Topolowy „totem”

Jakiś czas temu na terenie warszawskiego ogrodu zoologicznego wycięto kilkadziesiąt starych topoli. Pozbawiony korony pień jednej z nich (717 cm obwodu, mierząc na wysokości pierśnicy) pozostawiono na miejscu jako tak zwanego świadka. Stoję na stanowisku, że jeżeli nie ma innej możliwości i drzewo musi zostać ścięte, to – w przypadku braku przeszkód – warto zachować je choćby w takiej postaci. Tego rodzaju „totem” jest bowiem nie tylko świadectwem minionej wspaniałości drzewa, ale też inwestycją w różnorodność biologiczną okolicy.

Martwe drewno – ulegając procesom naturalnego rozkładu – zwraca otoczeniu gromadzone przez lata pierwiastki, jednocześnie stając się stołówką i przytuliskiem dla wielu różnych istot. Jak mogliśmy się przekonać, należą do nich nie tylko grzyby, glony, porosty, bezkręgowce i ptaki. Wypróchniała jama u podnóża topolowego „totemu”, zwróciła także uwagę ciekawskiego Artka (Homo sapiens var. Curiosus), który nie omieszkał wgramolić się do środka i wewnątrz spodobało mu się na tyle, że musieliśmy wyciągać go siłą :).

Jeżeli chcielibyście zobaczyć na własne oczy tę swoistą pamiątkę po topoli czarnej, zdobiącej niegdyś stołeczne ZOO, wówczas – zwiedzając to miejsce – kierujcie się ku skrzyżowaniu ścieżek między wybiegami zebr, wielbłąda dwugarbnego i osłów somalijskich.

14 stycznia, Warszawa Bielany

Zza szyby balkonowego okna obserwowałem śmiałe manewry eskadry szpaków. Mocne porywy wiatru nie ułatwiały im lądowania na dachu bloku naprzeciwko. Na szczęście przechodniów, niedawno ostro przerzedzono łamliwe konary topól Simona rosnących na podwórku. Za kilka minut z północy nadciągnie potężna chmura. A potem znienacka uderzy w nas grad…

Święto Wisły (4 września)

Od czasu do czasu funduję sobie nocną przejażdżkę tramwajem linii numer „6”. Zazwyczaj taka wycieczka wygląda bardzo podobnie. Wysiadam na Moście Gdańskim, a następnie – starając się nie wchodzić w paradę innym nocnym markom – przysiadam gdzieś na wiślanym nabrzeżu.

Dzisiaj stolica obchodziła „Święto Wisły” czyli symboliczne zakończenie sezonu letniego nad Rzeką i z tego powodu sporo się działo. Spektakle, muzyka na żywo, parada łodzi. Fajnie, ale tego typu imprezy to jednak nie moja bajka. Jestem facetem, który na ogół chadza własnymi ścieżkami. Siedząc nad Wisłą i myśląc o niej w kontekście wyjątkowych wydarzeń, przyszło mi wszakże coś do głowy. W gruncie rzeczy prawdziwymi świętami z punktu widzenia rzek są ich wezbrania. Paradoksalnie, jeden z największych w tym roku przyborów na Wiśle ma miejsce właśnie w tej chwili. Ulewne deszcze na południu doprowadziły do tego, że przez Warszawę przewala się długa fala wezbraniowa. Stan wody będzie podwyższony jeszcze przez pewien czas. Tym razem można jednak zachować spokój, ponieważ według prognoz miastu nie powinno zagrażać niebezpieczeństwo.

Celebruję to wydarzenie na swój sposób. Staram się wyryć w pamięci wszystkie niestałe szczegóły warkoczy wysokiej, wartko płynącej wody. Jej niespokojna powierzchnia – odbijając światło rzędu latarni na grzbiecie mostu – tej nocy ma barwę szlachetnego mosiądzu. Widok godzien jest pędzla impresjonisty…

„Plemnior” ;)

Cześć! Dzisiaj trochę z innej beczki.

Chciałbym podzielić się zdjęciami albinotycznego osobnika kijanki ropuchy zielonej, którego dzisiaj wypatrzyłem w małym stawie na Polu Mokotowskim.

Zła jakość zdjęć jest następstwem tego, że „strzelałem” je na szybko, jednocześnie próbując powstrzymać przed wskoczeniem do wody podekscytowanego Artura (ma nieco ponad dwa lata i ostatnio odkrył istnienie kijanek oraz larw traszek :)). Krótko po uwiecznieniu „plemnior” zaszył się w gąszczu glonów. Nie wiem, jak często zdarzają się podobne przypadki, ale jeżeli chodzi o moje osobiste doświadczenia, to było to moje trzecie spotkanie z tak ubarwioną kijanką…

Coś (chwilowo) przetrwało

Ubiegłej wiosny, podczas pierwszego lockdownu związanego z przeciwdziałaniem skutkom epidemii wirusa SARS-CoV-2, sporo siedziałem w domu i przychodziły mi do głowy różne pomysły.

W ramach realizacji jednego z nich postanowiłem spróbować zwiększyć bioróżnorodność trawników w naszej okolicy 🙂 W tym celu zakupiłem nasiona różnych roślin i wysiałem je pod osłoną nocy. Była to akcja na miarę tej z ewangelicznej przypowieści o pszenicy i chwastach z tą różnicą, że ja zamiast kąkolu siałem dziewannę, wiesiołek, wykę ptasią, mydlnice lekarską i dwadzieścia jeden innych gatunków naszych rodzimych „chwastów”. Nie przygotowywałem w żaden sposób podłoża (nasiona rzucałem między trawę), więc nie liczyłem na żadne spektakularne efekty.

Jakiś tydzień temu w miejscu moich niejawnych działań zakwitły złocienie. Wśród trawy oraz kęp serdecznika tu i ówdzie dojrzałem też liście rumianu barwierskiego, cykorii podróżnik oraz dzikiej marchwi. Coś zatem przetrwało. Ucieszyłem się, ale nie mam złudzeń, że trawnik przed blokiem ma szansę przeobrazić się w coś przypominającego łąkę kwietną. Wszędzie wokół słychać już warkot kosiarek, a musicie wiedzieć, że goście, którzy zajmują się u nas „pielęgnacją” zieleni nie pieprzą się w tańcu. Skutki ich pracy nierzadko przypominają to, czego można by raczej spodziewać się po przejściu roju wygłodniałej szarańczy…


Topola z bonusem

Staram się mieć oko na różnego rodzaju przyrodnicze osobliwości. Dzisiaj, gdy kręciliśmy się z Arturem nieopodal Lasu Bielańskiego, wypatrzyłem coś ciekawego na pniu jednej z przydrożnych topoli. Widywałem to drzewo wielokrotnie, ale teraz z zaskoczeniem zauważyłem, że z zakamarków jego kory wyrastają samosiejki trzech innych gatunków drzew – wiązu, klonu zwyczajnego oraz klonu jesionolistnego. Zdziwiło mnie nie to, że pojawiły się w tak nietypowym miejscu (wszystkie powyższe gatunki są rozsiewane przez wiatr i w sprzyjających warunkach kiełkują, gdzie tylko się da), ale że tylu różnych „gości” znalazło się w tym samym czasie na jednym „gospodarzu”. Wszystkie drzewka miały się dobrze (jeden z dwóch wiązów miał naprawdę sporo gałązek, a podstawa jego pnia była mniej więcej grubości mojego kciuka), ale przyglądając się im zastanawiałem się, jak długo uda im się utrzymać przy życiu. Minęło dobre kilka godzin odkąd wróciliśmy do mieszkania, a ta sprawa dalej siedzi mi w głowie. Nie pozostaje mi nic innego, jak śledzić rozwój sytuacji…

Przydrożna topola porośnięta samosiejkami trzech innych gatunków drzew – klonu jesionolistnego i zwyczajnego (fotografia po lewej) oraz wiązu (fotografia po prawej).

Jeden z wiązów. Widok na miejsce, z którego wyrasta.

*** (18 kwietnia)

Nocą, w dużym mieście

bielą się kwiaty na gałęziach zdziczałej śliwy.

Na barierce wiaduktu widziałem też smutną małpkę

po wódce.

Za budami bazaru ktoś pijany bełkotał w mroku litanię

złorzeczeń.

Szło ochłodzenie – idąc po paczki

wiedziałem, że lada chwila może złapać mnie deszcz.

Szczęście z bielańskich trawników

Ostatnio wciąż widuję nietypowe egzemplarze koniczyny czerwonej. Pisząc „nietypowe” mam na myśli posiadające dodatkowe listki. Według przesądów znalezienie czterolistnej koniczyny wiąże się z obfitością i szczęściem. Ja przedwczoraj, maszerując z Artkiem do żłobka, trafiłem na całą kępę pięciolistnej. Ziemio – Stara Szamanko, czy dajesz mi znaki?

__

W przypadku koniczyny białej, czterolistny okaz zdarza się raz na kilka tysięcy „zwykłych” roślin. U koniczyny czerwonej tego typu mutacje podobno są jeszcze rzadsze.

Topolowe monstrum

Ale widziałem ostatnio czeczotę!

Czeczota to taka bulwiasta narośl, która powstaje w wyniku choroby drzewa. Takowe twory najczęściej są kojarzone z brzozami, ale mogą powstawać także na innych gatunkach drzew. Ta, której dotyczy ten post wykształciła się na pniu topoli rosnącej między blokami osiedla Marymont-Ruda.

Drewno czeczotowe to atrakcyjny materiał, z którego wyrabia się wszelkiej maści naczynia, rzeźby, rękojeści noży, lub fornir do produkcji mebli. Z tej, na którą trafiłem można by zrobić sporą wannę :). Zobaczcie sami, jaka jest ogromna.