Zimny podmuch cisnął wiankiem gniazda.
Mokną wici chmielu, obumarły pędy jeżyny.

__
Zdjęcie publikuję dzięki uprzejmości Marcina.
Zimny podmuch cisnął wiankiem gniazda.
Mokną wici chmielu, obumarły pędy jeżyny.

__
Zdjęcie publikuję dzięki uprzejmości Marcina.
Szanowni Czytelnicy, zanim zapoznacie się z niniejszym tekstem, proszę o przeczytanie sprostowania [LINK].
Rudawka to przykład małej rzeki, która stała się ofiarą rozwijającego się miasta. Wspomniałem o niej przy okazji notatki dotyczącej Parku Olszyna, jednak myślę, że zasługuje ona na osobny wpis. W dawniejszych czasach ten jeden z kilku stałych cieków wodnych Warszawy leniwie płynął ku Wiśle swym naturalnym korytem. Po drodze ze źródła, biegnąc przez teren Powązek, Słodowca i Marymontu napędzał młyny oraz zasilał w wodę stawy rybne. Z upływem lat, wskutek oczekiwań społecznych i zmian koncepcji urbanistycznych, koryto Rudawki coraz mocniej regulowano, czego rezultatem było ukrycie większości jej biegu pod poziomem ulic. W nielicznych miejscach, gdzie pozostawiono ją na powierzchni, nadano jej formę wąskiego kanału. W tej pożałowania godnej postaci możecie zobaczyć ją dzisiaj w Parku Olszyna, przy ulicy Klaudyny oraz na dawnej terasie zalewowej Lasu Bielańskiego. Gdzie indziej, pozostały po niej tylko wspomnienia najstarszych mieszkańców warszawskich Bielan, nieliczne zdjęcia oraz formy ukształtowania terenu, w których od biedy można dopatrzeć się śladów będących pamiątką po jej starorzeczu.



Współczesne koryto Rudawki w Parku Olszyna (góra), przy ulicy Klaudyny (lewy dolny róg) oraz na granicy Lasu Bielańskiego (prawy dolny róg).
Szukając informacji o ujściu Rudawki do Wisły zdziwiło mnie, że na ten moment w sieci można znaleźć zaledwie jedną fotografię, na której uwieczniono miejsce połączenia się obu rzek (możesz zobaczyć ją tu). Nikt też nie uznał za istotne, by zaznaczyć na Mapach Google jego dokładnej lokalizacji. W artykule zatytułowanym „STARORZECZE RUDAWKI”, który został opublikowany dwa lata temu na stronie Klubu Globtrotera Warszawa możemy przeczytać, że ujście „(…) znajduje się na tyłach dawnego klasztoru kamedułów na Bielanach. Oczywiście także w postaci zmeliorowanego kanałku”. Tymczasem, rzeczywistość, którą można zastać na miejscu już nie do końca pokrywa się z tym opisem.


Ujście Rudawki do Wisły pod koniec grudnia 2020 roku.
W przypadku, gdybyś zechciał podjąć wysiłek przedarcia się przez pas nadwiślańskich zarośli, gdzieś między ujęciem wody dla huty, a Mostem Północnym, to możesz się zdziwić. Gdy dotrzesz w pobliże punktu, w którym Rudawka kończy swój bieg, przekonasz się naocznie, że na swoim końcowym odcinku – u podnóża Góry Polkowej – nie ma już formy, jaką nadali jej fachowcy od regulacji rzek. Nie jest tajemnicą, że w obrębie stolicy mieszka kilkanaście rodzin bobrowych. Jedna z nich, nie pytając nikogo o zgodę, wybudowała tu serię zmyślnych tam i po cichu przekształciła wąską strugę w piękne rozlewisko. Bobry mają opinię bardzo płochliwych, jednak te, które obrały sobie za siedzibę to miejsce, zdają się mieć w nosie nawet bezpośrednie sąsiedztwo hałaśliwej Wisłostrady.





Bobrowe tamy i rozlewisko, które powstały wyniku ich działalności przy ujściu Rudawki.
Nie od dziś wiadomo, że działalność bobrów w naszym kraju wzbudza ogromne kontrowersje. Zdaję sobie sprawę, że kwestia jest złożona, jednak patrząc na efekty pracy tych urodzonych inżynierów przy ujściu Rudawki jestem skłonny uwierzyć, że wciąż jest nadzieja dla innych, często niepotrzebnie uregulowanych cieków wodnych. Ma to szczególne znaczenie w świetle zmian klimatycznych, których negatywnych skutków coraz częściej doświadczamy. Na zachodzie już dawno dostrzeżono potrzebę renaturyzacji rzek. W tym celu przeznacza się potężne nakłady finansowe, by chociaż częściowo przywrócić im naturalny bieg i tam, gdzie to możliwe, zwiększyć areał zadrzewień łęgowych oraz terenów podmokłych. U nas wciąż wszystko na opak. Nasi decydenci na ogół kierują się inną logiką. Na przekór opiniom i zaleceniom ekspertów wciąż dąży się do kanalizowania kolejnych rzek oraz stawiania na nich zapór (nawet tam, gdzie nie ma to gospodarczego i społecznego uzasadnienia). Jednocześnie wiele mówi się o potrzebie retencjonowania wody z uwagi na fatalną sytuację hydrologiczną. Tymczasem, poprawa retencji to coś, co bobry robią za darmo. Na tutejszym przykładzie widać, że czasami wystarczy zwyczajnie im nie przeszkadzać…
Należą do roślin, których los jest nierozerwalnie związany z wiatrem. On bowiem umożliwia ich zapylanie, a później niesie maleńkie nasiona w świat, co stwarza im sposobność ekspansji na nowe tereny. Topole, bo o nich mowa, są jednymi z najszybciej rosnących drzew w naszej strefie klimatycznej. W sprzyjających warunkach potrafią osiągnąć imponujące rozmiary i stać się prawdziwymi pożeraczami dwutlenku węgla. Mimo tego nie mają one zbyt wielu sympatyków w naszym społeczeństwie. Co więcej, często przypina im się metkę chwastów wśród drzew. To negatywne podejście stało się szczególnie widoczne tuż po uchwaleniu tzw. Lex Szyszko – ustawy z 2017 roku, która poluzowała przepisy dotyczące wycinki drzew i doprowadziła do niekontrolowanego ich wyrębu. Wtenczas wiele osób wzięło sprawy w swe ręce i znaczna liczba topól padła pod siekierami. To prawda, że niektóre cechy przedstawicieli tego gatunku sprawiają, że nie do końca nadają się one do nasadzeń w zwartej zabudowie miast, jednak czy usprawiedliwia to pogardliwy stosunek wobec nich?

Wiosna. Topole czarne w swoim naturalnym środowisku.
Większość topól rosnących w mieście to drzewa o obcym rodowodzie, które masowo sadzono za czasów PRL-u. Przyglądając im się dzisiaj, nietrudno zauważyć, że stan zdrowotny wielu z nich pozostawia wiele do życzenia. Tymczasem, żeby zobaczyć sprawy w odpowiednim świetle, należy zmienić perspektywę. Aby „odchwaścić” topole, warto skierować uwagę przede wszystkim na dwa nasze rodzime gatunki. Topola czarna, zwana też sokorą, oraz topola biała, czyli białodrzew, to nieodrodne córy rzeki. Różnią się wyglądem, lecz obie łączy to, że są bez porównania piękniejsze i bardziej żywotne niż ich miejskie krewniaczki. W nadrzecznym, okresowo zalewanym środowisku staje się jasne, że rozległy system korzeniowy, błyskawiczne tempo wzrostu oraz umiejętność masowego rozsiewania się mają sens. To silne atuty, dzięki którym można osiągnąć sukces przetrwania. Mimo że wciąż kurczy się i tak już niewielka powierzchnia nadwiślańskich zadrzewień łęgowych, to miejscami nadal można zobaczyć tu białodrzewy i sokory wysokie na ponad trzydzieści metrów (to więcej niż dziesięciopiętrowy wieżowiec), mające po osiem metrów obwodu. Najstarsze z tych imponujących, wspaniale wyglądających drzew mogą liczyć sobie ponad dwieście lat. Zaskakujące i smutne jest jednak to, że wiele z nich nie ma statusu pomników przyrody. Niestety, wciąż zdarza się, że usuwa się je pod pretekstem zabezpieczenia przeciwpowodziowego lub nielegalnie rąbie na opał. Bywa też tak, że są one podpalane dla zabawy. Tymczasem te roślinne goliaty na pewno nie zasługują na taki los. Warto pamiętać, że stanowią nie tylko ozdobę krajobrazu, lecz są (ponad wszystko) niełatwym do zastąpienia ogniwem w łańcuchu miejscowych więzi natury.

Sylwetka dorodnej nadwiślańskiej topoli z pewnością wyróżnia się na tle innych drzew.
Moim zdaniem, problem z negatywnym postrzeganiem topoli to głębsza sprawa. Jego korzenie sięgają bowiem istoty naszego pojmowania świata jako takiego. Zawiera się w nim esencja tego, co wielu z nas myśli o środowisku. Postrzegamy nasze otoczenie jako coś, co należy bezwzględnie spożytkować lub ujarzmić, by wpisywało się w wąskie ramy naszych wyobrażeń. Tymczasem, to tak nie działa, ponieważ świat przyrody od dawna ma swój własny pomysł na harmonijne funkcjonowanie. Co ciekawe, źródłosłów łacińskiej nazwy topoli, czyli „populus”, wiąże się z ludźmi. W starożytnym Rzymie ceniono sobie te drzewa. Lubiono się pod nimi spotykać, gdyż ich wielkie sylwetki oferowały przyjemny cień. W przeszłości, gdy granica między rzeczywistością materialną i duchową w ludzkich umysłach była o wiele bardziej rozmyta, topole uważano za drzewa magiczne. Ich postrzeganie w różnych kulturach miało wielorakie odcienie, jednak na ogół kojarzone były ze światem umarłych. W dawnych wierzeniach porastały krainę śmierci. Niekiedy zamieniały się w nie mityczne postacie (Heliady, Faeton czy nimfa Leuke). Z tego powodu topolowe gałęzie wykorzystywano w ceremoniach pogrzebowych lub do przystrajania świątyń, a w szumie ich liści na wietrze doszukiwano się obecności duchów. Obecnie zatraciliśmy wrażliwość na tego typu kwestie. Mamy tendencję do patrzenia na świat głównie przez pryzmat korzyści materialnych, jednak topole wciąż oferują nam coś, co dalece wykracza poza to.
To jasne, że sadząc bez zastanowienia niektóre z większych gatunków lub odmian topoli (zwłaszcza te mieszańcowe) w nieodpowiednim miejscu, prosisz się o kłopoty. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, byś cieszył się topolami tam, gdzie zawsze było ich miejsce. Bez nich stracilibyśmy wiele – zapewniam Was. Możecie pomyśleć o tym w upalny lipcowy dzień nad rzeką. Znalazłszy schronienie w ich cieniu, spróbujcie „odchwaścić” je w swoich głowach. Żyjąc, bądźmy sobą, ale odważmy się też pozwolić na życie w zgodzie ze swoją naturą innym – zwłaszcza tym, którzy byli tu na długo przed nami. Myślę, że takie podejście wyróżnia prawdziwie wolnego człowieka.
W razie, gdybyś uparł się by szukać pereł w Wiśle, to wiedz, że srodze się zawiedziesz.
Mogę jednak powiedzieć Ci w zaufaniu, że ten, który odważy się pokochać tę rzekę, może wszakże zostać obdarowany innego rodzaju skarbami.

Większość z nas, patrząc na spokojnie płynącą wodę, nie do końca zdaje sobie sprawę, jak potężna siła w niej drzemie. Mimo to, gdy bliżej zaznajomimy się z dużą rzeką nizinną i różnymi przejawami jej działania, w pewnym momencie możemy zacząć odczuwać niekłamany respekt wobec niej. Trudno bowiem o inną postawę, gdy już nabędzie się świadomości, jak dzień po dniu nieprzejednanie formuje ona swoje koryto. Świadczą o tym dobitnie jej wszystkie zakręty, każda stroma skarpa, powstała w wyniku erozji bocznej, oraz każdy piaskowy odsyp, który może ulec rozmyciu równie niespodziewanie, jak został usypany. Oczywiście, szacunku dla mocy rzeki można nabrać przede wszystkim, gdy obserwuje się ją podczas wezbrania. Nagle okazuje się bowiem, że woda, która na co dzień sprawiała wrażenie niemrawej, potrafi wyrwać z posad i ponieść ku ujściu nawet najokazalsze, przybrzeżne drzewa. W ekstremalnych przypadkach, gdy przedrze się przez wały, z równą łatwością potrafi zmiatać nie tylko dobytek, ale też ludzkie życie.

Wody Wisły w starciu z kamiennymi rafami na wysokości warszawskiego Żoliborza.
Ludzie mają to do siebie, że wykazują tendencję do opisywania rzeczywistości liczbami. Oczywiście dotyczy to również świata przyrody. Jedną z wielkości, która pośrednio umożliwia ocenę siły rzeki, jest ilość wody, która w jednostce czasu przepływa przez poprzeczny przekrój jej koryta. W przypadku warszawskiego odcinka Wisły zostało oszacowane, że średni roczny przepływ wynosi tutaj około 560 metrów sześciennych na sekundę. Niewątpliwie liczba ta niesie konkretną informację, jednak pozostawiona bez porównania nie bardzo przemawia do wyobraźni. Nasze mózgi funkcjonują w ten sposób, że największy wpływ wywierają na nas obrazy. Którejś jesieni, gdy siedziałem na brzegu rzeki na wysokości warszawskiego Żoliborza i przyglądałem się, jak wiślana woda z impetem przetacza się nad kamiennymi rafami, wpadłem na pomysł, jak zobrazować ten przepływ. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że w każdej sekundzie przebiega przede mną sto dwanaście niewidzialnych słoni. Jeśli chcesz, możesz wykonać w myślach podobne ćwiczenie. Pamiętaj jednak proszę, że nawet to w pełni nie odda rzeczywistej mocy rzeki. Bywają takie okresy, że liczba wiślanych słoni może być nawet dziesięciokrotnie większa…
Cześć! Nie od dziś wiadomo, że ludzie pływają po Wiśle różnymi wynalazkami. Należą do nich wszelkiej maści tratwy, budowane z wykorzystaniem beczek, dętek od traktora lub plastikowych butelek. Mogą to być także łódki klecone z rurek PCV i plandek ogrodniczych, a nawet zwykłe wanny.
Mniej więcej na początku listopada, gdy kręciłem się bez celu nad rzeką, trafiłem na tego typu konstrukcję. Gdzieś, na uboczu miedzy drzewami zobaczyłem podłużny kształt zawinięty w folię, który z oddali wyglądał trochę, jak porzucone zwłoki. Gdy przedarłem się przez chaszcze i przewróciłem zagadkowy obiekt na drugą stronę, to okazało się, że mam do czynienia z czymś w rodzaju kajaka.

Jak sami możecie zobaczyć, szkielet z gałęzi sklejonych taśmą owinięto „stretchem” i finalnie dołożono do tego powłokę z grubszej folii malarskiej. We wnętrzu znalazłem dwa niby-pagaje, które również wykonano z gałęzi, taśmy klejącej i folii. Ciekawi mnie, czy ten, kto zbudował tę prowizoryczną łódkę, zdecydował się wypróbować ją na wodzie. Konstrukcja – choć zmyślna – nie wyglądała na zbyt wytrzymałą i osobiście (zwłaszcza o tej porze roku) bez uzasadnionej przyczyny raczej nie pchałbym się w czymś takim na Wisłę. Mimo to, anonimowemu konstruktorowi (lub konstruktorom) należą się wyrazy uznania.
Czasami fajnie jest zbudować coś z niczego. Z doświadczenia wiem, że głowa pełna pomysłów i zaradność są zawsze w cenie. Oczywiście, nie chodzi tylko o budowanie „pływadeł”, lecz o ogólną zasadę. Nigdy nie wiesz, co może się przydarzyć, a przetrwanie nierzadko nie zależy od posiadania drogich gadżetów, tylko od umiejętności kreatywnego wykorzystania rzeczy, które w danej chwili są pod ręką. Obecnie wielu z nas wydaje się o tym nie pamiętać…


Na ścieżce nadpalone kartki powyrywane ze studenckiego indeksu.
Wracając do domu, sprawdzam dłonią, czy wciąż parzą przywiędłe pokrzywy.

Włócząc się po łęgu widziałem trzy kolorowe ule i koczowisko bezdomnych. Na krzaczkach jeżyny wciąż można było wypatrzyć pojedyncze owoce.
Mętna, zimna woda Wisły pewnie „szła” między wyspami. Stado kormoranów przysiadło na lekko wznoszącym się brzegu jednej z nich. Tuż obok czapla – posępna niby kapłan pogańskiego plemienia.
Na pniu wierzby powalonej przez bobry ktoś wyrąbał siekierą runę „Othala”. Podobno ten znak bywa pomocny w podróży.

Chodząc po ścieżkach łęgu
czasem można nadepnąć na węża
sparciałej rowerowej dętki.

