21 marca

Wiosna. Chce się wychodzić.

Niemniej jednak w związku z bieżącą sytuacją epidemiologiczną związaną z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2, lepiej jest zostać w domu.

Siedząc w czterech ścianach można nadrobić zaległości w czytaniu książek, umocnić więzi rodzinne, odświeżyć stare kontakty, zaplanować jakąś przyszłą wyprawę lub odbyć wirtualny rejs Wisłą, do czego Was serdecznie zachęcam.

Bądźcie zdrowi.

DSC05520

Pożegnanie z pewnym widokiem

Po raz ostatni patrzę na świat z tej perspektywy i przyznaję, że jest to jedyne, czego będzie mi brakowało po wyprowadzce z malutkiego mieszkania, usytuowanego na dziesiątym piętrze PRL-owskiego wieżowca na warszawskich Bielanach. Nigdy nie mieliśmy telewizora, ale obrazy które zdarzało nam się oglądać zza tych nie zawsze czystych szyb były niepomiernie ciekawsze.

Lubiłem obserwować, jak kolejne pory roku barwią korony drzew Lasu Bielańskiego, stąd widocznego jak na dłoni. Posępne szarości i biel zmieniały się w subtelne brązy, rozmaite odcienie zieleni, a potem następowała nieuchronna eksplozja ciepłych barw.

DSC04724Wschód słońca widziany z okna na Podleśnej.

Niejednokrotnie byliśmy świadkami przelotów mieszanych stad gawronów i kawek – tak wielkich, że zimowe niebo stawało się ciemne.

Rok w rok z wielkim zaciekawieniem przyglądałem się, jak wrona mości się w gnieździe, a później – zanim lipa rosnąca na podwórku pokryła się szczelną zasłoną liści – liczyłem kolejne zielono-niebieskie jaja. Pod koniec pewnego lata, na czubku tego samego drzewa widziałem też jaskrawo-żółtą wilgę. Była jak ze snu.

Niekiedy, patrząc przez lornetkę w kierunku komina żerańskiej elektrociepłowni zdarzało mi się widywać klucze żurawi, lub kołującego bielika – wyraźne świadectwa, że gdzieś tam pełznie wąż Wisły.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Po jednej z letnich burz. Nad lasem Bielańskim majaczy podwójna tęcza.

W pamięci utkwiły mi także wschody słońca nad nagim kośćcem blokowiska Marymont-Ruda, dymy kilku pożarów i parę naprawdę spektakularnych burz.

Teraz o szybę bębni deszcz i coś nareszcie się kończy, lecz chciałbym powiedzieć Wam jedno – z całą pewnością wiem, że obraz, który jest malowany za tym oknem, nigdy nie będzie skończony…

*** (Co jakiś czas miewam sny…)

Co jakiś czas miewam sny. Zwykle ich nie pamiętam, lecz niekiedy pojawiają się takie, które są w stanie pozostawić po sobie trwały ślad. Co więcej, niektóre z nich powracają na różnych etapach mojego życia.

Najbardziej zapadają w pamięć te, w których występują trąby powietrzne. Scenariusz jest różny, lecz zawsze mają one wspólny mianownik – wychodzę na zewnątrz tylko po to, by niespodziewanie stanąć w obliczu rozszalałego żywiołu. Nie ma odwrotu, bowiem kończy się świat.

Kiedy indziej jest zupełnie inaczej. Śni mi się ojciec, lub dziadek ze strony matki. Zwykle panuje półmrok, czas biegnie wolno, a atmosfera jest gęsta jak smoła. Siedzimy, zastygli w bezruchu, w przedziale bagażowym obskurnego elektrycznego pociągu, podobnego do tych, którymi w czasie studiów jeździłem z Gdańska do domu. Jesteśmy przemoczeni, jakby dopiero co wyjęto nas z wody. Nasze ubrania i włosy “ozdabia” morska trawa oraz morszczyn, natomiast oczy i twarze nie mają żadnego wyrazu. Korowód umarłych, którzy nie słyszą, nie widzą, nie mówią. Są tylko obecni, a świat po prostu trwa…