W obronie Wisły (2)

Dzisiaj „Notatki znad rzeki” zataczają koło.

Nieśmiała myśl, że może warto by zająć się pisaniem na około-rzeczne tematy zaczęła kiełkować w mojej głowie niedługo po ustanowieniu przez Sejm RP 2017 roku „Rokiem Rzeki Wisły”*. Miałem różne pomysły, ale, jak to czasami bywa, sporo czasu musiało upłynąć zanim zabrałem się do rzeczy. Katalizatorem, który na dobre mnie uaktywnił i spowodował, że zdecydowałem się napisać, a następnie opublikować pierwszy post, były zapowiedzi polityków o powrocie do planów uregulowania Wisły. Nie będę ukrywał, że mocno mnie to wzburzyło, ponieważ argumenty, którymi strona rządowa podpierała zapowiadane działania i inwestycje, budziły we mnie mocny wewnętrzny sprzeciw. Nie widziałem (i z perspektywy czasu wciąż nie widzę) żadnego sensownego powodu, który uzasadniałby tak szeroko zakrojoną ingerencję w naturalny charakter naszej najwspanialszej rzeki, a który przynosiłby ekonomiczne lub społeczne korzyści, jakich nie dałoby się osiągnąć inaczej. Podobne odczucia miało również wielu ekspertów, jednak ich opinie częstokroć nie przebijały się przez mur oficjalnej narracji albo były zwyczajnie ignorowane.

Od tamtej pory minęło trochę czasu, lecz w powyższej kwestii nie zmieniło się nic. Osoby dzierżące ster władzy wciąż są głuche na wszelkie głosy krytyki dotyczące ich sztandarowych projektów. Oczywiście rozumiem, że w przypadku Wisły jest wiele rozbieżnych wizji dotyczących tego, jak powinna ona wyglądać i że trudno wypracować sensowny kompromis, który satysfakcjonowałby wszystkie strony. W tym momencie nie ma jednak żadnej merytorycznej dyskusji. Mamy bowiem do czynienia z jednostronnym forsowaniem „na chama” jednej konkretnej koncepcji. Pomysł ten korzeniami sięga czasów PRL-u i pełnymi garściami czerpie z ówczesnych wzorców „rozwoju”. Niestety, wszystko odbywa się na zasadzie odgórnej politycznej decyzji w stylu „zrobimy to, ponieważ możemy i co nam k***a zrobicie?”. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu, uparcie nie dopuszcza się myśli, że w dzisiejszych czasach do pewnych spraw można podejść inaczej. Mówiąc „inaczej”, mam na myśli działania, które byłyby gruntownie przemyślane i których celem byłoby rozwiązywanie rzeczywistych potrzeb naszego kraju, z jednoczesnym poszanowaniem skarbów rodzimej przyrody. Był taki moment, gdy myślałem, że sytuacja wywołana epidemią koronawirusa SARS-CoV-2 i związana z nią niepewna przyszłość gospodarki spowoduje odwrót od szumnych deklaracji dotyczących ujarzmiania Wisły oraz skierowanie środków publicznych na rozsądniejsze tory. Niestety, tak się nie stało. Nieco ponad tydzień temu (15 marca) na stronach Ministerstwa Infrastruktury pojawiła się informacja, że rusza przetarg na prace przygotowawcze dla stopnia wodnego w Siarzewie poniżej Włocławka (tę informację możecie zweryfikować TUTAJ). W opublikowanym ogłoszeniu możemy przeczytać, że „(…) Budowa stopnia wodnego w Siarzewie to inwestycja niezwykle oczekiwana, przede wszystkim mająca na celu podniesienie możliwości retencyjnych i przeciwpowodziowych Wisły. Realizacja takich inwestycji to gwarancja bezpieczeństwa wodnego Polski, zwłaszcza w sytuacji zagrożenia powodziowego i suszowego”. Czy zacytowane słowa, wyjaśniające znaczenie tej kosztownej** inwestycji, mają pokrycie w rzeczywistości? Gdy zgłębi się temat, okazuje się, że tak naprawdę planuje się wyrzucenie gigantycznych pieniędzy w błoto, ponieważ planowana budowla hydrotechniczna nie ma żadnego istotnego znaczenia ani dla bezpieczeństwa przeciwpowodziowego Polski, ani dla realnego rozwiązania problemu suszy, która coraz częściej trawi nasz kraj. Wybudowanie kolejnej tamy, poza zniszczeniem cennego przyrodniczo odcinka rzeki, może wręcz nasilić negatywne skutki już istniejących problemów, a także wygenerować kolejne. Mógłbym mówić o tym długo, ale nie będę udawał eksperta. Wolę zwrócić Waszą uwagę np. na stanowisko Fundacji WWF Polska w tej sprawie (LINK). Na stronie Fundacji znajdziecie także tekst demaskujący niektóre z „wodnych mitów”, związanych z regulacją rzek, w których prawdziwość wierzy wielu z nas, a które mijają się z prawdą (LINK). Uważam, że to jeden z wielu wiarygodnych głosów, których warto wysłuchać przed wyrobieniem sobie własnego zdania. Niestety, biorąc pod uwagę realia, obawiam się, że może być on głosem wołającego na pustyni.

Przysłowiowe młyny rządowej administracji mielą wolno, ale nieustannie. Zwróćcie uwagę na przykład przekopu Mierzei Wiślanej. Ten projekt również wzbudza mnóstwo kontrowersji i spotyka się z szerokim społecznym sprzeciwem. Tymczasem, prace nad tą, w gruncie rzeczy, bezsensowną inwestycją idą pełną parą, pochłaniając coraz więcej i tak już gigantycznych funduszy. Jestem przekonany, że każda poważna ingerencja w Wisłę może być preludium do kolejnych tego typu działań, co może zakończyć się pełną kaskadyzacją rzeki i przekształceniem jej w zespół pozbawionych duszy, uniemożliwiających migrację ryb wędrownych, podłużnych zbiorników zaporowych. Czy tego właśnie pragniemy?

Jeżeli przyjmiemy założenie, że sens realizowania podobnych zamierzeń jest wątpliwy, o co zatem może w nich chodzić? Wzmożone parcie na ich realizację zapewne wynika z możliwości pozyskiwania dużych unijnych pieniędzy. Papier, na którym pisze się wnioski, przyjmie wszystko. Każdy, nawet najbardziej niedorzeczny i kosztowny projekt – przy odrobinie wysiłku i kreatywności – można wpisać w określone narracyjne ramy. „Ochrona przed suszą”, „ekologiczny transport”, czy „odnawialne źródła energii” to obecnie bardzo modne frazy, którymi można otworzyć wiele przysłowiowych drzwi. Ponadto, nie od dziś wiadomo, że wielkie projekty są doskonałymi narzędziami propagandy sukcesu (od razu widać, że Rząd coś robi i może się pochwalić). Odnośnie regulacji Wisły, to należałoby zastanowić się, kto na tym naprawdę zyska. Czy ogół społeczeństwa i sama rzeka? A może upolitycznione spółki Skarbu Państwa, firmy realizujące inwestycje, lokalni samorządowcy i powiązani z nimi ludzie? Myśląc o tym czuję smutek i gniew, ponieważ w imię doraźnego zysku i realizowania kontrowersyjnych, wątpliwych ekonomicznie projektów, kawałek po kawałku tracimy coś naprawdę cennego – wyjątkowy charakter Królowej naszych rzek. Czasy się zmieniają, ale to, co dzikie prawie zawsze przegrywa z krótkowzrocznym spojrzeniem na rozwój.

Wisła zawsze była dla mnie niesamowicie ważna. Mój szczególny stosunek do niej wynikał między innymi z jej wyjątkowych walorów przyrodniczych i fascynującej zmienności. Obcując z nią zawsze czułem to coś, co sprawiało, że stawałem się wrażliwszym człowiekiem. Piękna tej rzeki nie dostrzeże się jednak siedząc za urzędniczym biurkiem, przerzucając kartki lakonicznych ekspertyz i suchych raportów. O unikalnej wartości tej niesamowitej rzeki można przekonać się tylko przez nawiązanie z nią swojej własnej osobistej relacji. Żadne słowa i obrazy nie są w stanie oddać prawdy o niej. Zawsze zdumiewało mnie odmienne podejście społeczeństwa do zabytków kultury i sztuki w porównaniu ze stosunkiem do tworów natury. Wyobraźcie sobie, jaki skandal wywołałaby próba przebudowy gotyckiej katedry Notre Dame, w Paryżu, której celem byłoby drastyczne zmienienie jej pierwotnej formy, na przykład przez obłożenie jej styropianem dla docieplenia (dodatkowo, gdyby robiono to „po dziadowsku”). Tymczasem bez mrugnięcia okiem pozwala się na niszczenie prawdziwych cudów, jakimi są ostatnie skrawki dzikiej przyrody. W przeciwieństwie do dzieł ludzkich rąk, ich nie da się tak łatwo odbudować – nawet jeżeli wpompuje się w to prawdziwe morze pieniędzy. Raz zniszczone, częstokroć są stracone na zawsze.

Nie wątpię, że nasz kraj potrzebuje gruntownej transformacji oraz rozwoju w wielu obszarach, ale jestem przekonany, że mogą one być przeprowadzone w mądry i zrównoważony sposób. Nie od dziś wiadomo, że mamy mnóstwo prawdziwych fachowców, którzy posiadają wiedzę i kompetencje pozwalające na opracowanie i wdrożenie odpowiednich strategii, pozwalających na poważnie i z minimalną szkodą dla rodzimego środowiska naturalnego wziąć się za gospodarkę wodną, usprawnienie transportu czy rozwiązanie naszych energetycznych problemów. Jednakże aby było to możliwe, należałoby wyjść poza polityczne podziały. Budować rzeczy prawdziwie wartościowe można tylko, gdy jest się otwartym na dyskusję. W dzisiejszej rzeczywistości wielu z nas zdaje się zapominać, że mimo dzielących nas różnic wciąż łączą nas wspólne płaszczyzny.

Chciałbym podziękować wszystkim, którzy dobrnęli do końca tego krótkiego, ale bardzo ważnego dla mnie tekstu. Jeśli należycie do osób, którym tak jak mi zależy na zachowaniu naturalnego charakteru Wisły, możecie rozważyć podpisanie petycji skierowanej do Ministerstwa Infrastruktury w sprawie wstrzymania budowy nowych tam oraz rozbiórki tych niepotrzebnych (link odsyłający do petycji znajduje się TU). Nie bardzo wierzę, że uda się powstrzymać planowaną budowę tamy w Siarzewie, ale przynajmniej można zaakcentować swój społeczny sprzeciw i sprawdzić, ilu nas jest. Świadomość, że są osoby, które podobnie postrzegają świat, zawsze dodaje otuchy. Być może niektórzy z czytelników „Notatek” mają odmienne zdanie. Jeżeli nie zgadzasz się ze mną – masz do tego pełne prawo. Proszę Cię tylko o chwilę zastanowienia nad poruszonymi przeze mnie kwestiami.

*Była to oddolna inicjatywa społeczna, związana z obchodami 550-tej rocznicy pierwszego wolnego flisu Wisłą, której jednym z celów było wypracowanie dobrej marki rzeki; **Wstępny kosztorys opiewa na około cztery i pół miliarda złotych, ale spoglądając na historię realizacji podobnych projektów można śmiało założyć, że ostateczna kwota będzie dużo wyższa.

Rzeczna odontologia

Bywając nad Wisłą, co jakiś czas znajduję pozostałości po świecie, którego już nie ma. Ostatnio trafił mi się ząb plejstoceńskiego nosorożca (gdy wygrzebywałem go ze żwiru, rozpadł się na części).

Patrząc na wartko płynące wody Rzeki – wciąż wezbranej po ostatnich roztopach, zastanawiałem się, co ciekawego jeszcze w tym roku wypłucze. Lubię myśleć, że gdzieś tam wciąż kryje się mnóstwo równie interesujących obiektów…

Topola „Marzanna”

Jest takie drzewo, którego obraz siedzi w mojej głowie prawie od zawsze. Zobaczyłem je po raz pierwszy, gdy miałem jakieś siedem lat i ten widok był dla mnie na tyle fascynujący, że już na trwałe zapisało się ono w mojej pamięci. Na przestrzeni kolejnych trzydziestu dwóch lat wielokrotnie do niego wracałem (nie tylko myślami). Tym wyjątkowym drzewem jest jedna z topól czarnych, rosnących na brzegu Wisły u podnóża grudziądzkiej Kępy Strzemięcińskiej. Nie znam dokładnego wieku tej konkretnej sokory (ustalenie go to zadanie dla dendrologa), ale gdybym miał szacować na oko, to dałbym jej jakieś 180 lat. Gdy byłem nastolatkiem, drzewo – choć sędziwe – wciąż było w niezłej kondycji, ale w ciągu kilkunastu ostatnich lat sporo się zmieniło. W międzyczasie „moja” nadwiślańska topola padła ofiarą kilku celowych podpaleń, które znacząco nadwątliły jej siły. Na szczęście jej sylwetka, choć mająca okres świetności za sobą, nadal stanowi wyrazisty element lokalnego krajobrazu i wciąż robi na mnie piorunujące wrażenie.

Sędziwa topola „Marzanna”, rosnąca u podnóża grudziądzkiej Kępy Strzemięcińskiej na wysokości osiedla „Rządz” (5 stycznia 2021 roku).

Możecie się ze mną nie zgodzić, ale twierdzę, że bohaterka dzisiejszego wpisu jest jednym z najbardziej godnych uwagi przedstawicieli swojego gatunku w Polsce. W chwili obecnej (stan na 5 stycznia 2021 roku), pomimo obłamania się jednego z głównych konarów, jej obwód na wysokości pierśnicy (130 cm od poziomu gruntu) wciąż wynosi około 700 cm. To oczywiście dużo, jednak tym, co decyduje o wyjątkowości tego drzewa, jest potężny, częściowo odsłonięty system korzeniowy, który malowniczo schodzi w dół skarpy, na której krawędzi ono wyrosło. Oglądając fotografie ilustrujące ten wpis możecie zobaczyć, że bryła korzeniowa wydatnie powiększa i tak już imponującą sylwetkę sokory. W dzieciństwie, razem z kumplami chowałem się w pustych przestrzeniach między tymi korzeniami i uważaliśmy to za fenomenalną zabawę. Pamiętam też, że swego czasu znajdowało się tu również gniazdo os, które nas bardzo interesowało.

Piszę ten post z perspektywy osoby wrażliwej na kwestie ochrony środowiska naturalnego, która wychowała się w Grudziądzu i z upływem lat, z rosnącym zaniepokojeniem obserwowała, jak jedna z najwspanialszych, nadwiślańskich topól jest systematycznie dewastowana przez miejscowych wandali. Nie podlega dyskusji, że obwód tego konkretnego drzewa znacząco przekracza wymiary określone w Rozporządzeniu Ministra Środowiska z dnia 4 grudnia 2017 r. w sprawie kryteriów uznawania tworów przyrody żywej i nieożywionej za pomniki przyrody. Jest także większy niż obwód każdego drzewa na terenie gminy, któremu nadano taki status. Tymczasem sokora, o której piszę, nie została nigdy objęta tą formą ochrony. Niedawno, przeglądając mapy Google z zaskoczeniem odkryłem, że ktoś oznaczył ją jako pomnik, ale ta informacja nie odpowiada stanowi faktycznemu. Widząc znacznik ucieszyłem się jednak, ponieważ ktoś oprócz mnie docenił jej nieprzeciętne walory. Postanowiłem ponadto potraktować powyższe odkrycie jako katalizator do konkretnego działania. Podjąłem decyzję, że pójdę za ciosem i samodzielnie zawnioskuję o ustanowienie nowego pomnika przyrody. Kilka tygodni później mój wniosek trafił do grudziądzkiego Urzędu Miejskiego i sprawa jest aktualnie rozpatrywana.

Zamaskowany autor (1,80 m wzrostu), stojący u podstawy pnia „Marzanny”.

Przygotowując dokumentację nie chciałem, aby ta szczególna dla mnie sokora pozostawała bezimienna. Pomyślałem, że to, czemu nadajemy imię, staje się mniej obce i z czasem zaczyna funkcjonować w ludzkiej świadomości jako coś swojskiego. Jest oczywiste, że o to, co bliskie, troszczymy się bardziej. Wybór imienia nie nastręczył mi większych trudności. Praktycznie od razu wiedziałem, że „Marzanna” to odpowiednie miano dla sędziwej, mocno okaleczonej topoli. Uważam tak z dwóch powodów. Po pierwsze, proponowana przeze mnie nazwa wprost idealnie wkomponowuje się w kontekst kulturowy i literacki, na gruncie którego osadzony jest ten rodzaj drzew (od starożytności przypisywano im atrybuty związane ze śmiercią i zaświatami, o czym wspominałem we wpisie poświęconym ich „odchwaszczaniu” (LINK)). Marzanna z kolei jest naszą rodzimą, silnie zakorzenioną w folklorze postacią mitologiczną, kojarzoną z zimą, śmiercią, ale też z odrodzeniem. Dodatkowym argumentem przemawiającym za moim wyborem jest to, że jeszcze w latach 90-tych ubiegłego wieku dzieci z pobliskiej szkoły podstawowej na wiosnę topiły kukłę Marzanny w Wiśle niedaleko tego drzewa.

Nie wiem, czy topola „Marzanna” ostatecznie uzyska status pomnika, ale na pewno warto o to zabiegać. Na nadwiślańskich terenach trudno jest aktywnie chronić drzewa, ale czasami już sam widok kawałka emaliowanej blachy z godłem, jakim jest tabliczka urzędowa, może być wystarczającym straszakiem, który powstrzyma ludzi przed głupimi zachowaniami (oczywiście nie zawsze).

Imponująca, odsłonięta bryła korzeniowa „Marzanny” (w centralnej części zdjęcia i na prawo od środka widoczne ślady po podpaleniach).

Zmierzając do końca wpisu, chciałbym podpowiedzieć, że być może i Wy znacie drzewa, które znajdują się w podobnej sytuacji, a które z racji wybitnych walorów powinny zostać otoczone ochroną prawną. Jeżeli możecie działać – róbcie to, choćby efekt końcowy był bardzo niepewny. Zapewniam, że bierność niczego nie zmieni.

Gdybyście kiedykolwiek znaleźli się w Grudziądzu (na przykład płynąc kajakiem lub kanadyjką ku ujściu Wisły), możecie zwrócić uwagę na „moje” drzewo (jego współrzędne geograficzne to: N 53°27’21,88”, E 18°42’47,59”). Naprawdę warto, a nie wiadomo, jak długo jeszcze postoi…

Zimno, ale czasem chce się pływać

W razie, gdyby naszła Cię chęć na pływanie zimą po Wiśle, to wiedz, że to wcale nie musi być takim głupim pomysłem. Jeżeli ma się głowę na karku i odpowiednią zaprawę, to każda pora roku może być dobra, żeby złapać za wiosło (są tylko złe łódki i nieodpowiednie ubrania). Jasna sprawa, że trudne warunki mogą odstraszać, jednak czasami warto wyjść poza swoją strefę komfortu. Wisła to rzeka dla indywidualistów, a zima to najlepszy czas, by się o tym przekonać…

Na warszawskiej Wiśle (31 stycznia bieżącego roku).

Nadrzeczne sanktuarium

Trzydziestego grudnia ubiegłego roku. Od rana siąpił zimny deszcz, jednak barowa pogoda nie odstraszyła ani mnie, ani Marcina od wyruszenia na zaplanowaną kilka dni wcześniej wycieczkę poza Warszawę. Korzystając z okazji, że udało nam się wykroić kilka godzin wolnego od codziennych obowiązków, postanowiliśmy pojechać do Kazunia Nowego – niewielkiej miejscowości w gminie Czosnów, aby poszwendać się w pobliżu Rzeki.

Dotarłszy do celu, zostawiliśmy samochód przy „Delikatesach nadwiślańskich” i, nie tracąc czasu, ruszyliśmy w stronę zakrętu drogi krajowej numer 85. Tam, za wiatą przystanku autobusowego, zeszliśmy z nasypu, by stanąć u progu pewnego szczególnego miejsca.

„Ruska Kępa” zimą (widok od strony drogi krajowej nr 85).

Teren przed nami to „Ruska Kępa” – przylegająca do Wisły, nieco ponad piętnastohektarowa enklawa Kampinoskiego Parku Narodowego. Powodem, dla którego objęto ten nieduży obszar prawną ochroną, był charakter tutejszego zespołu leśnego. Nie mamy tu wszakże do czynienia z luźnymi, mocno przekształconymi resztkami zadrzewień łęgowych albo pospolitymi śródpolnymi zaroślami, tylko z pełnoprawnym, wyjątkowo dobrze zachowanym lasem łęgowym. Biotopy tego rodzaju, niegdyś typowe dla tarasów zalewowych dużych rzek nizinnych, obecnie są rzadkością (w naszym kraju zajmują nie więcej niż 5% swojego pierwotnego areału). Stanowią zarazem jedno z najbogatszych i najbardziej różnorodnych środowisk przyrodniczych na naszym kontynencie. Nie bez przyczyny mówi się o nich czasem jako o europejskim odpowiedniku amazońskich lasów deszczowych.

Nadrzeczny las łęgowy oglądany w okresie spoczynku.

Miejsce, w którym się znaleźliśmy, jest dawną śródrzeczną ławicą, która została ustabilizowana przez roślinność, a potem – wskutek naturalnych zmian biegu Rzeki – stała się integralną częścią jej brzegu. Podczas wezbrań woda niekiedy tu wraca, by rzeźbić teren wedle swej woli i nanosić kolejną porcję obfitujących w życiodajne substancje osadów.

Wyróżnia się różne rodzaje łęgów, ale „Ruska Kępa” to przede wszystkim królestwo majestatycznych topól i starych wierzb. Tutejszy las ma wiele twarzy, ale chwilowo mamy początek zimy i świat roślin jest pogrążony w cichym, brunatnym śnie. Liście opadły na ziemię, pnącza są uschnięte, a w wilgotnym powietrzu daje się wyczuć zapach butwienia.

Świat majestatycznych topól i starych wierzb.

Z szacunkiem zagłębiamy się w łęgu. Marcin chowa się pod wygiętą w koci grzbiet, okazałą wierzbą i podziwia fakturę jej kory. Drzewo, choć mocno nadgryzione zębem czasu, wciąż żyje. Większość rosnących tu starych drzew jest w zaskakująco dobrym stanie. Niektóre z tutejszych sokor i białodrzewów to prawdziwe olbrzymy. Są niczym sędziwe piastunki, w których cieniu mają szansę powoli wzrastać wiązy, olsze szare czy nasze rodzime czeremchy. Aby poczuć potęgę takiego drzewa, musisz stanąć oko w oko z nim. Nie wiem, co czuje Marcin, ale ja – snując się jak cień między wielkimi pniami – odczuwam specyficzną mieszaninę fascynacji i szacunku. Pokrywa je siatka głębokich bruzd, które przeplatają się z gruzłowatymi naroślami. Tu i ówdzie widoczne są dziuple, czasami przypominające mroczne oczodoły.

Spotkanie z olbrzymem. Autor przy monumentalnej, jednopniowej sokorze (obwód na wysokości pierśnicy – 807 cm).

W takich miejscach doskonale rozumiem, dlaczego drzewa stanowiły ważny element ludzkiej duchowości. Niektóre spośród tych, które tutaj rosną, mocno działają na moją wyobraźnię. Ich nagie sylwetki, oglądane o tej porze roku, sprawiają wrażenie, jakby wyjęto je z zupełnie innej rzeczywistości. Jednocześnie, nie wolno zapomnieć, że las to nie tylko drzewostan. Naturalny łęg jest swoistym sanktuarium, którego nie da się zbudować ludzkimi rękami. To dynamiczny twór przyrody, którego poszczególne elementy (wszystkie organizmy żywe, gleba, woda czy klimat) są powiązane złożoną siecią wzajemnych powiązań i wpływów. Mimo rozwoju nauki, o większości z nich wciąż wiemy bardzo niewiele. Wątpię, czy to kiedykolwiek się zmieni.

Na ziemi leżą zwały martwego drewna (to podstawa bioróżnorodności lasu).

Wszędzie wokół walają się zwały martwego drewna, na którym rozścielają się grube poduszki mchu. Tu i ówdzie da się wypatrzeć kapelusze „zimowych” grzybów. Być może kogoś to zdziwi, ale te znajdujące się w różnych stadiach rozkładu kłody, gałęzie czy konary także mają swoją rolę do odegrania. Zostało udowodnione, że są one niezbędne dla zachowania bioróżnorodności lasu. To stołówka i miejsce schronienia dla niezliczonej liczby różnych istot. W przyrodzie już tak jest, że drugie życie drzewa wiąże się z nieuchronnym powrotem do naturalnego obiegu pierwiastków.

Dzisiaj nie ma tu nikogo poza nami, ale nie sposób nie zauważyć „pamiątek” pozostawionych przez innych ludzi. Gdzieniegdzie walają się śmieci – butelki po wódce, lodówka z wyrwanymi drzwiami, puszki po konserwach, foliowe torby. Być może niektóre z nich zostały przyniesione przez wodę, jednak tego nie wiemy. W każdym razie jest to smutny widok. Odpoczywamy siedząc na próchniejącej kłodzie klonu jesionolistnego. Wokół nas kolczaste pędy jeżyny. W koronach drzew buszują sikory i czyże. Wcześniej widzieliśmy też samotnego kruka, który, lecąc w stronę Rzeki, niósł coś w dziobie, a Marcinowi uciekła spod nóg jakaś spłoszona mysz. Nasze ubrania są ubłocone i mokre, ale to nie przeszkadza. Rozmawiamy o swoich sprawach, popijając kawę z termosu. Jest dobrze – po prostu cieszymy się chwilą.

Dwie z granic rezerwatu – Wisła i most drogi numer 86.

Gdy decydujemy się wracać do domu, szarawa mgła wciąż unosi się nad wodami Wisły przy rezerwacie. Wychodząc z łęgu wieszamy na gałęzi znalezioną wśród butwiejących liści czaszkę starego psa. Niechaj duch „burka” stoi na straży spokoju tej swoistej nadrzecznej świątyni…

Naturalny rejestr wezbrania

Gdy spędza się dużo czasu w terenie, dobrze wyrobić sobie nawyk zwracania uwagi na szczegóły otoczenia. Współcześnie wielu patrzy na świat w bardzo pobieżny sposób, ale warto pamiętać, że w żyłach każdego człowieka płynie krew wielu pokoleń zbieraczy i łowców. W minionych wiekach umiejętność czytania naturalnych znaków, śladów oraz tropów była niezwykle istotnym elementem codzienności. Dla naszych przodków zmysł obserwacji był wszak tym, co mogło przesądzić o ich przetrwaniu. Egzystencja tych ludzi, w porównaniu z naszą, była o wiele ściślej związana z kapryśnym rytmem natury. Nie od dziś wiadomo, że różnego rodzaju cechy otoczenia mogą być świadectwem występowania określonych zjawisk lub niebezpieczeństw. Niektóre wskazują na to, jakie zwierzęta pojawiają się w okolicy, i stanowią historię ich zachowań, co może być istotne przy zdobywaniu pożywienia. Są też takie, które ułatwiają znalezienie wody pitnej. Inne bywają z kolei pomocne w ustalaniu stron świata, co jest niezbędne przy podejmowaniu wędrówek.

Czasy się zmieniły, a wraz z nimi nasz styl życia i sposób postrzegania przyrody. Stale otacza nas jednak cała masa naturalnych wskazówek, pośrednio świadczących o tym, że coś istnieje lub dzieje się wokół. Dużo osób nie czuje potrzeby odszyfrowywania zawartego w nich przekazu, ja jednak myślę, że wciąż warto być dociekliwym obserwatorem. Mogę zapewnić Was, że włócząc się wzdłuż brzegów Wisły natkniecie się na tysiące przeróżnych śladów. Temat jest szeroki, ja jednak, zabierając się za pisanie tej notatki, postanowiłem skupić się tylko na jednej rzeczy. Jeżeli jesteś osobą, która sporadycznie pojawia się nad rzeką, możesz zdziwić się, jak bardzo bywa ona zmienna (osobiście zawsze mnie to mocno fascynowało). Poddając się wahaniom rocznego cyklu opadów, wzbiera ona kilka razy do roku. Gdy prześledzi się wartości poziomu wody, zmierzone przy użyciu wodowskazów, widać, że stan Wisły w różnych okresach potrafi diametralnie się różnić. Chciałbym powiedzieć Wam jednak, że aby z grubsza ocenić, jak wysoko ostatnim razem podeszła woda, nie trzeba mieć dostępu do żadnej aparatury pomiarowej. Spacerując po międzywalu i przyglądając się otoczeniu, można czasami zauważyć śmieci, wiechcie trawy lub ogryzione przez bobry patyki, które zwieszają się z gałęzi nadrzecznych drzew i krzewów. Bywa tak, że można zobaczyć je ponad swoją głową, czasem w sporej odległości od aktualnej krawędzi brzegu. Wysoka woda niesie mnóstwo przedmiotów, które zatrzymawszy się na przeszkodach, mogą stanowić, jedyny w swoim rodzaju, naturalny rejestr ostatniego wezbrania. Może i Ty widziałeś kiedyś tego rodzaju ślady? Jeżeli nie, to jestem pewien, że następnym razem zwrócisz na nie uwagę.

Przybrzeżne wikliny w roli naturalnego rejestru wezbrania.