„Drzewo Roku” 2026 Klubu Gaja; i po finale

Cześć! Za nami tegoroczny finał plebiscytu „Drzewo Roku”, organizowanego przez Klub Gaja.

Mimo, że walczyliśmy o głosy dla naszych topoli, jak lwy, wynik był z grubsza taki, jakiego się spodziewałem: Topola Obrońców zajęła dziesiąte miejsce, a Marzanna – dwunaste. Generalnie nie jest łatwo konkurować z lipami i dębami, które w zbiorowej wyobraźni Polaków mają wielokrotnie mocniejszą pozycję – są dostojne i długowieczne, jednocześnie będąc mocno zakorzenione w historii, literaturze, czy narodowych symbolach.

Z topolami jest inaczej. Dużo trudniej je „sprzedać”, w dodatku operując jedynie krótkimi komunikatami. Jeszcze ciężej przekonać do nich ludzi, którzy mają o nich ugruntowaną – zwykle niezbyt pochlebną – opinię. Jest w tym pewien bezwład – przyzwyczajenie do tego, co znane, i kompletny brak otwartości na alternatywę. Faktem jest, że topola na ogół nie olśniewa natychmiast, ale prawdą jest też, że potrafi nagrodzić uwagę.

Miejsce w konkursie nie było jednak najważniejszą kwestią 🙂 Super informacją jest przede wszystkim to, że ponad 850 osób postanowiło dać szansę naszym topolom. Chcę wierzyć, że są wśród nich takie, z którymi ich historie zostaną na dłużej.

Co do zwycięzcy plebiscytu: 3929 głosami wygrała Lipa Sobieskiego. Według legendy miała zostać posadzona ręką Jana III Sobieskiego. Rośnie w zespole pałacowo-parkowym w Przeworsku, ma ponad 300 lat i jest pomnikiem przyrody. To czytelna, łatwa do przekazania historia, osadzona w symbolice, którą większość osób zrozumie bez potrzeby dodatkowych tłumaczeń. Co więcej, drzewo miało społeczność, która potrafiła się wokół niego naprawdę skutecznie zmobilizować – i nie można mieć o to pretensji.

Lipa Sobieskiego z Przeworska – Drzewo Roku 2026, wyłonione w plebiscycie organizowanym przez Klub Gaja [źródło zdjęcia].

Korzystając z okazji, chciałbym gorąco pogratulować osobom, którym udało się zawalczyć o swoje drzewo, i jednocześnie serdecznie dziękuję wszystkim, którzy głosowali oraz na różne sposoby wspierali nasze topole. Każdy głos, każde dobre słowo, każdy artykuł i udostępnienie miały znaczenie. Nie sposób tych działań przecenić…

15-18 sierpnia; Grudziądz

Kilka wizyt nad Wisłą i wałęsanie się z aparatem po zalesionym zboczu Kępy Strzemięcińskiej (bywając przekąską dla bandy wyjątkowo zajadłych komarów). Na zdjęciu „Marzanna” i ja (jako cień) w świetle zachodzącego słońca. Jak widać, staruszka wciąż stoi. Tego lata miały miejsce ekstremalne zjawiska pogodowe i nie ukrywam, że nie będąc w Grudziądzu od maja, martwiłem się o nią. Widząc ją żywą cieszę się, ale wciąż nie do końca potrafię pogodzić się z tym, że jej obecność w krajobrazie, mimo wszystko, coraz bardziej zaciera się.

Jeśli chodzi o około-wiślane tematy, to ten wyjazd zapamiętam również dlatego, że mogliśmy podziwiać flotyllę tradycyjnych łodzi, które zawitały do Grudziądza z okazji „Festiwalu Wisły”. Był wśród nich warszawski byk „Olęder„, którym – razem z Arturem – miałem przyjemność płynąć ubiegłego lata. Teraz młody dostał małpiego rozumu na widok barachła ze straganów z zabawkami i nic poza tym nie miało dla niego znaczenia. Na szczęście, nasz Darek (mający dopiero dwadzieścia miesięcy) – przeciwnie – obserwował wszystko z godną podziwu uwagą…