Brzeg jak ogród

Siódmego czerwca. Płynąc Wisłą wzdłuż stromej krawędzi brzegu*, powstałej w wyniku osunięcia się gruntu nieopodal Bożej Woli mogłem zobaczyć, że pod koniec wiosny nawet takie niegościnne miejsca mogą stać się czymś w rodzaju ogrodu. W tym przypadku powstał jedyny w swoim rodzaju, minimalistyczny ogród wertykalny. Możecie ocenić to sami:

DSC07722DSC07786DSC07785

Dziewanna, skrzyp, maki, jastrun oraz inne byliny tworzą kompozycję, której nie powstydziłby się architekt krajobrazu. Przyznaję, że dopiero w tym roku zwróciłem na to uwagę. Mijając ten rejon zawsze koncentrowałem się na wielkiej zgrai brzegówek, które mają w tym klifie dużą kolonię, ale o tym być może napiszę przy innej okazji…

*wędkarze nazywają takie miejsca dzikimi burtami.

Zielony reset

Czasy są parszywe i ludzie zaczynają coraz dotkliwiej to odczuwać. Przedłużająca się izolacja, niepewność jutra, nawał sprzecznych informacji oraz obawa przed zarażeniem mogą sprawić, że wizja świata, którą wielu z nas budowało w swojej głowie latami, ma prawo zacząć się sypać.

Moim zdaniem, jednym z najlepszych sposobów na zachowanie zdrowia psychicznego i wzmocnienie układu odporności jest bliski kontakt z przyrodą. Jeżeli nie ma ku temu przeszkód, to zawsze warto wybrać się do parku, lasu lub nad rzekę.

DSC07498DSC07501Prawda, że bajkowo? A to wciąż teren znajdujący się w obrębie Warszawy.

Mnie osobiście bardzo pomaga coś, co Japończycy nazywają „shinrin-yoku”. Polega to z grubsza na połączeniu spokojnego oddychania ze skierowaniem swojej uwagi na otoczenie. Takie podejście pozwala niespiesznie „zanurzyć” się w naturze wszystkimi dostępnymi zmysłami.

Świetnym miejscem na takie kontemplacyjne spacery są nadwiślańskie zadrzewienia łęgowe. Na szczęście w Warszawie i jej okolicach wciąż można znaleźć tego typu tereny. Specyficzne warunki związane z cyklicznym zalewaniem przez rzekę sprawiły, że roślinność występująca w takich miejscach jest na tyle bujna i różnorodna, że przez niektórych nazywane są one polską dżunglą. Wierzby, topole i klony jesionolistne rosnące na międzywalu, wraz z towarzyszącym im podszytem, miejscami tworzą niełatwą do przebrnięcia gęstwinę. Latem panuje tu półcień i jest wilgotno, a niektóre drzewa są oplecione pnączami. Wrażenie potęgują leżące na ziemi murszejące pnie i konary, wśród których wiją się ścieżki wydeptane przez zwierzęta i wędkarzy. Tutejsza wiosna jest z kolei czasem soczystej zieleni, na której tle wspaniale prezentuje się – między innymi – masowo kwitnąca jasnota purpurowa. 

Nadwiślańska „dżungla” w połowie wiosny.

Oczywiście, naiwnie byłoby sądzić, że wycieczka do lasu może rozwiązać trapiące nas problemy. One nie znikną, ale czas spędzony w naturalnym otoczeniu może spowodować, że uspokoimy się wewnętrznie lub nabierzemy dystansu, który może ułatwić podejmowanie właściwych decyzji. To ważne, ponieważ spokój jest teraz tą rzeczą, która naprawdę może nas uratować.

Susza?

Ostatnio trochę popadało, ale była to prawdziwa kropla w morzu potrzeb. Jest środek wiosny, a według danych opublikowanych przez Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej stacje pomiarowe znajdujące się w wielu miejscach polskich rzek notują już szokująco niskie wartości poziomu wody. Wisła nie jest wyjątkiem.

Dzisiaj rano poszedłem nad rzekę, żeby na własne oczy zobaczyć, jak to wygląda. To, że jest kiepsko, widać jak na dłoni. Zerknijcie tylko na kilka zdjęć obrazujących sytuację.

Niska woda w warszawskiej Wiśle (2 maja 2020 roku). 

Dlaczego tak się dzieje? To proste. Jesteśmy świadkami nakładania się efektu globalnych zmian klimatycznych oraz wieloletnich zaniedbań i błędów dotyczących sposobu retencjonowania wody w naszym kraju. Z pewnością nie pomogły działania nadgorliwych meliorantów, „osuszaczy” mokradeł i „prostowaczy” rzek. Możliwe, że w tym roku czeka nas susza stulecia, ale jeżeli nie zmieni się podejście i priorytety rządzących, to bieżący rok może być dopiero preludium do o wiele poważniejszych problemów…

21 marca

Wiosna. Chce się wychodzić.

Niemniej jednak w związku z bieżącą sytuacją epidemiologiczną związaną z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2, lepiej jest zostać w domu.

Siedząc w czterech ścianach można nadrobić zaległości w czytaniu książek, umocnić więzi rodzinne, odświeżyć stare kontakty, zaplanować jakąś przyszłą wyprawę lub odbyć wirtualny rejs Wisłą, do czego Was serdecznie zachęcam.

Bądźcie zdrowi.

DSC05520

Kolejna wiosenna noc

Nie wiem kim jesteś, ale chcę Ci powiedzieć, że powoli zapada kolejna ciepła, wiosenna noc. Wczoraj była pełnia księżyca. „Łysy” piął się w górę nad praskim brzegiem, bezwstydnie przeglądając się w mrocznym zwierciadle rzeki. Dzisiaj nic z tych rzeczy – niebo jest zachmurzone, a na tafli wody majaczą tylko powidoki miejskich świateł. Rozedrganym żółtym i czerwonawym pręgom towarzyszy fioletowo-niebieska łuna.

DSC05627c

Wisła po zmroku. Teraz niebo należy do nietoperzy.

Żoliborz. Siedzę tuż przy wodzie nieopodal trzech barek załadowanych po brzegi faszyną i przyglądam się karkołomnym akrobacjom nietoperzy. Do diaska! Ależ te diabły są zwrotne! W dodatku lata ich tutaj bez liku. W tle słychać hałas samochodów pędzących Wisłostradą, brzęk rozbijanej butelki oraz stłumiony śmiech. Gna do wypadku karetka na sygnale. Z jakiegoś powodu plączą mi się po głowie także nieziemskie dźwięki „Piano” Leszka Możdżera.

Wypakowuję z plecaka mały termos z herbatą i dwie kromki chleba. Mój problem polega na tym, że chciałbym nie myśleć, lecz wciąż myślę o wszystkim. Gdzieś daleko jakiś pijany włóczęga wyje jak pies. Gdybym był poetą być może powiedziałbym – „kolejny wariat udręczony gorączką kwietniowej nocy”, lecz nie jest to prawda. Mostem Gdańskim przejeżdża pociąg towarowy. Ciągnie czterdzieści jeden wagonów. Jeszcze kwadrans i trzeba będzie się zbierać. Lada dzień urodzi się Artur.

Pierwszy dzień kwietnia


Zimny deszcz siąpił przez pół nocy. Teraz wilgotna ziemia paruje jak skóra na zgrzanym koniu, a rzekę spowija półprzezroczysty całun szarawej mgły. W powietrzu czuć zapach przegniłej trawy i butwiejących liści. Drzewa i krzewy – wciąż nagie – w brunatno-żółtawym ogrodzie wczesnej wiosny wyczekują ocieplenia. Wszystko wydaje się dotknięte ponurą klątwą rozkładu, lecz daje się dostrzec także znaki, które zwiastują rychłe zmartwychwstanie.

DSC01835Wczesna wiosna nad Wisłą. Daje się wyczuć wilgotną woń rozkładu.

Z drugiego brzegu rzeki dobiega chrapliwe nawoływanie gęsi owładniętych jakimś pierwotnym impulsem, który nakazuje im wędrować. Co jakiś czas przypomina o sobie także kogut bażanta. Jego donośny okrzyk jest pełen werwy i zacietrzewienia. Stada nurogęsi i gągołów, które obserwowałem tu niespełna kilka tygodni temu, teraz wyemigrowały w inne, bardziej odpowiadające im rejony. Dni stają się dłuższe i w pobliskim łęgu wyczuwa się ożywienie wśród drobnych ptaków. Pełzacz leśny, pnąc się ku górze, zapamiętale przeszukuje zagłębienia i bruzdy w korze okalającej pień starej topoli. Nieopodal, w plątaninie tarninowych gałęzi, kręci się zgraja sikor. Poniżej, na mokrej ściółce, pełen werwy kos przerzuca zeszłoroczne liście. W obliczu tej ptasiej inwazji marny wydaje się los wciąż niemrawych owadów. Kap! … Kap! … Nieubłaganie zbliża się nowe. Krople wody skapują z kosmatych, wierzbowych bazi i nabrzmiałych pąków topoli. A więc zieleń szykuje się do podskórnej eksplozji – jeszcze tylko moment, jeszcze krótka chwila…