



































Nad Wisłą łatwo o spotkania z ptakami, jednak nie zawsze są to ptaki, które miałoby się ochotę zobaczyć 😉

Wiosna. Chce się wychodzić.
Niemniej jednak w związku z bieżącą sytuacją epidemiologiczną związaną z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2, lepiej jest zostać w domu.
Siedząc w czterech ścianach można nadrobić zaległości w czytaniu książek, umocnić więzi rodzinne, odświeżyć stare kontakty, zaplanować jakąś przyszłą wyprawę lub odbyć wirtualny rejs Wisłą, do czego Was serdecznie zachęcam.
Bądźcie zdrowi.

Po raz ostatni patrzę na świat z tej perspektywy i przyznaję, że jest to jedyne, czego będzie mi brakowało po wyprowadzce z malutkiego mieszkania, usytuowanego na dziesiątym piętrze PRL-owskiego wieżowca na warszawskich Bielanach. Nigdy nie mieliśmy telewizora, ale obrazy które zdarzało nam się oglądać zza tych nie zawsze czystych szyb były niepomiernie ciekawsze.
Lubiłem obserwować, jak kolejne pory roku barwią korony drzew Lasu Bielańskiego, stąd widocznego jak na dłoni. Posępne szarości i biel zmieniały się w subtelne brązy, rozmaite odcienie zieleni, a potem następowała nieuchronna eksplozja ciepłych barw.
Wschód słońca widziany z okna na Podleśnej.
Niejednokrotnie byliśmy świadkami przelotów mieszanych stad gawronów i kawek – tak wielkich, że zimowe niebo stawało się ciemne.
Rok w rok z wielkim zaciekawieniem przyglądałem się, jak wrona mości się w gnieździe, a później – zanim lipa rosnąca na podwórku pokryła się szczelną zasłoną liści – liczyłem kolejne zielono-niebieskie jaja. Pod koniec pewnego lata, na czubku tego samego drzewa widziałem też jaskrawo-żółtą wilgę. Była jak ze snu.
Niekiedy, patrząc przez lornetkę w kierunku komina żerańskiej elektrociepłowni zdarzało mi się widywać klucze żurawi, lub kołującego bielika – wyraźne świadectwa, że gdzieś tam pełznie wąż Wisły.
Po jednej z letnich burz. Nad lasem Bielańskim majaczy podwójna tęcza.
W pamięci utkwiły mi także wschody słońca nad nagim kośćcem blokowiska Marymont-Ruda, dymy kilku pożarów i parę naprawdę spektakularnych burz.
Teraz o szybę bębni deszcz i coś nareszcie się kończy, lecz chciałbym powiedzieć Wam jedno – z całą pewnością wiem, że obraz, który jest malowany za tym oknem, nigdy nie będzie skończony…
Co jakiś czas miewam sny. Zwykle ich nie pamiętam, lecz niekiedy pojawiają się takie, które są w stanie pozostawić po sobie trwały ślad. Co więcej, niektóre z nich powracają na różnych etapach mojego życia.
Najbardziej zapadają w pamięć te, w których występują trąby powietrzne. Scenariusz jest różny, lecz zawsze mają one wspólny mianownik – wychodzę na zewnątrz tylko po to, by niespodziewanie stanąć w obliczu rozszalałego żywiołu. Nie ma odwrotu, bowiem kończy się świat.

Kiedy indziej jest zupełnie inaczej. Śni mi się ojciec, lub dziadek ze strony matki. Zwykle panuje półmrok, czas biegnie wolno, a atmosfera jest gęsta jak smoła. Siedzimy, zastygli w bezruchu, w przedziale bagażowym obskurnego elektrycznego pociągu, podobnego do tych, którymi w czasie studiów jeździłem z Gdańska do domu. Jesteśmy przemoczeni, jakby dopiero co wyjęto nas z wody. Nasze ubrania i włosy “ozdabia” morska trawa oraz morszczyn, natomiast oczy i twarze nie mają żadnego wyrazu. Korowód umarłych, którzy nie słyszą, nie widzą, nie mówią. Są tylko obecni, a świat po prostu trwa…
Trzydziesty grudnia. Mokotów.
Zakwitły wiśnie, po czym kwiaty zadusił mróz.
Czy może być lepsze świadectwo zmienności
i nietrwałości tego świata?

Siódmego lipca. Ku wielkiej uciesze szpaków, wróbli i kosów w wielu miejscach na terenie naszej dzielnicy zielsko porosło takie, że hej. Chwilowa bezczynność operatorów kosiarek sprawiła, że trawniki pięknie zdziczały i stały się różnorodne, jak nigdy. Gwoli ścisłości – palące słońce oraz długotrwały brak deszczu spowodowały, że trawa wygląda, jakby ledwo trzymała się życia. Jest tak rzadka i sucha, że aż żal na nią patrzeć, ale w zasadzie to nie ma czemu się dziwić. Tegoroczny czerwiec należał do najcieplejszych w historii pomiarów.
A zatem z trawą kuso, jednak tak zwane „chwasty” radzą sobie nad wyraz dobrze. Pokonując codziennie trasę od bloku do metra, podziwiam coraz bujniejsze łany szczawiu, komosy i szarłatu. Dziarsko płoży się rdest. Wspaniale kwitną rzodkiewnik oraz wiesiołek. Tu i tam prężą się dorodne siewki topoli, a skupiska konyzy kanadyjskiej miejscami powyłaziły nawet spomiędzy płyt chodnikowych. Co ciekawe, ta zielona rewolucja trwa już na tyle długo, iż można domniemać, że brak reakcji „kosiarzy” może być wynikiem jakiejś odgórnej decyzji.
Trawa jest rzadka i sucha…
… ale „chwasty” dają radę.
Niestety, ale wszystko wskazuje na to, że ekstremalne zjawiska pogodowe, do których można zaliczyć także susze czy rekordowe upały, będą powtarzać się coraz częściej. Oczywiście, będzie wiązało się to z koniecznością zmiany dotychczasowego podejścia w wielu obszarach. Słyszałem, że w niektórych miastach podmioty odpowiedzialne za zieleń powoli decydują się już na przekształcanie części terenów w rzadko koszone łąki. Dlaczego? Bujniejsza roślinność ma szansę sprawić, że uporczywe upały w mieście staną się mniej dokuczliwe. Wynika to z tego, że ziemia będzie mniej narażona na wysychanie i erozję a powietrze stanie się bardziej wilgotne i czyste. Dodatkowo, niewielkie zwierzęta – a wbrew pozorom w miastach także jest ich sporo – będą miały ostoję, w której będą mogły się schronić.
Czy ktoś z warszawskich decydentów pomyślał w ten sposób? Nie mam pojęcia, ale patrząc na zapuszczone trawniki myślę – niech rośnie dalej, fajnie jest. To paradoksalne, ale czasami, by zrobić coś dobrego, wystarczy nie robić nic. I z tą myślą chciałbym Cię dziś zostawić…
Nie wiem kim jesteś, ale chcę Ci powiedzieć, że powoli zapada kolejna ciepła, wiosenna noc. Wczoraj była pełnia księżyca. „Łysy” piął się w górę nad praskim brzegiem, bezwstydnie przeglądając się w mrocznym zwierciadle rzeki. Dzisiaj nic z tych rzeczy – niebo jest zachmurzone, a na tafli wody majaczą tylko powidoki miejskich świateł. Rozedrganym żółtym i czerwonawym pręgom towarzyszy fioletowo-niebieska łuna.

Wisła po zmroku. Teraz niebo należy do nietoperzy.
Żoliborz. Siedzę tuż przy wodzie nieopodal trzech barek załadowanych po brzegi faszyną i przyglądam się karkołomnym akrobacjom nietoperzy. Do diaska! Ależ te diabły są zwrotne! W dodatku lata ich tutaj bez liku. W tle słychać hałas samochodów pędzących Wisłostradą, brzęk rozbijanej butelki oraz stłumiony śmiech. Gna do wypadku karetka na sygnale. Z jakiegoś powodu plączą mi się po głowie także nieziemskie dźwięki „Piano” Leszka Możdżera.
Wypakowuję z plecaka mały termos z herbatą i dwie kromki chleba. Mój problem polega na tym, że chciałbym nie myśleć, lecz wciąż myślę o wszystkim. Gdzieś daleko jakiś pijany włóczęga wyje jak pies. Gdybym był poetą być może powiedziałbym – „kolejny wariat udręczony gorączką kwietniowej nocy”, lecz nie jest to prawda. Mostem Gdańskim przejeżdża pociąg towarowy. Ciągnie czterdzieści jeden wagonów. Jeszcze kwadrans i trzeba będzie się zbierać. Lada dzień urodzi się Artur.
Warszawa, 26 stycznia 2019 roku. Oczywiście zimno. W palecie kolorów dzisiejszego obrazu świata przeważają posępne szarości i biel. Zziębnięte krzyżówki trzymają się blisko oprószonego śniegiem brzegu, a z nurtem rzeki płyną wciąż formujące się kry. W przeciwieństwie do krzyżówek, zimnolubne gągoły odważnie lawirują wśród lodu na samym środku rzeki. Lubię im się przyglądać. Każdym swoim ruchem dają wyraz temu, że zupełnie nie straszny im chłód.
Jest zimno. Krzyżówki trzymają się blisko brzegu.
Od jakiegoś czasu trwa remont mostu Gdańskiego. Korzystając z weekendowej przerwy w pracach, cwane wrony kręcą się po pokładach barek zacumowanych tuż przy mostowych filarach. Bóg wie, czego szukają wśród tymczasowo porzuconego sprzętu. O dziwo, nigdzie nie widać mew. Czyżby masowo poleciały przeprowadzać inspekcję miejskich śmietników? Kto je tam wie… Na kratownicy mostu – niezmiennie jak co dzień – żarzy się neon „MIŁO CIĘ WIDZIEĆ”. Samotny kormoran płynący na krze z daleka wygląda trochę jak pingwin.
Na Wiśle formują się kry. Ciemniejsze punkty na wodzie to gągoły.
Coraz częściej podnoszą się zimne jesienne mgły. Drzewa systematycznie zrzucają z siebie wierzchnią szatę liści. W jakiś nie do końca jasny sposób wyczuwają, że nadszedł czas, by rozpocząć pogrążanie się w letargu. Wędrując wzdłuż brzegu Rzeki, od czasu do czasu grzęznę butem w błocie. Słychać furkot skrzydeł, kwakanie i odgłos siadania na wodzie. We mgle przesuwają się sylwetki kaczek – niewyraźne i bezbarwne niby cienie ukochanych zmarłych.
Grabieją mi ręce, poranny chłód kąsa małżowiny uszu. Popatrz tutaj – w płytkiej wodzie leży szary stożkowaty głaz, obok którego ktoś wbił w muł dwa grube, wierzbowe kije. Między nimi drga pasmo pajęczyny, rozpięte niczym sznur modlitewny nad ołtarzem rzecznego boga. Wszystko się zgadza – tuż obok złożono nawet wotywne dary. Ciało myszy polnej, skupisko ciemnych muszli racicznic, kręgosłup ryby. Od czasu do czasu słychać pianie koguta za rzeką i jest to jedyny znak, po którym można domyślać się, że istnieje coś więcej niż tylko ta strona Rzeki. Prawdą jest, że jesień to czas zamierania. Taki jest właśnie porządek rzeczy, jednak wyjawię Ci tajemnicę – w przyrodzie nie ma śmierci. To koło kręci się zupełnie inaczej…

Jesień. Wiślane nabrzeże spowite kłębami porannej mgły.