Niechlubny rekord na wodowskazie „Warszawa Bulwary” i smutne znalezisko

Pierwsza połowa września upłynęła pod znakiem suszy. W niedzielę, ósmego września, Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej poinformował, iż wodowskaz na wysokości warszawskich bulwarów pokazał rekordowo niski stan Wisły (zanotowano zaledwie 25 centymetrów). W kolejnych dniach, z uwagi na wysokie temperatury oraz brak przyzwoitych opadów było jeszcze gorzej. Poziom wody spadał aż do 20 centymetrów, co stanowi najniższy wynik zarejestrowany w tym punkcie w całej historii pomiarów.

Wskazania wodowskazu „Warszawa Bulwary” w okresie od 5 do 11 września br.; czarna linia oznacza dolną granicę stanów średnich.

W związku z tą sytuacją, nad Panią Polskich Rzek można było zaobserwować dużo więcej osób niż zwykle. Niektórzy, zwabieni doniesieniami medialnymi, chcieli po prostu popatrzeć, ale trafiali się również tacy, którzy aktywnie penetrowali brzegi, a także wchodzili do wody w poszukiwaniu reliktów przeszłości. Będąc nad Wisłą w tak szczególnym czasie, warto rozglądać się wokół także z innego powodu. Szóstego września, Daniel Dymiński – ojciec zaginionego Krzysztofa (https://dyminski.pl/), zaapelował poprzez Facebooka [LINK], aby spędzając czas nad wysychającą rzeką, zwracać uwagę na obiekty, które mogłyby pomóc rozwiązać niejedną rodzinną tragedię. Państwo Dymińscy niestrudzenie szukają swojego nastoletniego syna, którego ostatni raz widziano pod koniec maja ubiegłego roku, na Moście Gdańskim. Wydają się nie tracić nadziei, lecz biorą też pod uwagę najgorszy scenariusz. Nie jest wszak tajemnicą, iż wiele osób przepada w Wiśle bez śladu, pozostawiając swych bliskich w stanie żalu, tęsknoty i zawieszenia. Rzeka, choć sprawia wrażenie spokojnej, jest bezlitosna. Wiślany nurt stanowi wyzwanie nawet dla najbardziej doświadczonych pływaków, a nieregularne dno sprawia, iż płytka, mętna woda potrafi gwałtownie przechodzić w przepastną głębinę. Zagrożeń tych nie powinno się lekceważyć.

Oczywiście, ostatnio także bywałem nad Wisłą. W sobotę, siódmego września (dzień przed pierwszym tegorocznym, wspomnianym na wstępie rekordem) odwiedziliśmy z Marcinem jedną z moich zwyczajowych „miejscówek”. Tym razem towarzyszyli nam synowie, dla których była to niezwykle ekscytująca wyprawa. Dobre kilka godzin spędziliśmy wędrując po wiślanym korycie, wśród polodowcowych głazów i poczerniałych pni wielkich drzew. W Warszawie celebrowano „Święto Wisły„, dzięki czemu mogliśmy być świadkami przepłynięcia „Wioślarskiej Masy Krytycznej” (flotylla kajaków, SUP-ów i kanadyjek). Na szczycie jednej z niewielkich, zadrzewionych wysp widziałem gołego faceta. Niedaleko krążyło „kormoranado” – wielkie stado kormoranów, które niczym czarny wir kołowały nad Rzeką. Pod naszym czujnym okiem, chłopcy taplali się w namułach i piasku, zbierając muszle, skalne okruchy oraz ogryzione przez bobry patyki. Z zainteresowaniem studiowali też wszechobecną mozaikę zwierzęcych tropów. Kolejne pokolenie wiślanych błotołazów dokonywało swoich małych odkryć, ja natomiast niespodziewanie stanąłem w obliczu tematu, o którym pisał Daniel Dymiński. U podnóża jednej z kamiennych raf wypatrzyłem ludzką czaszkę. Niezwłocznie powiadomiliśmy komisariat policji rzecznej. Patrol, który przypłynął na miejsce, potwierdził zgłoszenie. Szczątki zostały zabezpieczone przez „dochodzeniówkę” i przewiezione do zakładu medycyny sądowej, a my – spełniwszy obywatelski obowiązek – mogliśmy wracać do domu…

Topola czarna „Horpyna” – nowy grudziądzki pomnik przyrody

Najwyższy czas na pozytywne wieści.

Dwudziestego siódmego marca bieżącego roku, na sesji Rady Miejskiej Grudziądza, jednogłośnie przegłosowano uchwałę w sprawie ustanowienia na terenie miasta kilku pomników przyrody (LINK). To wydarzenie ma dla mnie wymiar osobisty, ponieważ taki status otrzymała również monumentalna topola czarna, rosnąca w nadwiślańskim lesie przy Cytadeli, o co zabiegałem od lata ubiegłego roku. Do grona miejscowych drzew pomnikowych, weszła ona razem z kilkoma dębami (piszę o tym z poślizgiem, ponieważ czekałem na uprawomocnienie się uchwały i oficjalne pismo w tej sprawie). Nasza sokora odtąd posiada imię „Horpyna” i formalnie znajduje się pod prawną ochroną, co – przynajmniej w teorii – powinno zapewnić jej niezakłócone trwanie. Oczywiście, bądźmy szczerzy – nad Wisłą bywa z tym różnie. Ochrona ochroną, ale zawsze może znaleźć się dureń, który nie bacząc na nic, będzie chciał zniszczyć drzewo, a szukanie sprawcy ewentualnej dewastacji na pewno nie będzie priorytetem organów ścigania. Dzisiaj skupmy się jednak na pozytywach. Warto wspomnieć, że imienniczka rosłej, sienkiewiczowskiej wiedźmy z powieści „Ogniem i mieczem„, jest nie tylko najgrubszym drzewem Grudziądza, ale też najgrubszym przedstawicielem rodzaju Populus w Polsce (niemal dziesięć metrów w „pasie” to nie byle co 🙂 ).

Fragment urzędowego pisma, którym zostałem poinformowany o podjęciu uchwały w sprawie ustanowienia pomnika przyrody na terenie Grudziądza.

Jestem typem naprawiacza i lubię popychać sprawy do przodu, ale dowiezienie tej konkretnej inicjatywy do pomyślnego finału nie byłoby możliwe bez poparcia, zaangażowania, czy dobrej woli innych osób. Podziękowania należą się przede wszystkim członkom Sekcji Drzew Pomnikowych Polskiego Towarzystwa Dendrologicznego – Piotrowi Gachowi, Ernestowi Rudnickiemu, Markowi Maciantowiczowi oraz Krzysztofowi Borkowskiemu (ustanowienie „Horpyny” pomnikiem jest naszym zespołowym sukcesem). Dziękuję również p. Sławomirowi Kosmali ze Stowarzyszenia „Rawelin„, który jako pierwszy udzielił mi informacji na temat formalnego statusu terenu, na którym rośnie drzewo, a także Dorocie Kotkiewicz – mojej koleżance z czasów szkolnych, pracującej w jednej z jednostek wojskowych, stacjonujących na terenie grudziądzkiej Cytadeli, z którą odbyłem kilka rozmów telefonicznych zanim przystąpiłem do szukania topoli na miejscu. Oczywiście, niewiele dałoby się osiągnąć bez przychylności lokalnych decydentów – Prezydenta Macieja Glamowskiego, Radnych poprzedniej kadencji, jak również p. Mai Banasik (Dyrektor Wydziału) oraz p. Agnieszki Schulz z Wydziału Środowiska grudziądzkiego magistratu.

„Horpyna” sportretowana z powietrza (źródło – baza danych Geoportalu Krajowego [LINK]). Aktualnie, na skutek złamania się jednego z przewodników nie ma już około 40% korony widocznej na zdjęciu (zaznaczyłem ją przerywaną linią).

To, że olbrzymia sokora, rosnąca nieopodal wiślanego brzegu przy grudziądzkiej Cytadeli znalazła się w panteonie pomnikowych topoli nie jest rzeczą oczywistą. W naszym kraju nieczęsto zabiega się bowiem o drzewa należące do tego rodzaju. Wielu z nas myśląc o nich, nadal bazuje na stereotypach („drzewa chwasty” itp.), nie podejmując wysiłku, by poznać fakty. Topole czarne (Populus nigra L.) to polskie drzewa rodzime, które stanowią ważny element przyrodniczej mozaiki dolin naszych rzek nizinnych. Są nie tylko piękne i bywają naprawdę ogromne, ale pełnią też szereg ważnych funkcji w swoim środowisku (m. in. znacząco wzbogacają różnorodność biologiczną, efektywnie magazynują dwutlenek węgla, stanowią element naturalnej ochrony przeciwpowodziowej, czy ograniczają erozję). Niestety, ich przyszłość rysuje się niezbyt ciekawie. Nie sprzyja im nieustanna presja człowieka na przyrodę, ale też brak regularnych wylewów Wisły, które stwarzałyby dogodne warunki do kiełkowania nasion, co pozwoliłoby im na efektywne naturalne odnowienia. Niestety, żyjemy w „ciekawych” czasach i coraz częściej stajemy w obliczu skutków globalnych zmian klimatycznych. Nie wierzę, że zatrzymamy katastrofę, ale to nie powód, by nie angażować się w działania związane z ochroną przyrody – także tej nadwiślańskiej. Dla mnie jej uosobieniem są między innymi potężne, nadrzeczne topole i mam dalej zamiar działać na ich rzecz. „Horpyna” niewątpliwie jest wybitną przedstawicielką swojej rodziny. Cechują ją naprawdę imponujące rozmiary i należy do najstarszych polskich sokor (początki jej istnienia mogą sięgać nawet XVIII wieku). Mimo swoich lat, wciąż jeszcze się trzyma, ale prędzej lub później obumrze i finalnie wróci do naturalnego obiegu pierwiastków. Zanim to nastąpi, jest jeszcze coś, co na pewno warto by dla niej zrobić. Myślę, że dobrze byłoby zwrócić na nią uwagę komuś ze świata nauki, kto byłby zainteresowany włączeniem jej materiału genetycznego do archiwum klonów najcenniejszych krajowych topoli (o ile takie istnieje), celem zachowania jej dla przyszłych pokoleń. Co ciekawe, drzewa należące do tego gatunku stosunkowo łatwo można rozmnożyć – wystarczy w odpowiednim czasie odciąć fragment gałęzi i posadzić go w gruncie.

Tymczasem, dwa dni po tym, jak olbrzymkę z miasta ułanów uhonorowano pomnikowym statusem, pojechałem ją odwiedzić. Tym razem nie byłem sam – na krótką wizytę u topolowej prababki zabrałem Marcina. Idąc ku niej pochyłym tarasem biegnącym wzdłuż zbocza Kępy Fortecznej, byliśmy świadkami przelotu grupy ponad dwudziestu kruków. Gdy dotarliśmy na miejsce, grał werbel dzięcioła, a promienie wschodzącego słońca muskały wciąż bezlistną koronę „Horpyny„, podkreślając czerwonawy kolor kwiatostanów zdobiących najwyższe gałęzie. Brak liści i nieporównywalnie lepsza niż ostatnio widoczność sylwetki drzewa pozwoliły mi na wykonanie dokładniejszego pomiaru jego wysokości (36,7 m; średnia wartość z kilku pomiarów). W koronie można było dostrzec pojedyncze pęczki jemioły (grupa klonów, będących jej sąsiadami jest nią bardzo mocno porażona) i trochę suchodrzewu. Na murszejącej korze mocarnego pnia wypatrzyłem zgrupowanie niemrawych mrówek oraz kilka zaspanych pająków. Podstawę drzewa zdobiła natomiast kępka kwitnących fiołków, a niedaleko rosło trochę owocników kustrzębki pęcherzykowatej. Po fragmentach rozkładających się konarów, licznie rozesłanych na żyznej ziemi, harcowały myszy. Nie spiesząc się nigdzie, piliśmy gorącą kawę. Pomiędzy gęstwą okolicznych drzew i krzewów wciąż było widać pięknie rozlaną Wisłę, zza której co jakiś czas dobiegały fanfary żurawi. Czuć było jednak, że nad Polskę cały czas napływa nienaturalnie ciepłe, jak na porę roku powietrze oraz, że już za moment, „zieleń” – gwałtownym zrywem – przesłoni i zdominuje cały tutejszy świat…

Fotorelacja z naszej ostatniej wizyty u już pomnikowej „Horpyny” (29 marca bieżącego roku; na pniu jeszcze nie było urzędowej tabliczki).

Wiślany „driftwood” / astro-dinozaur :)

Zdarza się, że rodzinne plażowanie nad Wisłą prowadzi do wejścia w posiadanie niebanalnej rzeźby. Tak było m. in. jakieś dwa i pół roku temu, kiedy znalazłem cudacznie wyglądającą pozostałość jakiegoś zatopionego drzewka. Gdy wróciliśmy do domu, Artur odłamał jeden z korzeni i tak – praktycznie zerowym nakładem sił – powstało coś w rodzaju astro-dinozaura (kreatura ma nawet dziurę w zadku 🙂 ). Na poniższych zdjęciach możecie zobaczyć, jak to dzieło Rzeki i Artura prezentuje się dzisiaj. „Driftwood” z Wisły? Lubię to!

Sokorowy duet z Ostrówka plus kolejna wizyta w Glinkach (2 stycznia)

Dramatis personae: ja, Marcin i kilka okazałych topoli.

Płynnie wchodzimy w kolejny rok, pozostając w temacie topolowych pielgrzymek. We wtorek, drugiego stycznia, odstawiamy dzieciaki do przedszkola i, nie bacząc na deszcz, jedziemy do wsi Ostrówek, kawałek na południe od Warszawy. Ta nieduża miejscowość, położona w gminie Karczew, zapisała się na kartach historii jako pole jednej z bitew stoczonych w ramach wojny polsko-austriackiej, powiązanej z serią napoleońskich konfliktów zbrojnych. Referując w skrócie – w nocy z drugiego na trzeciego maja 1809 roku nasi pod dowództwem generała Michała Sokolnickiego, w sile kilku pułków, dali solidnie popalić Austriakom. Zwycięski szturm zakończył się zdobyciem nieprzyjacielskiego szańca na prawym brzegu Wisły i uniemożliwił wrogim wojskom przeprawę przez Rzekę. Zwycięstwo miało kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu działań wojennych. Polskie siły zbrojne odzyskały bowiem inicjatywę, by, po zajęciu Sandomierza, Lublina oraz Zamościa, wedrzeć się do znajdującej się pod austriackim panowaniem Galicji.

Mapa okolic Ostrówka z rewersu tablicy informacyjnej stojącej przy miejscowym kościele.

Dwieście lat później, w maju 2009 roku, w centrum Ostrówka, na skwerze przy miejscowym kościele odsłonięto głaz upamiętniający batalię, na którym umieszczono stosowną tablicę, metalowe popiersie Sokolnickiego oraz rzeźbę rogatywki 6-go Pułku Piechoty Księstwa Warszawskiego. Przy obelisku tym pełni straż para topól czarnych, z którymi spotkanie było jednym z celów naszej wycieczki.

Topole z Ostrówka (widok ogólny) oraz obelisk upamiętniający zwycięską bitwę z 1809 roku.

Wzmianki o tych sokorach pojawiają się w kilku opracowaniach dotyczących krajowej dendroflory (m.in. „90 drzew. Okazy niezwykłe” Pawła Zarzyńskiego i Roberta Tomusiaka czy „Drzewa Polski” Pawła Zarzyńskiego, Roberta Tomusiaka oraz Krzysztofa Borkowskiego) i w „Rejestrze Polskich Drzew Pomnikowych” Piotra Gacha, jednak drzewa te nie są powszechnie znane. Teraz – popijając kawę z termosu – miałem sposobność wyrobić sobie własną opinię na temat tego topolowego duetu.

Oko w oko z parą sokor z Ostrówka.

Ostrówieckie sokory są bezspornie potężne. Każda z nich może poszczycić się ponad ośmiometrowym obwodem pnia na wysokości pierśnicy (130 cm licząc od gruntu). Pękate, walcowate w przekroju pnie pokryte są licznymi tumorowymi naroślami, stanowiącymi częstą cechę tego konkretnego gatunku topoli. Tu i tam owe wybrzuszenia porastają malownicze mozaiki porostów, glonów i mchu. Tym co z automatu zwraca uwagę jest, że oba drzewa zostały poddane naprawdę mocnym cięciom korekcyjnym. Pień osobnika rosnącego bliżej obelisku zredukowano na wysokości około dwunastu metrów (na szczycie, w miejscu interwencji – widziałem rozległy próchniczy ubytek). W drugim przypadku piła poszła w ruch jakieś cztery metry wyżej. Konary boczne również były przedmiotem ostrej redukcji, przez co ogólna harmonia sylwetek obu drzew jest mocno zaburzona. Jeżeli chodzi o powyższe zabiegi, to, być może, na wydanie decyzji o ich przeprowadzeniu wpływ miało bezpośrednie sąsiedztwo linii energetycznych (spekuluję). Aktualnie, topole odbudowały już nieco swoje korony i na tę chwilę obie mierzą mniej więcej dwadzieścia pięć metrów wysokości.

Ostrówieckie sokory – garść bliskich kadrów.

W przypadku nieco wyższego drzewa, z jednej strony pnia przymocowano niedużą kapliczkę maryjną, przyozdobioną sztucznymi kwiatami. Po drugiej natomiast, w próchniejącej jamie, za odszczepionym fragmentem sporej, pozbawionej kory narośli (jej górna część kojarzyła mi się z głową smoka lub żółwia ninja) jakiś psotny czciciel Bachusa postawił flachę po wódzie z „flaszątkem” 🙂 . Na szaro-brązowej korze drzewa z kapliczką można było dostrzec także powbijane pinezki – znak, że służy ono miejscowym jako żywy słup ogłoszeniowy. Jeżeli chodzi o płeć, to byłem w stanie stwierdzić, że przynajmniej jedno drzewo jest osobnikiem żeńskim (w zagłębieniach kory obu znaleźliśmy stare torebki nasienne). Obydwa drzewa nosiły ślady upływu czasu w postaci próchniejących miejsc (we wnętrzach pni zapewne znajdują się rozległe ubytki), ale biorąc pod uwagę ich wiek (~200 lat), można stwierdzić, że wciąż trzymają się nieźle. U podstaw obu sokor widzieliśmy nory gryzoni.

Co do moich subiektywnych odczuć (możecie mieć inne), to mimo iż topole czarne z Ostrówka są naprawdę ogromne, nie byłem w stanie się nimi zachwycić. Podobały mi się oglądane z bliska detale ich pni, ale gdy patrzyłem na nie jako całość, to coś mi nie grało. Drastyczne cięcia redukcyjne sprawiły, że aktualnie są one cieniami tego, czym mogłyby być. Dodatkowo, lata łażenia po nadwiślańskich łęgach sprawiły, że mam specyficzną perspektywę, która powoduje, iż główne bohaterki dzisiejszego wpisu odbierałem jako wyrwane z jakiegoś szerszego kontekstu, nie do końca pasujące do otoczenia. Mimo to, uważam, że oba drzewa bezsprzecznie zasługują na pomnikowy status, a – z tego co się orientuję – na tę chwilę wciąż się takim nie cieszą.

Wykorzystując okazję, że byliśmy niecałe półtorej kilometra od Glinek, postanowiliśmy podskoczyć także do naszej znajomej – „Maryny”. Od naszej ostatniej wizyty, tej jednej z najokazalszych topól białych w Polsce przybyło w „pasie” cztery centymetry. W sąsiedztwie drzewa coś się zmieniło. Zanotowałem, że część drzew owocowych w okolicznym sadzie została wycięta. Zniknęły też stosy pociętych konarów, pozostałych po chirurgicznej korekcji monumentalnej topoli. Pod białodrzewem zastaliśmy odłamany owocnik żółciaka siarkowego, co może być kiepską wróżbą dla drzewa, ale pożyjemy – zobaczymy (sam pień wydawał się czysty). Dodatkowo, górna połowa urzędowej tabliczki z orłem, przybitej do pnia, zniknęła.

Z kolejną wizytą u „Maryny” – monumentalnego białodrzewu rosnącego w mazowieckiej wsi Glinki.

Pobyt w Glinkach zakończyliśmy spacerem u podnóża wału przeciwpowodziowego – częściowo wzdłuż granicy rezerwatu „Łachy Brzeskie”. Blisko krawędzi obwałowania rośnie kilka wielkich topól kanadyjskich. Gdy ostatnio byliśmy w tym miejscu, jedna z nich przykuła moją uwagę, ponieważ była oznaczona jako pomnik przyrody, co w przypadku topól obcego pochodzenia nie zdarza się często. Teraz z zaskoczeniem zobaczyliśmy, że spotkał ją los, który wciąż spotyka wiele polskich topoli. Drzewo o pierśnicowym obwodzie pnia wynoszącym dokładnie sześć metrów zostało wycięte. Zdjęcia „przed” i „po” możecie zobaczyć poniżej.

Topola kanadyjska z Glinek w lutym 2022 roku i obecnie – in memoriam.

Zgoda – drzewo nie było w najlepszej kondycji (na pniu były widoczne ślady po podpaleniu oraz owocniki dwóch gatunków grzybów rozkładających drewno, a na gałęziach pasożytowała jemioła), ale we wnętrzu pnia nie było próchniczych ubytków i wydaje mi się, że spokojnie mogło jeszcze trochę pociągnąć. Z jednej strony żal było patrzeć na „kanadyjkę” bezceremonialnie pociętą na kawałki, z drugiej miałem świadomość, że sadzenie tego rodzaju topól w bezpośrednim sąsiedztwie naturalnych zadrzewień łęgowych nie jest najmądrzejszym pomysłem, albowiem krzyżują się z one sokorami, co prowadzi do utraty czystości genowej przez populacje tych drugich. Gdy myślę o tym, wciąż mam nieprzyjemny, nierozstrzygnięty dylemat…

Do łęgu (100 słów)

Dwudziestego szóstego grudnia. Siąpi deszcz. Wędruję błotnistą drogą, obszczekiwany przez trzy małe psy. Bury świt łapie mnie niby złodzieja na jednym z wiślanych mostów (poniżej zmącona, wezbrana Rzeka). Stojąc u progu łęgu kłaniam się nisko, a później wchodzę między pogrążone w letargu wiekowe topole. Jest mokro i zimno, ale to nic. Ważne, że mogę włóczyć się ścieżkami wydeptanymi przez sarny i dziki, klucząc wśród połamanych, omszałych konarów. Spotkawszy łosia, rzucam mu nieśmiałe spojrzenie. Gdzieś niedaleko odezwał się kruk. Na moment zamykam powieki. Krople stukają o miękką ziemię. Las pachnie błotem, próchnem, grzybami. Nie wiem już, czy to jawa, czy sen…

29 grudnia (nad wzbierającą Wisłą)

Kilkugodzinny wypad za miasto, tym razem ze Sławkiem. Dzieje się – Wisła, w ciągu kilku ostatnich dni, przybrała o dobre półtorej metra. Połać piasku, na której pod koniec ubiegłego miesiąca biwakowałem z Marcinem, w tej chwili znajduje się pod wodą. Dzisiaj, bez planu włóczyliśmy się po okolicy, depcząc po tropach dzików, łosi i lisów. Rozmawialiśmy o rodzicach i książkach. W międzyczasie portretowałem rosochate topole, które w uśpieniu wyczekiwały wiosny. Gdzieś w oddali krakał samotny kruk…

Noc na ośnieżonych piaskach (19/20 listopada 2022)

Kilka tygodni temu ustaliliśmy z Marcinem, iż mamy do obgadania kilka tematów i że w zasadzie można by to połączyć z jakimś noclegiem w terenie. Termin naszego biwaku zbiegł się w czasie z nagłym ochłodzeniem, ale ujemna temperatura nie była w stanie ostudzić naszych rozgorączkowanych głów. Kiedy przyczłapaliśmy nad Wisłę objuczeni garbami plecaków, nasze cienie były już długie, a nisko zawieszone słońce krasiło światłem jej przeciwległy brzeg. Nad ospale płynącą wodą od czasu do czasu przewalały się stada mew, zaś w tle chropawo nawoływały się kruki. Szybko ubywało dnia, więc niezwłocznie zabraliśmy się za rozbijanie namiotu i szykowanie ogniska. Nadrzeczne połacie piasku nocą oprószył śnieg. Wbijając śledzie w zmrożone podłoże, Marcin żartował, że to najlepszy moment na biwakowanie, ponieważ z pewnością nie będzie komarów 🙂 Ogień zapłonął na dobre prawie w tej samej chwili, kiedy na niebie dostrzegliśmy Jowisza. Podczas, gdy mój druh bawił się w „ogniskowego”, ja włóczyłem się po okolicy rozświetlając mrok lampą naftową. Potem, wlewając w siebie kolejne kubki kawy, ćwiczyliśmy się w sztuce „nicnierobienia”. Niedługo przed północą – zziębnięci i solidnie przywędzeni dymem – wbiliśmy się w śpiwory. Stłumione głosy przelatujących gęsi przypomniały mi naszą wyprawę na Svalbard (2017 rok), gdzie także dostawaliśmy w skórę na własne życzenie. Tam jednak było jasno przez całą dobę i trzeba było wypatrywać białych niedźwiedzi, mając u boku hitlerowski karabin. Teraz, starając się zasnąć, wsłuchiwałem się w odgłosy nocy. Moja Rzeka była tuż obok – zimna, spokojna i dzika, a generał mróz, nie pytając nikogo o zgodę, brał we władanie piaszczysty świat…

Topola „Marzanna” (30 października)

Środek jesieni. W mieście spichrzy i ułanów od rana siąpi deszcz. Tymczasem „Marzanna” – sędziwa topola, która nosi na sobie ślady huraganowych wiatrów, ludzkiej głupoty i naporu cyklicznie rozpychającej się Rzeki, nadal wzbogaca swą obecnością wiślany brzeg. Jej gałęzie są prawie nagie, ale sposobi się do zimowego snu częściowo okryta swoistym pledem, utkanym z pędów chmielu oraz wielobarwnie ulistnionych gałęzi drzewek i krzewów, które wyrosły w jej cieniu. Chwilowo zdobią ją także czerwone korale owoców dzikiej róży, głogu i trzmieliny, tudzież czarne paciorki jagód derenia. Studiując coraz bardziej okaleczoną sylwetkę drzewa, trudno uciec od myśli, że nic nie jest dane na zawsze. Bywając w Grudziądzu co pewien czas, ze smutkiem rejestruję kolejne odłamane konary, lecz – mimo wszystko – jakiś wewnętrzny głos podpowiada mi, że rzeczne duchy wciąż sprzyjają tej niezwykłej sokorze. Tym razem Wisła złożyła u jej stóp pokaźną wierzbę, balot siana, śniętą rybę oraz kilka ogryzionych przez bobry patyków. Dzisiaj goni mnie czas, ale jeszcze tu wrócę. Żegnając się z weteranką, kładę dłoń na jej grubych, jak anakondy, splątanych korzeniach. Gdzieś, między nimi tkwi spory, otoczak z czerwonego porfiru. Czy to właśnie w nim zaklęte jest serce drzewa? Nikt nie wie, ale niewykluczone, że tak długo, jak kamień tam będzie, życie „Marzanny” wciąż będzie trwać…