Ulica Marymoncka tonie
w puchu białej topoli.
Cały dzień ciepło,
wieczorem deszcz.

Ulica Marymoncka tonie
w puchu białej topoli.
Cały dzień ciepło,
wieczorem deszcz.

Czasy są parszywe i ludzie zaczynają coraz dotkliwiej to odczuwać. Przedłużająca się izolacja, niepewność jutra, nawał sprzecznych informacji oraz obawa przed zarażeniem mogą sprawić, że wizja świata, którą wielu z nas budowało w swojej głowie latami, ma prawo zacząć się sypać.
Moim zdaniem, jednym z najlepszych sposobów na zachowanie zdrowia psychicznego i wzmocnienie układu odporności jest bliski kontakt z przyrodą. Jeżeli nie ma ku temu przeszkód, to zawsze warto wybrać się do parku, lasu lub nad rzekę.

Prawda, że bajkowo? A to wciąż teren znajdujący się w obrębie Warszawy.
Mnie osobiście bardzo pomaga coś, co Japończycy nazywają „shinrin-yoku”. Polega to z grubsza na połączeniu spokojnego oddychania ze skierowaniem swojej uwagi na otoczenie. Takie podejście pozwala niespiesznie „zanurzyć” się w naturze wszystkimi dostępnymi zmysłami.
Świetnym miejscem na takie kontemplacyjne spacery są nadwiślańskie zadrzewienia łęgowe. Na szczęście w Warszawie i jej okolicach wciąż można znaleźć tego typu tereny. Specyficzne warunki związane z cyklicznym zalewaniem przez rzekę sprawiły, że roślinność występująca w takich miejscach jest na tyle bujna i różnorodna, że przez niektórych nazywane są one polską dżunglą. Wierzby, topole i klony jesionolistne rosnące na międzywalu, wraz z towarzyszącym im podszytem, miejscami tworzą niełatwą do przebrnięcia gęstwinę. Latem panuje tu półcień i jest wilgotno, a niektóre drzewa są oplecione pnączami. Wrażenie potęgują leżące na ziemi murszejące pnie i konary, wśród których wiją się ścieżki wydeptane przez zwierzęta i wędkarzy. Tutejsza wiosna jest z kolei czasem soczystej zieleni, na której tle wspaniale prezentuje się – między innymi – masowo kwitnąca jasnota purpurowa.
Nadwiślańska „dżungla” w połowie wiosny.
Oczywiście, naiwnie byłoby sądzić, że wycieczka do lasu może rozwiązać trapiące nas problemy. One nie znikną, ale czas spędzony w naturalnym otoczeniu może spowodować, że uspokoimy się wewnętrznie lub nabierzemy dystansu, który może ułatwić podejmowanie właściwych decyzji. To ważne, ponieważ spokój jest teraz tą rzeczą, która naprawdę może nas uratować.
Ostatnio trochę popadało, ale była to prawdziwa kropla w morzu potrzeb. Jest środek wiosny, a według danych opublikowanych przez Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej stacje pomiarowe znajdujące się w wielu miejscach polskich rzek notują już szokująco niskie wartości poziomu wody. Wisła nie jest wyjątkiem.
Dzisiaj rano poszedłem nad rzekę, żeby na własne oczy zobaczyć, jak to wygląda. To, że jest kiepsko, widać jak na dłoni. Zerknijcie tylko na kilka zdjęć obrazujących sytuację.
Niska woda w warszawskiej Wiśle (2 maja 2020 roku).
Dlaczego tak się dzieje? To proste. Jesteśmy świadkami nakładania się efektu globalnych zmian klimatycznych oraz wieloletnich zaniedbań i błędów dotyczących sposobu retencjonowania wody w naszym kraju. Z pewnością nie pomogły działania nadgorliwych meliorantów, „osuszaczy” mokradeł i „prostowaczy” rzek. Możliwe, że w tym roku czeka nas susza stulecia, ale jeżeli nie zmieni się podejście i priorytety rządzących, to bieżący rok może być dopiero preludium do o wiele poważniejszych problemów…
Dzisiaj poluzowano restrykcje. Można już chodzić do parków i lasów.
Zobaczymy, co z tego wyniknie…

Najbardziej jurne ryby znajdziesz pod Wisłostradą…

Gdybym miał wskazać moje ulubione punkty na mapie Warszawy, to jedno z czołowych miejsc w takim rankingu na pewno zająłby Las Bielański.
Ten nieduży kompleks leśny, leżący w północnej części miasta, to niecodzienne miejsce. Jest tak przede wszystkim dlatego, że wciąż można wyczuć tu ciche echo pierwotnej przeszłości. Historycy i biologowie są zgodni, że jest on reliktową pozostałością po dawnej Puszczy Mazowieckiej. Tej samej średniowiecznej kniei, którą zamieszkiwały ostatnie tury. Turów już nie ma, lecz ciągłość lasu i jego naturalne procesy trwają tu nieprzerwanie od stuleci. Świadectwem czasu jest wielkość drzew, a niektóre z tutejszych dębów są naprawdę potężne. Szacuje się, że najbardziej sędziwe mogą liczyć sobie nawet czterysta lat i bardzo prawdopodobne jest to, że nie zostały posadzone przez człowieka. Czasy się zmieniają, a Las Bielański niestrudzenie opiera się naporowi stolicy i różnym dziejowym zawirowaniom. Miejsce to ma duże znaczenie społeczne oraz historyczne, jednak prawdziwą wartość lasu mierzy się jego bioróżnorodnością. W toku wieloletnich badań stwierdzono tu jakieś tysiąc gatunków bezkręgowców, ponad czterysta gatunków roślin naczyniowych, około trzysta gatunków grzybów (w tym wiele bardzo rzadkich) oraz czterdzieści gatunków ptaków. Czy jakieś inne duże europejskie miasto może pochwalić się takim bogactwem w swoich granicach?
Gdy mieszkaliśmy z Olą na Podleśnej, tutejszy rezerwat stanowił oczywisty cel naszych spacerów. Mieliśmy do niego przysłowiowy rzut beretem. Chodziliśmy tam bez konkretnego powodu, w różnych porach dnia czy roku. W zimne dni zabieraliśmy ze sobą termos z herbatą i kanapki, w ciepłe tylko puste kieszenie. Wędrowanie po ścieżkach Lasu Bielańskiego czasem pozwalało mi zajrzeć w głąb siebie i w dużej mierze zaspokajało moje wewnętrzne potrzeby. Nie bardzo potrafię ubrać to w słowa, ale lubię kontemplować naturalne formy – poskręcane gałęzie, dziuple, wzory na korze. Gdy mijam stosy butwiejących pni i konarów, zdarza mi się myśleć o przemijaniu. Nasłuchuję szelestu liści. Trenuję swoją uważność wypatrując myszy. Chłonę wzrokiem sylwetki leśnych olbrzymów. W miejscach takich jak to mnóstwo jest nie do końca jawnych pozostałości i znaków, w których, jak w zaśniedziałym zwierciadle, można zobaczyć, że stary świat gdzieniegdzie jeszcze istnieje. My przemijamy, lecz pierwotne serce wciąż bije. W tych trudnych dniach warto jest o tym pamiętać.
Kiedyś, podczas włóczęgi po lesie natrafiłem na takiego „uroczego” gagatka. Jeżeli ktoś chce adoptować, mogę podać koordynaty – jest szansa, że jeszcze nie uciekł 😉



Mniej więcej w połowie grudnia ubiegłego roku natknąłem się na niewielką enklawę dzikości. Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy Olszyna, bo o nim mowa, usytuowany jest na obrzeżach warszawskiego osiedla Słodowiec. Ten mały zakątek to jedna z nielicznych pamiątek, które pozostały po dolinie rzeki Rudawki. Ta żoliborska rzeka pierwotnie płynęła z Powązek przez Marymont, by ostatecznie złączyć się z Wisłą. Niestety, z upływem lat została najpierw zmelioryzowana, a później prawie w całości osuszona. W Parku Olszyna ciek wodny, który po niej pozostał przybrał formę wąskiego kanałku.
Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy Olszyna. W tle ekran dźwiękochłonny alei Armii Krajowej.
Obszar, o którym piszę objęto ochroną w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku ze względu na obecność resztek olsu kępowego. Muszę przyznać, że widok czarnych olch wczepionych szczudlastymi korzeniami w podmokły grunt tuż obok blokowiska trochę mnie zaskoczył. Niższą partię roślinności stanowią głównie krzewy bzu czarnego o splątanych gałęziach. Niektóre z nich są siedliskiem uszaka bzowego – kosmopolitycznego grzyba będącego popularnym składnikiem kuchni azjatyckiej. Miejsce to cieszy się dużym zainteresowaniem kaczek, ale z tablic informacyjnych stojących przy ścieżce biegnącej przez całą długość olsu wynika, że bytuje tu również kilkanaście innych gatunków ptaków.
Tutejszy ols kępowy. Prawda, że dziko?
Odpowiada mi to, że mam pod nosem tego typu miejsce, a nie kolejny wypielęgnowany skwer z pięknie utrzymanymi klombami i trawnikiem. Oczywiście, nie da się ukryć, że jest to tylko namiastka dzikości, jednak w przypadku Warszawy każdy skrawek pozostawiony sam sobie jest na wagę złota. Możecie być pewni – będę tu wracał.
Owocniki uszaka bzowego sfotografowane w grudniu ubiegłego roku.
W ostatnich latach kilkakrotnie miałem okazję przekonać się o tym, jak długotrwały brak deszczu potrafi odmienić oblicze rzeki. Podczas letnich miesięcy coraz częściej zdarza się tak, iż warszawskie wodowskazy pokazują bardzo niskie wartości stanu wody w Wiśle. W 2015 roku w Porcie Praskim odnotowano rekordowe czterdzieści centymetrów*. W trakcie ubiegłorocznego lata nie było aż tak źle, jednak na przełomie lipca i sierpnia miejscami również bywało piekielnie płytko. To oczywiste, że powyższy trend niepokoi mnie, ale jest także druga strona medalu. Za każdym razem, gdy słyszę, że Wisła wysycha, łapię za pagaj i pędzę nad rzekę.
Płytko. Widok na koryto Wisły w okolicy Golędzinowa (4 sierpnia 2019 roku).
Warszawska Wisła obfituje w wiele ciekawych miejsc, jednak gdy pokazuje się piaszczyste podbrzusze rzeki, najbardziej lubię spływać odcinkiem między dwoma mostami – Gdańskim i Północnym. Za tak zwaną Wyspą Owczą, zlokalizowaną mniej więcej na wysokości Golędzinowa, niska woda odsłania szereg kamiennych raf. Struktury te zbudowane są ze skupisk polodowcowych głazów, rozsianych na sporej powierzchni piaszczystego koryta rzeki. Wisła przelewając się przez ten rejon, miejscami tworzy rwące bystrza.
Rwąca woda przelewa się przez kamienne progi.
Jeżeli w opowieściach o istnieniu syren kryłoby się ziarno prawdy, to myślę, że można by je spotkać właśnie tu. Oczywiście, nie ma dowodów na istnienie legendarnych kobiet-ryb, jednak niektórzy amatorzy wędkarstwa twierdzą, że zarzucając wędkę w tym miejscu są spore szanse, by zmierzyć się z brzaną. Te waleczne, bardzo silne ryby słyną z tego, że nie mają litości – ani dla wędkarzy, ani ich sprzętu.
Środek Wisły. Na horyzoncie komin żerańskiej elektrociepłowni.
Zawsze, gdy tędy przepływam – manewrując wśród kamieni i wystających ponad wodę połaci piasku – z uwagą wypatruję wszelkiej maści „skarbów”. Mogą to być fragmenty zabytkowej architektury, drewniane elementy zatopionych łodzi, potrzaskane ceramiczne garnki, lub porcelanowe talerze, szklane denka butelek, przegniłe świętojańskie wianki, fantazyjnie ukształtowane korzenie, wybarwione na brązowo kości czy przerdzewiałe lotki moździerzowych pocisków. Lista jest długa i nigdy nie wiem, czym zaskoczy mnie rzeka.
Kilka kilometrów dalej, dokładnie naprzeciw żerańskiej elektrociepłowni, znajduje się kilka niewielkich wysepek. W czasie suszy stają się one rozległym piaszczystym półwyspem. Możesz wierzyć, lub nie, lecz jest to prawdziwie dzikie miejsce, w którym bez trudu można zapomnieć o wielkomiejskim szaleństwie. Doskonale wiedzą o tym tutejsze bobry, którym nie straszni wędkarze i hałaśliwi miłośnicy palenia ognisk. Jeżeli dobrze się przyjrzeć, można dopatrzeć się także śladów norek i wydr. Odciski łap, odchody, stosy skorup szczeżui oraz niedojedzone resztki ryb świadczą o tym, że ta okolica nie jest im obca.
Podczas suszy archipelag niewielkich wysepek naprzeciw żerańskiej elektrociepłowni, staje się piaszczystym półwyspem.
Kiedyś widziałem tu nawet bociana czarnego. Buszował wśród stad małych kiełbi uwięzionych w jednym z niewielkich bajorek, które powstały w miejscu, gdzie jeszcze kilka tygodni wcześniej w najlepsze płynęła rzeka. Gdy byłem dzieciakiem, wprost uwielbiałem brodzić w takich kałużach.
Gdy woda w rzece opada, powstają malownicze bajorka, w których czasami uwięzione są drobne ryby.
Podobnie jak w okolicy Golędzinowa i tutaj można natknąć się na mnóstwo ciekawych przedmiotów. Przechadzając się wśród głazów i starych pni, prażących się w słońcu, jak krokodyle, widywałem zmętniałe szklane korale, krzemienne narzędzia, zęby, rogi i kości – w tym wiele naprawdę starych końskich żuchw. Były też skamieliny, lampy naftowe, parciejące opony, dziurawe wiadra, bębny pralek, kłęby żyłki, a także kawałki czarnego dębu, zwanego polskim hebanem. Kiedyś z Marcinem trafiliśmy tu nawet na pordzewiały emaliowany nocnik, z którego ktoś zrobił sobie tarczę strzelniczą.
Wszystko to sprawia, że gdy stan wody w rzece jest niski, to budzi się we mnie natura odkrywcy i czuję szczególną motywację do wyjścia nad rzekę. Jednocześnie, chciałbym Was jednak zapewnić, że każdy powód jest jednakowo dobry.
*Według niektórych źródeł tego dnia w okolicy Mostu Śląsko-Dąbrowskiego poziom wody mógł wynosić zaledwie 26 cm. Trudno to jednak zweryfikować, gdyż wówczas nie było tam wodowskazu.