bardzo płochliwych, jednak te, które obrały sobie za siedzibę to miejsce, zdają się mieć w nosie nawet bezpośrednie sąsiedztwo hałaśliwej Wisłostrady.

Bobrowe tamy i rozlewisko, które powstały wyniku ich działalności przy ujściu Rudawki.

Nie od dziś wiadomo, że działalność bobrów w naszym kraju wzbudza ogromne kontrowersje. Zdaję sobie sprawę, że kwestia jest złożona, jednak patrząc na efekty pracy tych urodzonych inżynierów przy ujściu Rudawki jestem skłonny uwierzyć, że wciąż jest nadzieja dla innych, często niepotrzebnie uregulowanych cieków wodnych. Ma to szczególne znaczenie w świetle zmian klimatycznych, których negatywnych skutków coraz częściej doświadczamy. Na zachodzie już dawno dostrzeżono potrzebę renaturyzacji rzek. W tym celu przeznacza się potężne nakłady finansowe, by chociaż częściowo przywrócić im naturalny bieg i tam, gdzie to możliwe, zwiększyć areał zadrzewień łęgowych oraz terenów podmokłych. U nas wciąż wszystko na opak. Nasi decydenci na ogół kierują się inną logiką. Na przekór opiniom i zaleceniom ekspertów wciąż dąży się do kanalizowania kolejnych rzek oraz stawiania na nich zapór (nawet tam, gdzie nie ma to gospodarczego i społecznego uzasadnienia). Jednocześnie wiele mówi się o potrzebie retencjonowania wody z uwagi na fatalną sytuację hydrologiczną. Tymczasem, poprawa retencji to coś, co bobry robią za darmo. Na tutejszym przykładzie widać, że czasami wystarczy zwyczajnie im nie przeszkadzać.

„Odchwaszczanie” topoli

Należą do roślin, których los jest nierozerwalnie związany z wiatrem. On bowiem umożliwia ich zapylanie, a później niesie maleńkie nasiona w świat, co stwarza im sposobność ekspansji na nowe tereny. Topole, bo o nich mowa, są jednymi z najszybciej rosnących drzew w naszej strefie klimatycznej. W sprzyjających warunkach potrafią osiągnąć imponujące rozmiary i stać się prawdziwymi pożeraczami dwutlenku węgla. Mimo tego nie mają one zbyt wielu sympatyków w naszym społeczeństwie. Co więcej, często przypina im się metkę chwastów wśród drzew. To negatywne podejście stało się szczególnie widoczne tuż po uchwaleniu tzw. Lex Szyszko – ustawy z 2017 roku, która poluzowała przepisy dotyczące wycinki drzew i doprowadziła do niekontrolowanego ich wyrębu. Wtenczas wiele osób wzięło sprawy w swe ręce i znaczna liczba topól padła pod siekierami. To prawda, że niektóre cechy przedstawicieli tego gatunku sprawiają, że nie do końca nadają się one do nasadzeń w zwartej zabudowie miast, jednak czy usprawiedliwia to pogardliwy stosunek wobec nich?

Wiosna. Topole czarne w swoim naturalnym środowisku.

Większość topól rosnących w mieście to drzewa o obcym rodowodzie, które masowo sadzono za czasów PRL-u. Przyglądając im się dzisiaj, nietrudno zauważyć, że stan zdrowotny wielu z nich pozostawia wiele do życzenia. Tymczasem, żeby zobaczyć sprawy w odpowiednim świetle, należy zmienić perspektywę. Aby „odchwaścić” topole, warto skierować uwagę przede wszystkim na dwa nasze rodzime gatunki. Topola czarna, zwana też sokorą, oraz topola biała, czyli białodrzew, to nieodrodne córy rzeki. Różnią się wyglądem, lecz obie łączy to, że są bez porównania piękniejsze i bardziej żywotne niż ich miejskie krewniaczki. W nadrzecznym, okresowo zalewanym środowisku staje się jasne, że rozległy system korzeniowy, błyskawiczne tempo wzrostu oraz umiejętność masowego rozsiewania się mają sens. To silne atuty, dzięki którym można osiągnąć sukces przetrwania. Mimo że wciąż kurczy się i tak już niewielka powierzchnia nadwiślańskich zadrzewień łęgowych, to miejscami nadal można zobaczyć tu białodrzewy i sokory wysokie na ponad trzydzieści metrów (to więcej niż dziesięciopiętrowy wieżowiec), mające po osiem metrów obwodu. Najstarsze z tych imponujących, wspaniale wyglądających drzew mogą liczyć sobie ponad dwieście lat. Zaskakujące i smutne jest jednak to, że wiele z nich nie ma statusu pomników przyrody. Niestety, wciąż zdarza się, że usuwa się je pod pretekstem zabezpieczenia przeciwpowodziowego lub nielegalnie rąbie na opał. Bywa też tak, że są one podpalane dla zabawy. Tymczasem te roślinne goliaty na pewno nie zasługują na taki los. Warto pamiętać, że stanowią nie tylko ozdobę krajobrazu, lecz są (ponad wszystko) niełatwym do zastąpienia ogniwem w łańcuchu miejscowych więzi natury.

Sylwetka dorodnej nadwiślańskiej topoli z pewnością wyróżnia się na tle innych drzew.

Moim zdaniem, problem z negatywnym postrzeganiem topoli to głębsza sprawa. Jego korzenie sięgają bowiem istoty naszego pojmowania świata jako takiego. Zawiera się w nim esencja tego, co wielu z nas myśli o środowisku. Postrzegamy nasze otoczenie jako coś, co należy bezwzględnie spożytkować lub ujarzmić, by wpisywało się w wąskie ramy naszych wyobrażeń. Tymczasem, to tak nie działa, ponieważ świat przyrody od dawna ma swój własny pomysł na harmonijne funkcjonowanie. Co ciekawe, źródłosłów łacińskiej nazwy topoli, czyli „populus”, wiąże się z ludźmi. W starożytnym Rzymie ceniono sobie te drzewa. Lubiono się pod nimi spotykać, gdyż ich wielkie sylwetki oferowały przyjemny cień. W przeszłości, gdy granica między rzeczywistością materialną i duchową w ludzkich umysłach była o wiele bardziej rozmyta, topole uważano za drzewa magiczne. Ich postrzeganie w różnych kulturach miało wielorakie odcienie, jednak na ogół kojarzone były ze światem umarłych. W dawnych wierzeniach porastały krainę śmierci. Niekiedy zamieniały się w nie mityczne postacie (Heliady, Faeton czy nimfa Leuke). Z tego powodu topolowe gałęzie wykorzystywano w ceremoniach pogrzebowych lub do przystrajania świątyń, a w szumie ich liści na wietrze doszukiwano się obecności duchów. Obecnie zatraciliśmy wrażliwość na tego typu kwestie. Mamy tendencję do patrzenia na świat głównie przez pryzmat korzyści materialnych, jednak topole wciąż oferują nam coś, co dalece wykracza poza to.

To jasne, że sadząc bez zastanowienia niektóre z większych gatunków lub odmian topoli (zwłaszcza te mieszańcowe) w nieodpowiednim miejscu, prosisz się o kłopoty. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, byś cieszył się topolami tam, gdzie zawsze było ich miejsce. Bez nich stracilibyśmy wiele – zapewniam Was. Możecie pomyśleć o tym w upalny lipcowy dzień nad rzeką. Znalazłszy schronienie w ich cieniu, spróbujcie „odchwaścić” je w swoich głowach. Żyjąc, bądźmy sobą, ale odważmy się też pozwolić na życie w zgodzie ze swoją naturą innym – zwłaszcza tym, którzy byli tu na długo przed nami. Myślę, że takie podejście wyróżnia prawdziwie wolnego człowieka.

Siła rzeki

Większość z nas, patrząc na spokojnie płynącą wodę, nie do końca zdaje sobie sprawę, jak potężna siła w niej drzemie. Mimo to, gdy bliżej zaznajomimy się z dużą rzeką nizinną i różnymi przejawami jej działania, w pewnym momencie możemy zacząć odczuwać niekłamany respekt wobec niej. Trudno bowiem o inną postawę, gdy już nabędzie się świadomości, jak dzień po dniu nieprzejednanie formuje ona swoje koryto. Świadczą o tym dobitnie jej wszystkie zakręty, każda stroma skarpa, powstała w wyniku erozji bocznej, oraz każdy piaskowy odsyp, który może ulec rozmyciu równie niespodziewanie, jak został usypany. Oczywiście, szacunku dla mocy rzeki można nabrać przede wszystkim, gdy obserwuje się ją podczas wezbrania. Nagle okazuje się bowiem, że woda, która na co dzień sprawiała wrażenie niemrawej, potrafi wyrwać z posad i ponieść ku ujściu nawet najokazalsze, przybrzeżne drzewa. W ekstremalnych przypadkach, gdy przedrze się przez wały, z równą łatwością potrafi zmiatać nie tylko dobytek, ale też ludzkie życie.

Wody Wisły w starciu z kamiennymi rafami na wysokości warszawskiego Żoliborza.

Ludzie mają to do siebie, że wykazują tendencję do opisywania rzeczywistości liczbami. Oczywiście dotyczy to również świata przyrody. Jedną z wielkości, która pośrednio umożliwia ocenę siły rzeki, jest ilość wody, która w jednostce czasu przepływa przez poprzeczny przekrój jej koryta. W przypadku warszawskiego odcinka Wisły zostało oszacowane, że średni roczny przepływ wynosi tutaj około 560 metrów sześciennych na sekundę. Niewątpliwie liczba ta niesie konkretną informację, jednak pozostawiona bez porównania nie bardzo przemawia do wyobraźni. Nasze mózgi funkcjonują w ten sposób, że największy wpływ wywierają na nas obrazy. Którejś jesieni, gdy siedziałem na brzegu rzeki na wysokości warszawskiego Żoliborza i przyglądałem się, jak wiślana woda z impetem przetacza się nad kamiennymi rafami, wpadłem na pomysł, jak zobrazować ten przepływ. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że w każdej sekundzie przebiega przede mną sto dwanaście niewidzialnych słoni. Jeśli chcesz, możesz wykonać w myślach podobne ćwiczenie. Pamiętaj jednak proszę, że nawet to w pełni nie odda rzeczywistej mocy rzeki. Bywają takie okresy, że liczba wiślanych słoni może być nawet dziesięciokrotnie większa…

Topolowe monstrum

Ale widziałem ostatnio czeczotę!

Czeczota to taka bulwiasta narośl, która powstaje w wyniku choroby drzewa. Takowe twory najczęściej są kojarzone z brzozami, ale mogą powstawać także na innych gatunkach drzew. Ta, której dotyczy ten post wykształciła się na pniu topoli rosnącej między blokami osiedla Marymont-Ruda.

Drewno czeczotowe to atrakcyjny materiał, z którego wyrabia się wszelkiej maści naczynia, rzeźby, rękojeści noży, lub fornir do produkcji mebli. Z tej, na którą trafiłem można by zrobić sporą wannę :). Zobaczcie sami, jaka jest ogromna.

Miejski ols

Mniej więcej w połowie grudnia ubiegłego roku natknąłem się na niewielką enklawę dzikości. Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy Olszyna, bo o nim mowa, usytuowany jest na obrzeżach warszawskiego osiedla Słodowiec. Ten mały zakątek to jedna z nielicznych pamiątek, które pozostały po dolinie rzeki Rudawki. Ta żoliborska rzeka pierwotnie płynęła z Powązek przez Marymont, by ostatecznie złączyć się z Wisłą. Niestety, z upływem lat została najpierw zmelioryzowana, a później prawie w całości osuszona. W Parku Olszyna ciek wodny, który po niej pozostał przybrał formę wąskiego kanałku.

DSC06782Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy Olszyna. W tle ekran dźwiękochłonny alei Armii Krajowej.

Obszar, o którym piszę objęto ochroną w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku ze względu na obecność resztek olsu kępowego. Muszę przyznać, że widok czarnych olch wczepionych szczudlastymi korzeniami w podmokły grunt tuż obok blokowiska trochę mnie zaskoczył. Niższą partię roślinności stanowią głównie krzewy bzu czarnego o splątanych gałęziach. Niektóre z nich są siedliskiem uszaka bzowego – kosmopolitycznego grzyba będącego popularnym składnikiem kuchni azjatyckiej. Miejsce to cieszy się dużym zainteresowaniem kaczek, ale z tablic informacyjnych stojących przy ścieżce biegnącej przez całą długość olsu wynika, że bytuje tu również kilkanaście innych gatunków ptaków.

DSC06576Tutejszy ols kępowy. Prawda, że dziko?

Odpowiada mi to, że mam pod nosem tego typu miejsce, a nie kolejny wypielęgnowany skwer z pięknie utrzymanymi klombami i trawnikiem. Oczywiście, nie da się ukryć, że jest to tylko namiastka dzikości, jednak w przypadku Warszawy każdy skrawek pozostawiony sam sobie jest na wagę złota. Możecie być pewni – będę tu wracał.

DSC06585Owocniki uszaka bzowego sfotografowane w grudniu ubiegłego roku.