15-18 sierpnia; Grudziądz

Kilka wizyt nad Wisłą i wałęsanie się z aparatem po zalesionym zboczu Kępy Strzemięcińskiej (bywając przekąską dla bandy wyjątkowo zajadłych komarów). Na zdjęciu „Marzanna” i ja (jako cień) w świetle zachodzącego słońca. Jak widać, staruszka wciąż stoi. Tego lata miały miejsce ekstremalne zjawiska pogodowe i nie ukrywam, że nie będąc w Grudziądzu od maja, martwiłem się o nią. Widząc ją żywą cieszę się, ale wciąż nie do końca potrafię pogodzić się z tym, że jej obecność w krajobrazie, mimo wszystko, coraz bardziej zaciera się.

Jeśli chodzi o około-wiślane tematy, to ten wyjazd zapamiętam również dlatego, że mogliśmy podziwiać flotyllę tradycyjnych łodzi, które zawitały do Grudziądza z okazji „Festiwalu Wisły”. Był wśród nich warszawski byk „Olęder„, którym – razem z Arturem – miałem przyjemność płynąć ubiegłego lata. Teraz młody dostał małpiego rozumu na widok barachła ze straganów z zabawkami i nic poza tym nie miało dla niego znaczenia. Na szczęście, nasz Darek (mający dopiero dwadzieścia miesięcy) – przeciwnie – obserwował wszystko z godną podziwu uwagą…

Noc spadających gwiazd (12/13 sierpnia)

Od jakiegoś czasu po głowie chodziła mi noc z 12 na 13 sierpnia. Namówiłem Marcina, by choć na kilka godzin wyskoczyć z dzieciakami za miasto. W Łomnej, nad brzegiem Wisły, rozłożyliśmy się z karimatami i kocem, aby oglądać coroczne maksimum roju Perseidów. W teorii można zobaczyć nawet sto meteorów w godzinę… w praktyce – księżyc świecił jak reflektor, więc naliczyliśmy ledwie kilka. Artur, wierny tradycji, szeptał życzenia. Najbardziej oryginalne? „Żeby zmienić się w pingwina„. Rankiem okazało się, że magia nie zadziałała. Uf! Już się bałem, że będziemy musieli zainwestować w kostkarkę do lodu i hodowlę karasi 😉

W załączeniu – rysunek pingwina, wykonany przez zainteresowanego.

Iskra przygody (9-10 sierpnia)

Tym razem na Wiśle byliśmy we trzech – ja, Sławek i mój sześcioletni Artur. Tego dnia niespiesznie przewiosłowaliśmy około dwadzieścia kilometrów. Jeden z „dmuchańców” miał nieszczelny zawór i w międzyczasie trzeba go było dwa razy dopompowywać. Utopiłem ponadto ulubiony kapelusz, a młody – przez nieuwagę – puścił z nurtem swoją plastikową łopatę (popłynęła w dal niczym okręt zwiadowczy). Mieliśmy też niespodziewaną atrakcję: przelot samolotów wojskowych, biorących udział w generalnej próbie Parady Lotniczej, zaplanowanej na 15 sierpnia.

Poza tym – pełen luz. W nocy, przyświecał nam księżyc w pełni (początkowo czerwonawy, niczym żar z wierzbowych gałęzi, spalanych w ognisku). Siedząc przy ogniu rozmawialiśmy o Lemie i Ursuli Le Guin. Tymczasem, Artur czekał na spadającą gwiazdę, gotów wypowiedzieć życzenie. Przed snem – uzbrojeni w latarki – tropiliśmy wymyki szarawe i obcążnice nadbrzeżne. Nad Rzeką było zaskakująco cicho. Rano mieliśmy płynąć dalej, ale okazało się, że w nocy młodociany piroman wypalił dziurę w Palavie iskrą z krzesiwa. Życie jest przewrotne, ale to nic. Również w tym można znaleźć bowiem jakiś sens…

PS. W razie, gdyby kogoś to interesowało, NITRILONU® nie da się naprędce załatać nadtopionym kawałkiem butelki PET, ani poliuretanową pianką przysmażaną zapalniczką 😉

Zielona wieża na straży Ujścia (topola kanadyjska z Mikoszewa)

W połowie lipca tego roku kilka dni spędziliśmy na Wyspie Sobieszewskiej. Nasz pobyt zbiegł się w czasie z nadejściem niżu genueńskiego, który sprowadził do Polski cyklonalną pogodę.

W przerwach między opadami dwukrotnie odwiedziłem ujście Wisły. W okolice Świbna i Mikoszewa ciągnie mnie nie tylko z powodu Rzeki, ptaków i fok. Nieco ponad półtora kilometra na północ od przeprawy promowej – na prawym brzegu, znaleźć można też coś innego, ale również wartego uwagi. Maszerując ścieżką biegnącą równolegle do nabrzeża, w ciągu około trzydziestu minut można dotrzeć do pozostałości pomostu cumowniczego. Tuż obok stoją klockowaty bunkier oraz górująca nad otoczeniem stara topola kanadyjska (Populus × canadensis ‘Robusta’).

Co ciekawe, jeszcze do niedawna było tu trochę inaczej. Od stycznia 1949 roku w tym miejscu działała bowiem strażnica Wojsk Ochrony Pogranicza, później przekształcona w  Punkt  Obserwacji  Wzrokowo-Technicznej, podległy Straży Granicznej. Przeglądając  Wikimapię trafiłem na archiwalną fotografię, na której przy wspomnianym pomoście widać jednokondygnacyjny budynek kryty czerwonym gontem oraz wysoką wieżę obserwacyjną.

Dawna Strażnica nr 103 i 98 WOP oraz POWT nr 62 SG i PKRR (Mikoszewo) – przed 2012 rokiem; obecnie budynek i wieża już nie istnieją [źródło].

Zadaniem tutejszych pograniczników była kontrola jednostek kursujących między Przekopem a wodami Zatoki Gdańskiej oraz obserwacja okolicy, celem ochrony granicy morskiej. Po wejściu naszego kraju do strefy Schengen, ów punkt przestał być potrzebny. W efekcie, budynek i wieża sukcesywnie popadały w ruinę, by ponad dekadę temu zostać rozebrane.

Dzisiaj mamy ten komfort, że można wypływać Wisłą na morze bez formalności. Wojskowa infrastruktura powoli popada w zapomnienie, ale towarzysząca jej topola – niczym wysoka, zielona wieża niezłomnie stoi na straży Ujścia. Topole mieszańcowe mają opinię problematycznych, ale ta konkretna „kanadyjka” wydaje się być wyjątkowo na miejscu. Po pierwsze – to ostatnia wielka topola, jaką zobaczycie spływając Rzeką (rośnie zaledwie dwa kilometry od ujścia i dla mnie osobiście stanowi swoistą formę kilometrażu). Po drugie, gdy patrzy się na jej koronę, wyraźnie wystającą ponad linię okolicznych drzew, trudno oprzeć się wrażeniu, że posadzono ją po to, by z wyprzedzeniem wskazywała lokalizację ówczesnej Strażnicy.

Sylwetka bohaterki niniejszego wpisu, widoczna z pokładu promu dolnolinowego, kutra rybackiego oraz packrafta.

Oczywiście, to jedynie moje domniemania, ale faktem jest, że drzewa z rodzaju Populus rzeczywiście mogą pełnić tego typu rolę. Tristan Gooley – autorytet w dziedzinie naturalnej nawigacji – zwraca uwagę, że smukłe topole włoskie, niczym wysokie, zielone maszty od dawna służą jako ”landmark trees”, sygnalizując obecność zabudowań, z początku niewidocznych z rzeki czy morza. Dlaczego więc podobna funkcja nie miałaby przypaść topoli kanadyjskiej? Rośnie wyjątkowo szybko, prześcigając oba gatunki rodzicielskie. Już po dekadzie sadzonka będzie sporym drzewem, które w niedługim czasie osiągnie trzydzieści (lub więcej) metrów wysokości.

Wysoko osadzona, zbudowana z ukośnie wzniesionych konarów korona mikoszewskiego drzewa jest obwieszona jemiołą, która zaczyna je osłabiać. Niestety, to typowa przypadłość sędziwych „kanadyjek”. Nie zmienia to jednak tego, że jest ona jednym z głównych bohaterów zielonej scenerii końcowego odcinka Wisły. Moim zdaniem jest to wystarczający powód, by rozważyć złożenie wniosku o objęcie jej pomnikową ochroną. Przy tej okazji dobrze byłoby nadać topoli imię – może odwołujące się do jakiejś kobiecej postaci sprzyjającej rybakom, żeglarzom lub czuwającej na straży? Jestem ciekawy, czy macie jakieś pomysły. Jeśli tak, wpisujcie je śmiało w komentarzach…

25 czerwca; wypatrując „janówki”

Początek kolejnego lata. Wziąłem dzień wolnego i sączę kawę pośrodku Wisły, nieopodal żerańskiej elektrociepłowni. Świętojańskie wianki osiadły wśród mułu i piasku, między polodowcowymi głazami. Trącając butem sfatygowane wiechcie, myślę o tym, że wciąż nie widać „janówki” – znaczącego wezbrania, które powinno mieć miejsce mniej więcej teraz. Media (na razie) nie wałkują tego tematu, ale wydaje mi się, że tego lata mogą zostać pobite kolejne niechlubne rekordy poziomu wody w Rzece. W zasadzie od wiosny borykamy się z suszą hydrologiczną. Aby coś się zmieniło, potrzeba więc naprawdę solidnych opadów. Tymczasem, jeżeli pada, to raczej punktowo i krótko, za sprawą konwekcji. Generalnie, coby nie mówić – wodne sprawy nie wyglądają najlepiej. Z drugiej strony są i tacy, których na pewno cieszy ta sytuacja. Dla bytujących nad Wisłą wron – oportunistów, łasych na mięso małży i śniętych ryb – niska woda to zawsze czas ucztowania…

2 maja; między burzą a nocą

Grudziądz. Na zboczu Kępy Strzemięcińskiej kwitną pierwiosnki.

Krótko po burzy wsłuchuję się w znajomy szept Wisły. Mętna woda chlupocze, przelewając się przez kanciaste kamloty, z których zbudowano tutejsze regulacyjne ostrogi. Rechoczą żaby z pobliskiego starorzecza. Kilka śmieszek nerwowo krąży w pobliżu rozkołysanej czerwonej boi (jeszcze niedawno jej w tym miejscu nie było). Rzeka wreszcie przybiera, a moje złachane buty znów w błocie. Podpity grubas w przykrótkim t-shircie drze mordę do kogoś niewidocznego, po czym zarzuca wędkę (chwilę wcześniej sikał do rzeki). Tymczasem, gdzieś w oddali – na piaszczystej ławicy, majaczy jakiś jasny punkcik. Nieuchronnie ubywa dnia. Zjawa to, czy czapla?